sobota, 4 listopada 2017

XX - Stworzeni, by walczyć

Artur Ros, czyli mężczyzna, który udzielił mi schronienia podczas mojej ucieczki, gdy zniszczyliśmy amulety, wysłuchał mojej prośby. Zaledwie parę chwili zajęło mu ubranie się i wrzucenie do plecaka najpotrzebniejszych rzeczy. Zastanawiałam się, czy umiem prowadzić motocykl posiadając pasażera, gdy przymocowywał do siedziska swój bagaż. Nie zapytał mnie o co dokładnie go proszę. W chwili, gdy powiedziałam, że jest mi potrzebny po prostu zaczął szykować się do wyjazdu. 
– Mógłbym prowadzić? – zapytał, tym samym zakańczając mój dylemat myślowy. 
Skinęłam głową, a potem usadowiłam się za nim. Krzyczałam do jego ucha, kiedy należało skręcić. Jechał szybciej niż ja, co było dla mnie zadziwiające... Przecież ludzie nie regenerowali się tak szybko jak Cienie. Łatwiej tracili życie. 
Mimo, że czas naglił, musieliśmy zrobić postój. Paliwa w baku nie było zbyt dużo i w pewnym momencie Artur zarządził tankowanie. 
Podczas napełniania zbiornika benzyną zagadnął do mnie.
– Na czym miałaby polegać moja pomoc, Weiro? – Moje imię wypowiedział wyraźnie, po raz pierwszy go używając.
– Bardzo bym chciała, abyś odwiedził Akademię. Tę, o której opowiadałam ci kiedyś. Mam nadzieję, ze jest tam... – zawahałam się chwilę – mój przyjaciel. Boję się, ze coś mu się stało. Ostatnio mieliśmy swego rodzaju nagłą wojnę, a on jest słaby... – Wtedy o czymś sobie przypomniałam. – Znasz go, to kot, którego przygarnęłam.
Mężczyzna patrzyła na mnie, jakby oceniał moją poczytalność. Ściągnął brwi ku sobie, kończąc tankowanie.
– Możesz adoptować inne zwierzę... Wiesz, to tylko kot.
Pokręciłam głową.
– To jeden z Kolców. Zamienił się w zwierzę po zniszczeniu amuletów. Tym kotem był Hitch. 
Artur nie wyglądał na do końca przekonanego, kiedy szedł zapłacić za paliwo. Będę musiała kiedyś zwrócić mu pieniądze, które od niego wzięłam. Chwilę później wrócił do mnie i ponownie ruszyliśmy w trasę. Nie nawigowałam go jednak do Domu, a do Akademii.

