wtorek, 19 grudnia 2017

XXI - Ktoś mnie prześladuje

Moi uczniowie czekali na mnie z niepocieszonymi minami. Czuli się pewnie przemęczeni, ale czy wojownik może sobie na to pozwolić? Gdy trwa wojna, nikt nie ma czasu na odpoczynek. Kosztować może to życie. 
– Dziś ma przeżyć tylko kilka osób. Nie godzę się na to, by ćwiczenia przypominały zabawę. Zrozumiano? –  Czekałam na reakcję.
–  Mam barwniki –  odezwała się ciemnoblond dziewczyna. – Jak Mentorka kazała. 
Położyła przede mną dwa słowiczki wypełnione białą, czerwoną i niebieską farbą w proszku. Podziękowałam jej, po czym wyciągnęłam ze składziku opaski na oczy. Pamiętałam jeszcze, jaką trudność sprawiało mi nauczenie się poruszania, gdy byłam pozbawiona zmysłu wzorku. Dzięki temu wyostrzały się inne zmysły, ułatwiało to walkę w ciemnościach oraz gdy przypadkiem ktoś z naszych nie trafił Mrokiem we wroga, a sprzymierzeńca. Co prawda Reala zaczęła te treningi ze mną, gdy byłam wystarczająco dobra, ale jeśli chciałam zniknąć...
– Każdy z was ma założyć na oczy opaskę. Nauczcie się poruszać na ślepo. – Rozdawałam każdemu z osobna rekwizyty. – To nie jest łatwe, ale do nauczenia. Przeprowadźcie walki w parach na ślepo, zasada jest taka sama jak zawsze: jesteście swoimi wrogami. 
Ćwiczenia się rozpoczęły. Obserwowanie niepewnych ruchów wpadających na siebie co rusz Cieni było dość zabawne. Wyglądało to, jakby po raz pierwszy musieli poruszać się samodzielnie. Postanowiłam dać im dwie godziny na oswojenie się z nową sytuacją. W tym czasie przysiadłam nad mapami, które ze sobą przyniosłam, by przeanalizować wszelkie wzmianki na temat Księgi Światła, jakie udało mi się znaleźć. Musiałam choć odrobinę uściślić teren poszukiwań, gdyż fizycznie niemożliwym byłoby przeszukiwanie na ślepo całego globu. Wiedziałam, że obie nasze rasy wyruszyły z tego regionu. Niewiele oddziałów Cieni na stałe zamieszkiwało inne okolice, zwykle było to związane jedynie z poszczególnymi zapotrzebowaniami. Mieliśmy swoja małą siedzibę na każdym kontynencie i w wielu krajach, z czego ta w Japonii działała najprężniej ze wszystkich. Właściwie nigdy nie dociekałam, dlaczego. Po prostu tak było. Moimi dwoma typami do sprawdzenia był właśnie japoński Dom oraz nasza okolica. 
W podręcznikach mówiono, że Dom, który teraz zamieszkują Cienie został wybudowany, kiedy pierwsza lokalizacja okazała się zbyt niestabilna, a mury zaczęły się zapadać pod siebie. Nikt dzisiaj już nie pamiętał, z jakiego powodu, aczkolwiek domniemano, iż teren był podmokły i zwiększył się poziom wód podziemnych, zmieniając przy tym właściwości techniczne podłoża. Nigdy nie mieliśmy dobrych naukowców, więc nie było możliwości do zweryfikowania trafności tezy. Wiadomo za to było na pewno, że budynek współczesnego Domu to zaadaptowany na własne potrzeby, zmodyfikowany stary klasztor. Dostaliśmy go za darmo, przekonując duchownych o swej boskości. Kłamstwo popłaciło, a w średniowieczu podobno mogło przejść wszystko. Im dalej w przeszłość tym mocniejsze były Cienie, bo krew Mroku coraz bardziej się rozrzedzała, a praktykowana przez nas religia miała coraz mniejsze zainteresowanie. Gdyby kiedykolwiek przed wydarzeniami z amuletami ktoś wspomniał mi o obrzędach z użyciem krwi wielkiej dwójki, uznałabym go za kogoś niespełna rozumu. A jednak: w religii Cieni coś było. Nie bez powodu ci mocniej wierzący zwykle byli silniejsi od pozostałych. Być może chodziło o medytację, poziom skupienia oraz brak rozpraszania. To by wyjaśniało, dlaczego mi udawało się robić „więcej”... Choć może lepiej tłumaczy to zwiększona zawartości Mroku we mnie samej. 