Zatrzymaliśmy się przed budynkiem, który do tej pory wywoływał we mnie dreszcz. Tym, przez który wpadłam na pomysł, przez który wiele osób straciło teraz życie. Wyglądał spokojnie, ale to może było jedynie wrażenie wywołane przez odległość. Wolałam nie kusić losu – zatrzymaliśmy się kilkaset metrów od Akademii. Artur miał teraz za zadanie wejść tam i nie dać się zabić, a potem odnaleźć Nareba i uzyskać od niego interesujące mnie informacje. Miałam nadzieję, że Hitch spokojnie mieszka w swoim dawnym pokoju lub nadal przerzuca książki, poszukując czegoś przydatnego. 
Czas, w którym mężczyzna nie wracał był torturą. Szczerze powiedziawszy, choć to okrutne, nie dbałam zbytnio o los Artura. Zależało mi na tym, by przyniósł informacje. W moim świecie istotni byli Samel, Hitch i Izela, nieważne jak dziwnie teraz się zachowująca. Byłam taka bierna... Zwykle to ja działałam, gdy inni planowali. A teraz nie mogłam nawet zbliżać się do Kolców, gdyż najpewniej skończyłoby się to jatką, z której nie wyszłabym żywa. Właśnie ta bierność tak bardzo mnie drażniła, powodowała szybszy przepływ krwi, łomotanie serca...
Nie... Wcale to nie było to... Owszem, chciałam działać, jednak nagła irytacja musiała być spowodowana czymś zupełnie innym. Czymś, co zbliżało się do mnie bardzo szybko. 
Odwróciłam się za siebie, przywołując w ręce miecz z cieni. Przeszukiwałam okolicę wzrokiem i wtedy go dostrzegłam. Wilk. 
Zwierzę skoczyło w moim kierunku z szeroko rozwartą paszczą. Rząd ostrych, silnych zębów zalśnił w promieniach zachodzącego już słońca. Jedyne, co mogłam teraz zrobić to zablokować jego szczęki.
Kierowana instynktem chwyciłam drugą dłonią ostrze miecza, wysuwając go poziomo tak, by szczęki zamknęły się na nim, nie na mnie. Impet zderzenia rzucił nas dwoje na ulicę. Uderzyłam plecami, co zaowocowało zdarciem skóry. Wilk cofnął nieco głowę, przybierając bardziej ludzkie oblicze. Nie zaskoczyło mnie, że właśnie w takich okolicznościach zjawia się Mizar. Powolny uśmiech wpłynął na twarz zaopatrzoną w wilcze zęby, gdy zeskoczył ze mnie. Poderwałam się z ziemi, sięgając po ukryty przy pasku nóż do rzucania. Wycelowałam w Kolca, jednak on zwinne odskoczył. Przybrał już całkowicie ludzką postać.
– Dość tej zabawy – mruknął, wyciągając przed siebie otwartą dłoń w geście „stop”.
Sama siebie szokując, nie ruszyłam do kolejnego ataku. Owszem, nadal odczuwałam rozdrażnienie, ale dało się to powstrzymać. Dlaczego więc inni nie potrafili...?
Miz powoli zaczął krążyć wokół mnie. Zachowywał się jak pies, którego kiedyś, gdy byłam jeszcze bardzo mała, mieliśmy w Domu. Zwierzak jakimś cudem pokonał płoty, a kilka dziewczynek postanowiło go nakarmić, bo był strasznie wychudzony. Mentorzy zamknęli go w zagrodzie, w której w dawnych czasach, nim Cienie przesiadły się do samochodów i motocykle, przechowywane były konie. Widziałam tego psa, był zamknięty w małym boksie, chodził w kółko. Usłyszałam wtedy, jak starsza ode mnie dziewczyna używa określenia „Miota się”. Miz w tej chwili właśnie się miotał, choć nie ograniczało go ciasne pomieszczenie. 
– Czego chcesz ode mnie? – zapytałam w końcu, czując zbyt wielki dyskomfort jego zachowaniem. Nie byłam bezpieczna. 
– Ty chciałaś mojej śmierci, ja chciałem twojej śmierci... – Mizar zakończył wędrówkę, stając naprzeciw mnie. – Wygrałaś, choć nie swoimi rękami. Ale to nie jest sprawa do wyjaśniania teraz. 
– Do czego zmierzasz? 
– Los jest przewroty, Weiro. – Uśmiechnął się. – Wyobraź sobie, że to właśnie ja jestem ci w tej chwili potrzebny. 
– Tak? – Jego słowa zaskoczyły mnie.
– Tak. Jestem jedynym Kolcem, który może porozmawiać z Cieniem. Zabawne, po raz pierwszy w życiu moje przekleństwo stało się czymś niezwykłym. Bo wiesz, Weiro? Też w części jestem jednym z was. Wraz ze śmiercią przychodzi zrozumienie wielu kwestii. – Zrobił krótką pauzę, badając moją reakcję. Nie chciałam ciągnąć tematu. – Sam bym nie przyszedł do was. Glena to na mnie wymusiła po jatce, jaka miała miejsce w naszym obozie. Miałaś rację, że nasze rasy mogą żyć obok siebie. Możemy nawet nawiązywać bliższe relacje... – odchrząknął, a ja miałam wrażenie, że na jego policzki wpłynął delikatny rumieniec. – Nieważne. Dalej cię nienawidzę. To się nie zmieni, ja nie wybaczam. Ale idea była dobra. Nawet jeśli nie popierałem jej kiedyś, teraz jestem zdania, że nasze wojny nie miały większego sensu. Życie jest za krótkie. A jeśli kogoś mam nienawidzić to dlatego, że tak chcę, a nie z powodu nadnaturalnej siły nakazującej mi mordowanie bliskich osób. 
To, co powiedział było dla mnie czymś niepojętym. Najzacieklej nienawidził Cieni, a teraz... Wyszedł z propozycją pomocy? I jak do tego ma się moja matka?! Jedyne, co byłam w stanie wykrztusić nie należało do moich najbłyskotliwszych wypowiedzi.
– Glena? Moja... Matka?
– Ta sama. – Jego oblicze stało się łagodniejsze. – Powinnaś ją poznać. Pytała o ciebie.
– Czy ona... Tęskni za mną? – Przełknęłam ślinę.
– Tak bym tego nie określił. Jest... Ciekawa. Proponuję ci spotkanie z nią. Mamy swoje obozowisko, jest z nami kilku Cieni. Staramy się trzymać z dala od obozowiska ocalałych Kolców. Wcześniej trzymaliśmy się razem, po zmartwychwstaniu, ale potem nasza liczebność drastycznie się zmniejszyła. Umarli naprawdę.
– Na prawdę...? – Wpatrywałam się tępo w Mizara, uświadamiając sobie, o jak wielu rzeczach nie pomyśleliśmy. 
– Tak, już nie powrócą. Glena zablokowała możliwość odejścia na stałe, gdy cię urodziła. Zniszczenie amuletów zaczęło przełamywać barierę, ale dopiero materializacja dusz odblokowała możliwość prawdziwej śmierci. Strasznie dużo osób zginęło lub zmarło podczas twojego życia, Weiro. 
Słowa Mizara pochłonęły mnie całkowicie, przyprawiając niemal o ból głowy. Straciłam czujność i nie usłyszałam kroków Artura. A powinnam. Miz uśmiechnął się ironicznie, gdy drgnęłam po usłyszeniu głosu mężczyzny. 
– Zostałem poproszony o zostanie łącznikiem. Nareb kazał przekazać, że już wyrusza z zaufanymi ludźmi na poszukiwanie Hitcha. 
– Tak, dobrze. Świetnie... – odpowiedziałam, nadal otępiała. Odwróciłam się do Mizara. – Kiedy możecie stawić się w Domu? Ty i Glena?
– Nie pójdziemy tam. Glena nienawidzi tego miejsca. I wolelibyśmy, by nasze istnienie pozostało na razie tajemnicą. Przyjdę po ciebie, gdy nadejdzie czas. Bywaj.
Mizar przyjął postać wilka i odbiegł, pozostawiając mnie z Arturem.
– To był Kolec – zauważył mężczyzna. – Czy nie mówiłaś, że nie możecie koło nich przebywać? 
– Bo nie możemy. To jest ktoś wyjątkowy – odpowiedziałam, a Artur zrozumiał, że nie mam teraz ochoty na rozmowę. 
Glena przechadzała się niespokojnie pomiędzy prowizorycznymi szałasami, jakie ona i jej grupa Cieni stworzyli po zmaterializowaniu się ponownie w świecie żywych. Ich loka mieszkalne pozostawiały wiele do życzenia; niestabilne konstrukcje zbudowane były na stelażu z suchych, grubszych gałęzi, na których przymocowano drobniejsze patyczki, tworząc w ten sposób dach. Szczeliny uszczelnione były mchem i suchą trawą, co nie dawało niemal żadnej izolacji od zimna – jedynie drobną osłonę przed deszczem i wiatrem. Dodatkowo szałasy ucierpiały przy wybuchu krwawej potyczki, nieuzasadnionej niczym racjonalnym. 
„Gdzie jest Mizar” – zastanawiała się, a splecione ze sobą palce obu dłoni toczyły między sobą przepychanki. W każdej chwili mógł nastąpić atak Kolców, choć teoretycznie obiecywali im, że tego nie zrobią. To Miz stanowił ochronę, jedyną możliwość dogadania się z nimi. Cienie nie dysponowały w tej chwili żadną bronią. Bo zaostrzone patyki czy scyzoryk do broni według Gleny się do niej nie zaliczały. Wilk miał wrócić jak najszybciej się dało. Nie bala się o to, że ktoś w Akademii go zaatakuje. Bała się, że Weira to zrobi. Mówił, że go nienawidziła. I że była dobra w walce. Przydałaby się teraz w ich obozie... Nigdy nie było wiadomo, kiedy Kolce zaatakują. 
Coś mignęło między drzewami. Coś szarego. Glena odetchnęła. 
– I jak? – zapytała, kiedy Mizar przyjął ludzką postać. 
– Chyba dobrze. – Podszedł do Gleny i przejechał palcem po jej nosie. – Wydawała się zszokowana, ale mam wrażenie, że Dom nie ma na razie żadnych planów. 
– Przyłączy się do nas? – Niecierpliwiła się Glena.
– To nie jest takie proste, Piękna. Takie sprawy załatwia się delikatnie.
– Delikatnie? – Ciemnowłosa prychnęła jak kotka. – Nie wiemy, kiedy Twoi nas zaatakują. Nie mamy się jak bronić. Zdajesz sobie z tego sprawę?
– Przywołajcie cieniste miecze. – Miz wzruszył ramionami, kierując się do szałasu. – Weira prawie mnie tym załatwiła. 
Glena milczała. Odprowadziła chłopaka wzrokiem, analizując jego słowa. „Cieniste miecze”. Opowiadał jej o tym, jednak ona nie miała najmniejszego pomysły na to, w jaki sposób zrobić mrok namacalnym. To była inwencja Weiry, poza zdolnościami Gleny. 