Z biblioteki wzięłam kilka map, na których zaczęłam oznaczać tereny wilgotne oraz uznawane za miejsca dobre do medytacji. Przy tych drugich przydałaby się Izela. Moje notatki odnośnie sfery duchowej zawsze były niekompletne, gdyż interesowała mnie jedynie walka. Kilka miejsc odpowiadało profilowi miejsca, w którym mógł w przeszłości znajdować się Pierwszy Dom. Podczas swoich dwudniowych studiów nad starymi pismami w bibliotece, którym poświęciłam większość uwagi podczas dwóch dni po napisaniu listu do Hitcha doszłam do wniosku, że miejsce powinno być owiane mistycyzmem oraz podmokłe.
– To ćwiczenie jest bezsensowne. – Głos Kaska, który rozległ się tuż nad moją głową zaskoczył mnie całkowicie. Chłopak trzymał w ręce opaskę i wpatrywał się we mnie opierając o kij ćwiczebny. – Mam dość lania innych. Może pomogę ci w tym czymś, co teraz robisz? –  Uniósł brew, wskazując ruchem głowy na rozłożoną przede mną mapę. 
– Miałeś ćwiczyć. – Zaczęłam zbierać pośpiesznie notatki z podłogi, by przypadkiem nie zrozumiał, co właściwie chcę zrobić. 
– Wolę ćwiczyć z tobą. – Schylił się, podnosząc jedną z kartek. – Podmokły i święty? – Obie brwi powędrowały ku górze. – O co chodzi?
– Nie musisz wiedzieć o wszystkim! – Zerwałam się z ziemi, wyrywając notatkę z jego dłoni. Papier naderwał się. 
– Weiro, w obliczu zaistniałych okoliczności wolałbym jednak mieć pełny obraz sytuacji. –  Odrzucił na ziemię zarówno kij, jak i opaskę, próbując uszczknąć coś z mojego pliku papieru. Udało mu się wydobyć zapis o zapadnięciu się Pierwszego Domu. – Po co ci to... – Spojrzał na mnie, unosząc kartkę ponad głowę i czytając dalej. Sprytne. Nie mogłam po nią sięgnąć.
Z całej siły nadepnęłam na jego stopę, przez co pochylił się, a ja wyszarpnęłam skrawek papieru.
– Chcesz znaleźć... – Sapnął, rozcierając obolałe miejsce. – Lokalizację Pierwszego Domu. Ale po co? On już nie istnieje! 
Nasza rozmowa nie pozostała niezauważona przez uczniów. Ich ruchy zwolniły, każdy chciał coś usłyszeć. Niedobrze. 
– Ciszej. – Rzuciłam mu wściekłe spojrzenie. – Później... – szepnęłam, licząc na to, że po ćwiczeniach uda mi się go zbyć. Wcisnęłam notatki byle jak do torby, w której wcześniej je przyniosłam. Minęła już ponad godzina treningu. – Stop! – krzyknęłam do uczniów. – Wychodzimy w teren!
Kasek uśmiechnął się krzywo, zawierając w tym grymasie obietnicę, że nie odpuści i zmusi mnie do udzielenia wyjaśnień. 

Staliśmy w lasku. Każdy z nas zaopatrzony był w opaskę oraz miecz ćwiczebny. Wyjaśniłam dokładnie, na czym polega ich zadanie. Każdy z uczestników miał nałożyć farbę w proszku na swój kij, w zależności od przydziału: czerwony dla jednej drużyny, niebieski dla drugiej. Jako prowadząca zajęcia miałam brać udział we wszystkim, choć planowałam dać uczniom niewielkie fory. Mój miecz został oznaczony białą farbą. Po przygotowaniu stanęliśmy na środku polanki. Zaczęłam wyjaśniać.