Wróciłam do Domu, by od razu poinformować Izelę o najnowszych odkryciach. Chciałam, by wiedziała o każdym moim kroku, mimo jej dziwnego zachowania. Zastałam ją w jej własnym pokoju. Widać udało się opatrzyć każdego rannego i mogła odpocząć. Chwilę zastanawiałam się, czy nie wrócić do niej później. Spała, wyglądając na wykończoną. Podczas snu jej twarz była taka łagodna... Widziałam w niej dawną Izelę, moją opiekunkę i... przyjaciółkę. Wzięłam głęboki oddech, decydując się jednak na zdanie jak najszybszej relacji.
– Izelo! – Dotknęłam jej ramienia, a jej dłoń zacisnęła się na moim przedramieniu nim zdążyłam zareagować. 
– To ty – stwierdziła, opadając ponownie na poduszki. – Co się dzieje? – dodała po chwili. 
– Mamy kontakt z Kolcami. Ekipa poszukiwawcza wyruszy po Hitcha. Miz wrócił. Wróciła też moja matka. 
Izela zerwała się z łóżka jak oparzona. 
– Mrok wróciła?! – krzyknęła, chwytając mnie za ramiona. – Tak szybko?!
– Nie Mrok... – Wyswobodziłam się ze zbyt silnego uścisku jej palców. – Glena. Nie widziałam jej, ale... Mizar mówił o niej. Tylko nie może to wypłynąć dalej, tak prosił. Nie powinnam mówić nawet tobie, ale... Ale wolałabym, żebyś wiedziała. – Badałam jej reakcję. – Zachowasz to w tajemnicy? – Miałam nadzieję, że się zgodzi. Tak jak potrafiła milczeć wcześniej, zanim nastąpił szereg katastrof. Zanim zabrałam jej Brena. 
Pocierała oczy palcami, rozpoczynając pośpieszną wędrówkę po pokoju. Drgnęłam, gdy zatrzymała się nagle. Powoli odwróciła się ku mnie, a na jej twarzy gościł lekki uśmiech. 
– A powiedz mi jeszcze: komu mogłabym to powiedzieć? – Uniosła pytająco brew i zaśmiała się. 
– Co mam teraz robić? – Pytanie było prośbą o zajęcie mi czasu. O odegnanie choć na chwilę myśli od Samela i Hitcha. 
– Masz swoje obowiązki, prawda? Zajmij się szkoleniem swojej grupki. Niewiele osób zostało z nami, ale niech będą chociaż dobrze wyszkolone. Żyj dalej. – Odwróciła się ode mnie i wbiła wzrok w widok za oknem. – Cienie muszą umieć radzić sobie ze stratami. I wiedzieć, że nigdy nie będą żyły spokojnie.
Ruszyłam do drzwi, uważając rozmowę za zakończoną. Wtedy do moich uszu dotarł szept Izeli. 
– Cienie nie umieją żyć spokojnie.