– Ustawimy się plecami do siebie. Każdy ma wykonać dokładnie piętnaści kroków przed siebie, a gra rozpocznie się, gdy postawimy ostatni z nich. Ten, kto przeżyje ma spokój do końca dnia. Pozostali mają jeszcze cztery godziny treningu. –  Kasek podpowiedział mi pomysł z nagrodą. Mówił, że dzięki motywacji bardziej przyłożą się do zadania. – Kończymy, gdy rozlegnie się gong. – Ze składziku razem z kaskiem wyciągnęliśmy turniejowy przedmiot, by łatwiej było określić zakończenie. – Załóżcie opaski i rozpoczynam odliczanie. I starajcie się nie zabić swojej drużyny.
Ustawiliśmy się w okręgu plecami do wewnątrz, nasunęliśmy opaski na oczy. Głośno wymawiałam kolejne liczby, a gdy wypowiedziałam „piętnaście” rozpoczęło się ćwiczenie. Ucieszyłam się, gdy usłyszałam dźwięk pierwszych skrzyżowanych mieczy. 
Sama ruszyłam biegiem ku najbliższemu drzewu, jakie upatrzyłam sobie już wcześniej. Było moim odnośnikiem przestrzeni, reszta była improwizacją. Skrzywiłam się, kiedy wpadłam twarzą w gałąź, o której istnieniu zapomniałam. Wyrwała mi kilka włosów, ale za to ramię wyczuło nierówność kory pnia. Dotarłam do celu. 
Domyślałam się, że Kasek będzie starał się dopaść właśnie mnie, a nie planowałam dać mu tej satysfakcji. Na zbyt dużo sobie pozwalał. Nie szanował naszej relacji mentor-uczeń, co zaczęło mi już bardzo działać na nerwy. Oparłam plecy o pień i wsłuchiwałam się w odgłosy. Z lewej strony ktoś już rozpoczął konfrontację. Poza dźwiękami skrzyżowanych mieczy ćwiczebnych słyszałam również haczenie o drzewa, odróżniając je po tym, że wiedziałam, jak brzmi kora odrywana od pnia. Na wprost mnie również ktoś się znajdował, jednak chyba nie zauważył mojej obecności. Gdy wyczułam ciepło bijące od niego, gdy po omacku przeszukiwał lasek, pochyliłam się, przez co jego dłoń wybadała jedynie korę za moimi plecami. Cień poszedł dalej. Po chwili za mną rozległo się przekleństwo, gdy osobnik potknął się o coś. Rozpoznałam po głosie Amisa. Prawa strona pozostawała cicha, choć coś mi w niej nie pasowało. Miałam wrażenie, jakby coś zastawiało przestrzeń pomiędzy mną a resztą lasku. Wytężyłam słuch, starając się ukierunkować zmysł na prawą stronę. Na początku nic to nie dawało, a po chwili dało się usłyszeć równomierne dudnienie. Moi uczniowie widocznie przenieśli się w ferworze walki gdzieś dalej, bo dźwięki przez nich wydawane było odległe. Cichy, pulsujący dźwięk stawał się coraz wyraźniejszy, poza tym nie towarzyszyły mi inne odgłosy. Zaczęłam go rozpoznawać. Bicie serca. Dlaczego nie słyszałam ciężkiego oddechu? Ktoś, kto miał tak szybki puls musiał być zmęczony, a ciężko opanować oddychanie... Starałam się wyczuć zapach. Może on by mi coś podpowiedział. Wietrzyk w lesie wiał jednak z lewej, co uniemożliwiło mi wychwycenie zapachu. Przypadek? Szczęście nowicjusza? A może Kasek nauczył się czegoś więcej? Bo to mógł być tylko on.
Wtedy rozległ się cichy świst, na który na szczęście udało mi się zareagować. W ostatniej chwili podtrzymałam uderzenie wycelowane wprost w moją klatkę piersiową. Siła, jaka została włożona przez anonimowego przeciwnika w uderzenie rozeszła się falą odrętwienia po moich kościach. Dobrze... Ten ktoś wie, co robi. Z jakiegoś powodu byłam pewna, że kolejny cios nadejdzie z góry – sama tak bym zrobiła. Idealnie zablokowałam cięcie, od razu wykonując cios kierunku brzucha przeciwnika. Zablokował go, wydając przy tym sapnięcie. Chyba go zaskoczyłam. Domyśliłam się, że to go zdenerwuje. Od razu przesunęłam się wzdłuż pnia, by skryć się za nim, wykorzystując go jako tarczę. Cios nie spadł wcale na korę, jak się spodziewałam, za to przeciwnik podążył za mną. Chyba ktoś mnie nie posłuchał i nie miał na sobie opaski... Kolejny świst uświadomił mi, że cios spadnie na nogi, więc musiałam odskoczyć od pnia. Powiew powietrza owiał moje łydki, kiedy zaatakowałam serią szybkich cięć w tułów. Przeciwnik odparował każde z nich, by samemu spróbować ataku z dołu. Z trudem udało mi się odskoczyć. Musiałam zmienić taktykę. Wróg był wyższy, musiałam wykorzystać swój wzrost. Spróbowałam podcięcia nóg. Moja stopa uderzyła w łydkę, co wywołało chwilowe zachwianie i dało mi możliwość przebicia się przez szczelną obronę przeciwnika. Wykorzystałam to, wyskakując i tnąc z góry. Nie miałam pojęcia w co trafiłam, jednak cios nie odbił się echem skrzyżowanych drewnianych kijów. Mam go. Uśmiechnęłam się do siebie Podobała mi się ta walka. Wtedy zrobił coś, czego się nie spodziewałam: dłoń chwyciła za moje ramię i pchnęła mnie do tyłu. Boleśnie uderzyłam o pień kolejnego drzewa, przygryzając sobie lekko język. Fragmenty kory wbiły się w moje plecy. Gdy wyczułam w ustach słony smak krwi dostałam zastrzyku adrenaliny. Wróg od razu wykonał zamach, celując w wyższe rewiry. W ostatniej chwili schyliłam się, a cios trafił w pień ponad moją głową. Posypała się na mnie kora. 
Wykorzystałam podparcie za plecami o odepchnęłam się nogą od pnia, nadając impetu uderzeniu, które zamierzałam właśnie wykonać. Było ryzykowne, celowałam czubkiem broni w brzuch. Musiał w porę uskoczyć, gdyż nie napotkałam żadnego oporu. But zaplątał się w korzeń wystający ze ściółki i upadłam. Miałam ułamek sekundy, by podnieść się lub chociaż obrócić, nim on zaatakuje. Wyczułam, że się zbliża, zbyt wolno. Myślał, że wygrał... Udało mi się podciąć jego nogi i teraz on również leżał na mchu, co pozwoliło mi na zebranie się z ziemi. Skoczyłam na równe nogi i wyplułam zebraną w ustach krew. On zdążył się już podnieść i uderzył znowu z góry, co bez problemu odparowałam, wykonując cięcie z boku. Trafiłam go, choć kij zsunął się od razu. Zaledwie draska. Przeżyłby. Choć zabolało, wnioskując po stęknięciu. 
Jego atak zmienił się w prawdziwą furię, zaatakował mnie grad ciosów, który znów przygwoździł mnie do, tym razem innego drzewa, a gdy tylko wzięłam zamach ciężar ciała przeciwnika przybił mnie do pnia. Starałam się zaatakować jego plecy, ale dłoń wyrwała mi kij z ręki i odrzuciła gdzieś daleko. Po rozbrojeniu uniósł mnie w górę, rzucając na ściółkę. Musiałam bronić się przed upadkiem, a gdy tylko upadłam na kolana i oparłam się na dłoniach poczułam, jak delikatny dotyk kija kreśli kreskę farmą na moim karku. Martwa. 
Od razu sięgnęłam do opaski, by zobaczyć, któż to zrobił takie postępy. Byłam niemal pewna, że to Kasek. Chciałam mu pogratulować. To było coś, walczył jak na Cienia przystało. Nim odwiązałam opaskę usłyszałam oddalające się kroki. Gdy znów widziałam, przeciwnika nie było. Nie ma szans, by ktoś nie przyznał się do tak triumfalnej wygranej. Ruszyłam z powrotem na polanę, wypluwając krew z ust. Proces gojenia już się rozpoczął, jednak zgromadziło się jej tam wystarczająco, by stała się irytująca. Podeszłam do gongu, otrzepując z siebie igliwie i strącając korę z włosów. Zwołałam wszystkich uderzeniem kija ćwiczebnego w metal. Chwilę później przyszli wszyscy. Kasek nie miał na sobie ani jednego śladu farby, bo było zadziwiające, przecież pamiętam, że udało mi się go trafić... Inni byli pobrudzeni, a niektóry – o zgrozo – mieli na sobie plamy w obu kolorach. Dwóch uczniów zginęło nawet kilka razy, sądząc po odniesionych ranach. 