Musiało minąć zaledwie pół godziny, by udało mi się zebrać moją grupę szkoleniową. Ucieszyłam się, gdy odkryłam, że nikt ode mnie nie zginął. Przynajmniej nikt z Cieni. Co do stanu Kolców nie miałam pewności, iż nikt nie ucierpiał. Kasek stał na początku szeregu, wpatrując się we mnie, jakbyśmy mieli jakąś wspólną tajemnicę. Chyba nie zdawał sobie jeszcze sprawy z tego, że to nic niezwykłego, gdy ktoś ma indywidualne szkolenie. Nawet ja się na takie załapałam. 
– W związku z tragicznym obrotem spraw chciałam was prosić o zwiększenie nacisku na skuteczną walkę. Od teraz zajęcia będą odbywały się w różnych miejscach: szkolę was, byście przeżyli. 
– Ta sytuacja z Kolcami... Czy to się powtórzy? – Ciemnoblond dziewczyna wyglądała na nieco przestraszoną. Dotąd niewiele się odzywała. Nawet nie zapamiętałam jej imienia. 
– Nie mam pojęcia. – Pokręciłam wolno głową. – Miejmy nadzieję, że nie. 
– Będziemy musieli zabijać naszych znajomych? – Zapytał Amis, niewysoki brunet. Jeden ze sprawniejszych w grupie. 
– Tylko w obronie własnego życia. – Obserwowałam uczniów, a wewnątrz mnie narastała panika. Nie umiem pocieszać. Nie umiem uspokajać... Tę rozmowę powinna prowadzić Izela. Ona potrafiła takie rzeczy. – Cienie nie mogą być bezbronne. – Miałam nadzieję, że to ukróci dalsze pytania. Nie zawiodłam się. 
Gdy każdy zaopatrzył się w broń ćwiczebną, wyszliśmy na teren lasku. Zamiast zwykłego wytłumaczenia, co powinni robić, rzuciłam krótko:
– Wszyscy jesteśmy swoimi wrogami. Brońcie się.
Minęła dłuższa chwila, podczas której wszyscy stali skonsternowani. Kasek zrozumiał pierwszy i wyskoczył w moją stronę, atakując mnie drewnianą saksą. Zablokowałam cios imitacją noża do rzucania, a w nasze ślady poszła reszta. Chwilę później walka nabrała rumieńców. Do moich uszu dobiegał dźwięk krzyżujących się broni, a co więcej: zauważyłam, że Cienie zaczęły wykorzystywać teren jako narzędzie obroni. Nie miałam zbyt wiele czasu na ocenianie poszczególnych zachowań, ale w pewnym momencie posypała się na mnie kora. Oznaczało to, iż ktoś uniknął ciosu osłaniając się drzewem. Kasek natomiast próbował na wszystkie sposoby zadać mi cios, co więcej – musiałam się niekiedy nieźle nagimnastykować, by odparować ciosy. Stosowałam technikę defensywną, gdyż moje myśli ciągle uciekały do Samela i Hitcha. Zagryzłam wargę i nagle spadł na mnie cios z góry. Kasek uświadomił sobie w końcu, że jego dużym atutem jest wzrost. Zaskoczona ledwo się obroniłam, jednak siła uderzenia wstrząsnęła moim ciałem, przez co przygryzłam dolną wargę. Słonawy smak krwi. Koniec zabawy. Defensywa przeszła w ofensywę, podskoczył poziom adrenaliny, a Kasek lekko zaniepokojony blokował lawinę ciosów, którymi go zasypywałam. W końcu jego plecy oparły się o drzewo, a ja zablokowałam jego prawą dłoń, przycinając ją do szerokiego pnia, jednocześnie przyciskając nóż do rzucania do jego gardła. 
– Martwy – stwierdziłam,wyswobadzając go. 
Gdy zwolniłam ucisk, ciało Kaska przesunęło się do przodu, chwilowo tracąc równowagę. Oddychając ciężko patrzyłam, jak rozciera dłonią gardło. 
– To było mocne. – Wpatrywał się we mnie intensywnie. – Naucz mnie tego. 
Pozostawiłam jego rozkaz bez odzewu, klaszcząc w dłonie. Nie odniosło to żadnego efektu, uczniowie porozchodzili się po lasku. Otarłam dłonią strużkę krwi z kącika ust i krzyknęłam: „Koniec”. Gdy dysząca drużyna stawiła się w całości przed laskiem, zapytałam:
– Kto zginął?
– Nikt. – Amis odpowiedział za grupę. 
– Ani jeden z was nie zadał śmiertelnego ciosu?
Kilka osób bąknęło coś co tym, że jednak tego teoretycznie dokonało. 
– A kto dostał cios, którego nie powinien teoretycznie przeżyć? – drążyłam.
Do tego nie przyznał się nikt. 
– Musicie być uczciwi. Ktoś kogoś zabił. Ktoś zginął. Należy wyciągać z tego wnioski... – zaczynało brakować mi cierpliwości. 
– Nikt się nie przyzna – odezwał się w końcu Kasek. – Trzeba wymyślić coś by było wiadomo, kto ginie. 
– Mam pomysł.... – Ciemnoblond dziewczyna odezwała się, masując nadgarstek. Była dość drobna, ale nie wyglądała na poobijaną. 
– Jaki? – zapytałam.
– Barwmy broń. Gdy ktoś dostanie bronią ćwiczebną w newralgiczny punkt... Będzie ślad. – Wzruszyła ramionami, rumieniąc się przy tym lekko. Wbiła wzrok w czubki swoich butów, jakby żałowała własnego pomysłu. Obserwowałam ją chwilę, po czym uznałam, że pomysł jest dobry. 
– Tak zrobimy. Zajmiesz się barwnikiem? – zapytałam, a ona uniosła na chwilę głowę. 
– Tak, Mentorko.

„Mam pecha” – myślał Hitch, gdy uświadomił sobie, że w klatce, do której go wsadzono, nie będzie w stanie przyjąć ludzkiej postaci. Dodatkowo osoba, która ją niosła wcale nie przejmowała się komfortem więźnia. „To klatka dla zwierząt” – Kot kontynuował posępne przemyślenia. Jego sytuacja nie przedstawiała się wesoło. Bau najpierw dostarczył go do obozu Kolców. Nie tych z Akademii, ale innych, które nie powinny już dawno żyć. Tych, które umarły przed zniszczeniem amuletów. Wąż wcisnął tam Hitcha, który bronił się jak mógł swoimi kocimi pazurkami do ciasnej klatki, a potem odstawił koło ogniska. Sypiące się z niego iskry spadały na sierść, sprawiając, że zaczynała się ona tlić. Wywoływało to serię małych, szybko regenerujących się, jednak niebywale irytujących poparzeń. Hitchowi jednak najbardziej dokuczało to, że nie mógł się przemienić. Postanowił skupić się na czymś innym niż uciążliwych efektach działalności iskier. Pozostawanie w kociej postaci miało jednak swoje zalety. Jego zmysł słuchu pozwalał na leprze rozeznanie się w sytuacji. 
– Kot? – Zaśmiał się nieznany mu z głosu Kolec. – Myślisz, że to pomoże Światłu się zmaterializować?
– To jest Kot, którego ciało Światło już raz opanował – wysyczał Bau. – Nada się więc idealnie.
– Jest napisane, że potrzeba silnej, a w dodatku dobrowolnej ofiary. – Upierał się Kolec, podkreślając wyraz „dobrowolnej”. 
– Tak, a zniszczenie amuletów miało zabić Światło i Mrok. I co? Nie trzeba interpretować dosłownie starych pism. 
– Dlaczego ty nie oddasz się w ofierze? – Ten głos Hitch już rozpoznał. To była Eres, starsza siostra jego i Parsy. Pamiętał ją z czasów, kiedy był jeszcze dzieciakiem. Zginęła w wieku szesnastu lat, gdy on sam był zaledwie sześciolatkiem. 
– A kto będzie służył Światłu, gdy powróci? – Bau brzmiał na wściekłego. – Puma? Nie jesteś Wilkiem ani nawet Lwem. Jesteś kotkiem, niewiele lepszym od tego tam! – Hitch domyślił się, że mowa o nim. 
– No tak, bo węże są takie groźne... – Eres zaśmiała się perliście. 
– Węże mają swoje sztuczki. Ja nie zginąłem z ręki ani jednego Cienia.
Na to Puma nie miała już odpowiedzi. Bau wygrał tę potyczkę słowną. 
– No dobrze. Więc co zamierzamy zrobić? Gdzie jest ta „Pradawna Świątynia”? – Nieznany Hitchowi Kolec powrócił do rozmowy. Słychać też było dźwięk odpalanej zapalniczki. 
– Skąd mam wiedzieć? Mapa jest nieczytelna! – Wąż odkaszlnął. 
– Więc po cholerę ci tak właściwie ten Kot? – dopytywał. 
– To nie jest „Ten Kot” tylko Hitch! – Eres zaoponowała. – Jest moim bratem, jak by nie było. Może uda się znaleźć lepszy sposób, taki, który umielibyśmy wykonać? – zasugerowała. 
– To zrozum ten archaiczny tekst. – Bau użył tonu definitywnie ucinającego rozmowę. 
Hitch zobaczył go, gdy zmienił swoje położenie, udając się do szałasu. Ognisko zaczynało przygasać, ale nikt jakoś nie fatygował się, by dołożyć do niego drewna. „Czeka mnie chłodna noc” – pomyślał Hitch, zwijając się w kłębek. 
Niebo na wschodzie nabierało już jaśniejszych barw, gdy coś wybudziło Kota z niespokojnego snu. Tym czymś okazały się zbliżające kroki. Nie były głośne, wręcz niesłyszalne dla ludzkiego ucha. Szybko zrozumiał, że idzie ktoś z rodziny kotów. 
– Hej, Hitch. – Eres uklęknęła przy klatce. – Wyrosłeś, dzieciaku... – W głosie dziewczyny pobrzmiewała nuta nostalgii. Wysunęła w kierunku chłopaka kawałek upieczonego kurczaka, który on, nie mogąc pohamować zwierzęcych odruchów, od razu pochłonął. Później wsunęła między pręcikami plastikową tackę, umieszczając ją obok Hitcha. Następnie przyłożyła do klatki butelkę z wodą, nalewając do naczynia cieczy. Kot od razu skorzystał z okazji nawodnienia organizmu, co Eres przyjęła z uśmiechem. 
Hitch zamruczał, zadowolony. Im dłużej Kolec przebywał w zwierzęcej formie, tym więcej cech danego zwierzęcia przyjmował. Starsi przestrzegali, by nie przesadzać z transformacją, gdyż jeśli jej czas jest zbyt długi, powrót do ludzkiej postaci może być ciężki. 
– Postaram się jakoś wyciągnąć cię z klatki – obiecała dziewczyna, podnosząc się z ziemi. – Musisz mi opowiedzieć o sobie i Parsie. I o rodzicach.
Kiedy zostawiła Hitcha znów samego, skulił się, a nim ponownie zasnął zastanawiał się, w jaki sposób przekazać Weirze informację, że Bau ma Księgę Światła. 