Uważnie przyglądałam się każdemu z nich, poszukując śladów mojego białego barwnika. Na nikim nie udało mi się niczego znaleźć. Najpewniej Kasek zwyczajnie zmył z siebie ślady uderzeń. Jest nieuczciwy. 
– Martwi zostają, ci którzy przeżyli do Domu. –  Zarządziłam, a gdy Kasek ruszył z „żywymi” zatrzymałam go. – Ty zostajesz. 
– Jak sobie życzysz, Mentorko – skłonił się lekko. Włosy miał całe mokre od potu, wyglądał również na zmęczonego. 
– Kwadrans przerwy dla trupów, a potem widzimy się na sali.
Poczekałam, aż uczniowie się rozejdą. 
– Dobra walka. – Postanowiłam zacząć od słów uznania. – Zaskoczyłeś mnie kilkoma rzeczami...
– Staram się jak najlepiej cię naśladować. – Uśmiechnął się tym swoim krzywym uśmiechem. Obserwował moją szyję, jakby znajdowało się na niej coś ciekawego. 
– Dlaczego pozbyłeś się śladów farby?
– Nie oberwałem ani raz. – Zmarszczył czoło.
– Nie? – Przesunęłam dłonią po szyi, ściągając z niej proszek. 
– Nie. I na pewno nie ja zrobiłem ten ślad. – Wskazał na dłoń, którą do niego wyciągnęłam. 
Mój wzrok spoczął na farbie barwiącej skórę. Nie na niebiesko. Nie na czerwono. Nawet nie na biało. Miałam na niej czarną smugę. 
Zbladłam. Spojrzałam na kij w ręce Kaska. Niebieski.
– Kasek przejmij zajęcia, zajmij ich czymś, niech poćwiczą cokolwiek – rzuciłam, ruszając w stronę Domu. – Coś jest nie tak, muszę sprawdzić kilka rzeczy w Domu. – Szłam coraz szybciej, nie wiedząc, co właściwie się dzieje.
– Przyjdę jako skończymy, wisisz mi wyjaśnienia! – krzyknął za mną, a ja uznałam to za zgodę na prowadzenie zajęć. 

Nie bawiłam się w pukanie do drzwi, gdy złożyłam Izeli niezapowiedzianą wizytę w pokoju. Otworzyłam je zamaszyście, uderzając przy tym jednego z Mentorów. Łypnął na mnie spode łba. Pokój wypełniały dorosłe Cienie, a blondynka pochylała się nad kartką, na której widniała tabela.
– Co jest? – Spojrzała na mnie zdezorientowana. Wszyscy na mnie patrzyli. Przypomniałam sobie o niedawnym krwawieniu i otarłam wierzchem dłoni usta. 
– De i reszta już wrócili? –  zaczęłam bez wstępów. 
– Nie ma ich jeszcze... – Izela odłożyła ołówek. – Co się stało?
– Czy są tu wszyscy Mentorzy? –  Rozejrzałam się po pomieszczeniu, czując, że znam już odpowiedź na moje pytanie. 
– Tak, są wszyscy. Mamy zebranie od trzech godzin. – Blondynka zmarszczyła brwi. – Brakuje tylko ekipy poszukiwawczej. Dostałam od nich jakieś pół godziny temu raport, że wyruszają dalej, bo odnaleźli samochód, roztrzaskany na drzewie. Nikt w nim nie zginął, ale drzwi od strony pasażera były wyrwane i odrzucone a tapicerka nasiąknięta krwią...
– Roztrzaskany samochód? – powtórzyłam, osłupiała. 
– Być może przeżyli. – Podeszła do mnie. – Szukają ich. Dlaczego pytasz o Mentorów?
– Wyjaśnię wieczorem, zdarzyło się coś dziwnego i staram się ustalić co... – Odwróciłam się na pięcie, kierując do drzwi. – Zdam raport. 