Siedziałam przy stole w kuchni mojego mieszkania. Artur siedział naprzeciwko mnie. Uznałam, że będzie najlepiej, jeśli ze mną zamieszka. Przecież nie znał nikogo innego. Skończyliśmy właśnie kolację, podczas której opowiadał o szczegółach wizyty w Akademii oraz swoich spostrzeżeniach. 
– Podsumowując, jeśli zaistniałaby konieczność prowadzenia wojny, wykorzystajcie ich porywczość. – Podniósł się z krzesła, odnosząc resztki jedzenia do kosza na śmieci. 
– Nie tylko oni są „porywczy” – stwierdziłam, krzywiąc się. – Problem polega na tym, że jesteśmy tacy sami. Owszem, różną nas drobnostki... Oni przyjmują zwierzęcą postać, a my nigdy nie przestajemy być ludźmi...
– To istotna różnica – przerwał mi, opierając się o blat. – Nie wiem, jak ma funkcjonować wasz sojusz. – Zostawił mnie samą.
W tej chwili sama nie widziałam, jak to wszystko naprawić. Przydałby się ktoś, kto mi coś podpowie. Albo jakiś bodziec, nakierowujący na właściwy tok myślenia. 
Zniechęcona podniosłam talerz ze stołu, potem zmyłam z niego resztki okruszków. Pomagało mi rozmawianie o problemach. Artur był chętny do rozmowy, ale nie miał pojęcia, jak wszystko u nas działa. Czasem pomaga zwykła rozmowa... 
Właśnie. Wcale nie muszę z nikim NA PAWDĘ rozmawiać! Odłożyłam talerz zbyt energicznie, co zaowocowało głośnym brzękiem. Ruszyłam do sypialni i wyciągnęłam kartkę papieru oraz ołówek. 

Hitch.
Nigdy nie pisałam listów, ale mówiono nam, jak to się robi. Podobno można w ten sposób przelać nawet skrywane przed sobą samą myśli, więc postanowiłam uczynić Cię adresatem moich przemyśleń. Nie wiem co się z Tobą dzieje. Zniknąłeś. Zniknął też Samel, gdy wyruszył na poszukiwania Księgi Światła. Mam nadzieję, że oboje żyjecie.  Najważniejszym z problemów w Domu jest to, że nie wiemy, jak mamy przeprowadzać interakcje między nami a Akademią. Kontakt jest niemożliwy, sam wiesz, jak to wszystko się nagle pozmieniało... Sam wtedy zaginąłeś. Co więcej powrócił Mizar. I moja matka. Ogólnie wszystko jest dziwnie i nienaturalnie. Przed spotkaniem Miza sądziła, że powinniśmy się jako Cienie obawiać jedynie iteracji z Akademią, a teraz już wiem o istnieniu obozów „Zmartwychwstałych”. Z nimi nigdy nie istniał sojusz. To możne znacznie utrudnić nam życie.  Jeszcze przed chwilą nie wiedziałam, co mam zrobić, ale teraz już mam pewność. Skoro jest Księga Światła, to jest i Księga Mroku. Musi w nich być opisane w jaki sposób powstały nasze rasy! Jeśli dowiemy się, jak coś do nas „dołączono” to powinniśmy odkryć sposób jak to „odłączyć”!  Hitch, znów mi pomogłeś. Wróć do nas. Żyj...
Weira