Zamknęłam za sobą drzwi. Serce mi łomotało. Nikt z aktualnie zamieszkujących Dom nie mógł wykonać tego, co zrobił mój przeciwnik w lesie. Nikt, poza Mentorami. To nie był nikt z nich. Nie mógł być. Rewelacja z odnalezienia wraku samochodu wstrząsnęła mną dodatkowo. Nie znaleźli śladów śmierci. Co nie oznaczało, że przeżyli. Dwa Kolce i dwa Cienie. Sami. Przy Impulsie. Mogłam ruszyć na poszukiwania zamiast De. I z kim walczyłam? 
Niemal biegłam do swojego mieszkania. Musiałam podzielić się tym z Arturem, by poinformował Kolce o moim niepokojącym przypuszczeniu: Zmartwychwstali przybyli do Domu.

Hitch zbierał informacje. Kolce, które powróciły do żywych nie tylko miały plan pozbycia się raz na zawsze wszystkich Cieni ale i były przerażone. Bau wymyślił jakiś zarys planu, ale na dobrą sprawę sam nie miał pomysłu co do realizacji. Hitch potrafiłby odszyfrować mapę. Tak przynajmniej sądził. Nie chciał się do tego przyznać. Eres karmiła go, jednak nie udało jej się go wydostać. Kot chciał opowiedzieć jej, jak mogłaby tego dokonać, opowiedzieć o sojuszu z Cieniami, że uśmiercanie ich jest fatalnym pomysłem, ale nikt nie zrozumiałby jego miauczenia.
Pewnego dnia Bau w końcu wpadł na genialny pomysł. 
– Wyjmijcie go – zarządził, a Hitch domyślił się, że mówi o nim. – Może uda nam się z niego wyciągnąć jakieś informacje. Kto wie, co tam ciekawego poodkrywali w Akademii.
Kot wyszedł niepewnie z klatki. Mięśnie odmawiały posłuszeństwa: długi czas bezruchu sprawił, że działały opornie, buntując się przy każdym poruszeniu. Powoli zaczął przyjmować ludzką postać. Eres obserwowała go z zaciekawieniem, a Wąż uśmiechał się pod nosem, gdy dokonywała się bolesna transformacja. 
– Co masz dla nas, Kotku? – zadrwił Bau.
– Nic – mruknął, próbując rozruszać zastane stawy. 
– Coś tam na pewno wiesz – dociekał. 
– Coś wiem. Ale chyba was to nie interesuje. 
– Sprawdźmy. – Bau odpalił papierosa i usiadł na kawałku drewna.
Hitch wiedział, że jakakolwiek próba ucieczki nie powiodłaby się. Rozpoczął więc opowieść o tym, że odnalazł wzmianki o Księdze Światła. Opowiadał o wszystkim, o czym Bau już wiedział. Musiało go to irytować.
– Nic nie wiedzą! – Zaśmiał się w końcu. Jesteśmy o ogromny krok przed nimi. Jak tylko znajdziemy, czego szukamy, to nawet nie pisną i znikną!
– Tak... – Eres pokiwała głową. Coś w spojrzeniu, jakie wwiercała w oczy Hitcha mówiło mu, że ona wie, iż Kot ma więcej do powiedzenia. – To mój brat. Mogę mieć prośbę? – zwróciła się do Bau.
– Jaką? – syknął.
– Pozwólmy mu pozostać w ludzkiej formie. 
Wąż rozważał chwilę ten wariant. Analizował, czy da się utrzymać Kota w jakimś innym więzieniu.
– Można go przywiązać... – zasugerowała Puma. 
– Racja. Nie rozerwie więzów. Zwiążemy go jako kota. Albo utrzyma jedną kończynę w zwierzęcej formie, albo straci dłoń. – Wężowy język wysunął się i schował w ustach.

Parsa zatrzymał się przed główną bramą Akademii. Wciąż nie czuł się dobrze, miał wrażenie, że organy wewnętrzne w jego brzuchu stały się kilka razy większe, jakby usiłowały przedrzeć się przez żebra, łamiąc je w miliardy kawałków. Tak duża dawka mroku w ciele Dziecka Światła była ciężka do usunięcia przez organizm... Choć minęło już dużo czasu do przyjęcia trucizny, nadal działała ona w najlepsze. Musiał znaleźć silnego Kolca, który podzieliłby się z nim światłem. 