Patrzyłam na zapisany moim drobnym, nie do końca czytelnym pismem kawałek papieru. Jeśli to jest dobre rozwiązanie, jak przynajmniej mi się wydaje, to zdecydowanie powinnam przygotować się do jego realizacji. Nie mogę jednak pozostawić uczniów bezbronnych... Jak na razie są na beznadziejnym poziomie. Tydzień to dużo, ale tyle im dam na opanowanie w wystarczającym stopniu obrony, Mentorzy mogą zająć się resztą. Chcieli przecież powrócić na dawne stanowiska. Potem wyruszę sama. Nikomu nie powiem, dokąd.

Ciemna sylwetka stała na parapecie sypialni, w której Weira właśnie zgasiła światło. Włosy powiewały, pieszczone lekkim wiatrem, a oczy wpatrywały się w małą postać, okrywającą ciało szczelnie kołdrą. „Śpij spokojnie” - pomyślał podglądacz, po czym zeskoczył na dół.

_________

Witam z listopadowym rozdziałem ;) Musiałam go tak dziwnie zakończyć, gdyż zagalopowałam się nieco z pisaniem, a to, w odróżnieniu od "Impulsu" dało się racjonalnie rozdzielić na osobne rozdziały. Mam też dobrą informację dla czytelników: rozdział XXI już jest prawie napisany, nosi tytuł "Ktoś mnie prześladuje" i mam nadzieję, że wprowadzi nieco więcej napięcia ;)

Pozdrawiam wszystkich i dziękuje Frixowi, który podjął się poprawiania błędów od pierwszego rozdziału!

A, przy okazji: bardzo chciałam się wam pochwalić, że opowiadanie jest publikowane również w "Przestrzeni jury" i ma już drugi miesiąc swoją rubrykę ;D Kto by pomyślał, Weira w gazecie? 

Pozdrawiam wszystkich stałych i okresowo-cyklicznych czytelników!


Szablon wykonała prudence.