Zwykle lśniący Parsa wyglądał jakby w każdej chwili mógł pożegnać się z życiem: włosy były matowe, skręty pukli oklapnięte, z oczu zniknęły radosne iskierki... Jeszcze nigdy tak nie przypominał Hitcha. Powolny marsz, który kontynuował od wielu dni był dla niego wykańczający. Każdych kilka kroków powodowało zadyszkę, płuca nie chciały współpracować... I jeszcze ten tępy ból w trzewiach... Ale teraz był w domu. Teraz ktoś mu pomoże. 
Po krótkiej chwili regeneracji ruszył znów przed siebie. Akademia była w końcu tak blisko...
Brama była zamknięta, choć nigdy dotąd się to nie zdarzało. Na szczęście patrol, który pilnował bezpieczeństwa obiektu wpuścił Parsę. Zaprowadzono go do środka. 

Dzwonek telefonu przeciął monotonną ciszę. Do tej pory zakłócały ją odgłosy kroków, miarowo łamiących gałązki podeszwami butów. Nareb i jego oddział złożony w mniej lub bardziej zaufanych ludzi zatrzymał się. Orzeł odebrał komórkę. Przeprowadził krótką rozmowę, po czym wyjaśnił swoim ludziom, że czas wracać. 

Tego wieczoru Nareb wszedł do pokoju, w którym leżał Parsa. Lew stracił bardzo wiele energii, a medycy z Akademii twierdzili, że jeszcze dług nie powinien wstawać.
– Tak się cieszę, że nic ci nie jest! – zawołał Orzeł, gdy tylko przekroczył próg. Nie dbał nawet o dokładne zamknięcie drzwi, które stuknęły tylko o framugę, by ponownie się uchylić. 
– Tak, zdecydowanie nic mi nie jest – ironizował Parsa, gdy z grymasem bólu na twarzy podciągał się do pozycji siedzącej. – Co z Hitchem? Jak dał sobie radę podczas...
Nareb usiadł na brzegu łóżka przyjaciela, unikając jego wzroku. Wpatrywał się w sobie tylko znany punkt na ścianie.
– Nie wiem. – Wziął głęboki wdech. – Jestem tym wszystkim przerażony, nagle wszystko się zawaliło, a ludzie... Wszyscy oczekują ode mnie, że jakoś zapanuję nad tym bałaganem. I to nie tylko nasi. Weira również na mnie liczy. Hitch przepadł po tym cholernym dni, kiedy wszystko wzięło w łeb. Szukaliśmy go, ale nie ma po nim śladu. Obawiam się, że zginął. Był wtedy u Cieni... Gdy to się zaczęło. 
Parsa potarł dłonią oczy. 
– Hitch pewnie sobie poradził... Pytanie tylko, gdzie mógłby być. Wiesz, że on zawsze spada na cztery łapy... Kto jeszcze zaginął?
Nareb streścił wydarzenia minionych dni. Lew nie wyglądał na zaskoczonego.
– Umef nie żyje – powiedział Parsa, gdy Orzeł zakończył opowieść. – Nie jestem przekonany, czy Samel żyje, ale mi udało się uciec, a wtedy... Wtedy błysk rozjaśnił okolicę. 
– A ta dziewczyna, Ayla?
– Ona... Uderzyliśmy w drzewo, a ja wypadłem przez przednią szybę. – Jego ręka wskazała drobne, ledwie widoczne blizny na twarzy. – Umef siedział koło niej, nie ogłuszył go widocznie wypadek. Zaatakował ją, a ja poczułem uderzenie ciemności... Tak jakby ktoś nagle coś we mnie zdusił, okropny przypływ bólu... – Parsa przełknął ślinę. – Samel wydostał się z wraku i próbował dostać się do Umefa, do mnie krzyknął, żebym uciekał... Po wysłuchaniu waszych relacji uświadomiłem sobie, jakie to dziwne. Byłem ledwie żywy, mógł mnie dobić... Uciekłem, a wtedy umarł Umef. Sadzę, że Samel również. 
– Skoro zabił Kolca... – Nareb przygryzł dolną wargę. – Jest tego jeden plus, choć to okrutne: lepiej dla nas, że Samel nie żyje. Walka z nim nie jest łatwa. 
– Co teraz planujemy? – Parsa wpatrywał się w Orła. 
– Teraz poczekamy na ruch Cieni.
Szablon wykonała prudence.