poniedziałek, 24 kwietnia 2017

VIII - Krwawy połów

Nie miałam pojęcia, czego się teraz spodziewać. Reakcja Nareba może być dowolna. Może wyciągnąć świetlisty miecz i mnie zabić. Może przemienić się w zwierzę i mnie rozszarpać. Może jak Hitch – puścić mnie wolno. Albo odpowiedzieć na to, co powiedziałam, co właśnie postanowił zrobić.
– Jak i dlaczego?
– Bo... Odkąd poznałam pierwszego Kolca, chodzi mi po głowie jedna myśl: wcale aż tak się nie różnimy. A gdy Mrok powiedziała...
– Rozmawiałaś z Mrok?! – podniósł głos.
– Tak.. Jestem częścią jej planu, którego nie zdradzę. Nie zamierzam go realizować, mam swój.
– Jaki?
– Doprowadzić do obalenia ich rządów. Mówiłam. Najpierw wyjść z ukrycia, potem pokonać Światło i Mrok. Żyć w świecie ludzi i zapomnieć o szkoleniach. Zjeść kanapki w świetle słońca, poza naszym terenem. Nie myśleć o tym, czy nie zaatakuje mnie ktoś z ukrycia. Wyrzucić broń.
– To się nie uda. Nienawiść jest zakorzeniona w nas od zawsze. Poza tym jak chcesz pokonać wielką dwójkę?
– Pracujemy nad tym. Zbieramy wszystkie informacje na ten temat. Nie jesteśmy sami, więcej Cieni chce wolności i zakończenia nie naszej wojny.
– No dobrze, ale jak Cienie pokonają Mrok, to Światło was zmiecie i znikniecie. To dość nieprzemyślane – zabrał z moich dłoni papierosa i się nim zaciągnął.
– I tu pojawia się powód, dla którego jesteśmy wśród was. Robimy rekonesans, szukamy sojuszy... Ludzi, którzy zajmą się u was tym, czym nasi ludzie u nas.
– Zainteresowałaś mnie.

Zgodnie z życzeniem Nareba postanowiliśmy nie wracać do Akademii. Misja się udała – przekazaliśmy, co mamy przekazać, a opiekun ostatniego roku obiecał wybadać sytuacje. Opowiedziałam mu o naszych technikach rozpoznania i ustaliliśmy, że za trzy dni, wieczorem, spotkam się z nim sam na sam w barze, w którym dziś siedzieliśmy, a wtedy zdamy sprawozdania z tego, jak wygląda sytuacja. Obiecał, że nie będzie nic utrudniał, a to ogromny plus. Miałam nadzieję, że można mu zaufać... Inaczej będzie ciężko. Wiedział, że nie zdradzę mu tajemnic Cieni i każda z ras ma zająć się własną kwestią. Na razie mieliśmy rozpoznać sytuację.
Na pożegnanie Hitch do mnie pomachał, Nareb jedynie skinął głową a Umef nie był w stanie reagować na nic, gdyż razem z Samelem wypili znacznie więcej, niż powinni. Ten drugi zwisał smętnie uwieszony na mnie, zaś pierwszego trzymała pozostała dwójka.
Dobrym omenem było to, że Nareb wydawał się zachwycony pomysłem pozbycia się Światła na zawsze. Ich wolność była większa niż nasza, jednak nadal zmuszeni byli do przebywania głównie we własnym gronie, a tereny „neutralne” wcale takie nie były. Miz zaatakował mnie bez powodu, Cienie atakowały Kolce.
Postanowiłam chwilowo zająć się nieco bardziej przyziemnym problemem, mianowicie miejscem noclegowym dla mnie i Samela. Nie mógł w tym stanie prowadzić, byłoby to samobójstwo. Ja nie miałam pojęcia jak uruchomić auto, zatem... Nie było szans na powrót do naszych. Przypomniałam sobie, że miał pieniądze. Hitch pytał wcześniej Nareba, czy nie mądrzej byłoby zostawić na noc Umefa w wynajętym pokoju. Choć oni tego nie zrobili, by mogliśmy. Zostawiłam Samela przy fontannie, by uzyskać nieco więcej mobilności i ruszyłam na rekonesans. W jednym z opustoszałych już lokali wisiał neonowy napis „Noclegi”. Wróciłam po Samela. Leżał na brzegu fontanny, na plechach, ręką zastawiając swoją twarz.
– Masz pieniądze? – zapytałam go, ale równie dobrze mogłam rozmawiać z rzeźbą, ławką czy wodą. Zero reakcji.
Westchnęłam. Muszę sama sprawdzić.
Czułam się dziwnie niezręcznie, gdy tak dotykałam „zwłoki” wybitnego Cienia, w poszukiwaniu pieniędzy. Znalazłam portfel, była w nim gotówka. Z braku lepszych pomysłów, zrzuciłam śpiącego do fontanny. Lodowata woda do obudziła, a co zadowalające – otrzeźwiła.
– Chora jesteś?! – krzyknął, podrywając się na równe nogi, ociekając wodą.
– Próbowałam inaczej. Chodźmy spać.

Pieniędzy starczyło na jeden pokój, co nie było szczególnym problemem. Samel od razu wszedł pod prysznic, a ja usiadłam na brzegu łóżka, ukrywając twarz w dłoniach. Świat wirował, w ustach miałam sucho, wciąż czułam smak papierosa. Okropne. Zrozumiałam, dlaczego tak pognał do łazienki – sama chętnie oddałabym się we władanie ciepłych strumieni. A co ważniejsze, napiłabym się wody.
Minęło dobrze ponad pół godziny, gdy wyszedł. Ubrania miał w rękach, na biodrach zawiązany ręcznik. Poinformował mnie, że w łazience jest drugi.
– Zmiana warty – dodał, uśmiechając się przy tym.
Weszłam do łazienki. Lustro naprzeciwko poinformowało mnie, że wyglądam jak półtora nieszczęścia. Postanowiłam nie utrzymywać z nim już kontaktu wzrokowego i oddałam się rozkoszy ciepłego prysznica.

Idąc za przykładem Samela,owinęłam się ręcznikiem. Uświadomiłam sobie, że nasza nieobecność na pewno została już zauważona i zapewne Izela będzie próbowała ratować mi skórę, bo nie ma szans, by trzymała się planu zmowy milczenia. Położyłam ubrania na podłodze, gdyż wszystkie inne powierzchnie płaskie pozajmowane były przez mokrą odzież mojego towarzysza. Leżał na łóżku i nie spał.
– Zgaś światło – polecił – A potem opowiedz mi, co się tam dokładnie stało.

Po wypytaniu mnie o każdy szczegół, westchnął. Wydawał się niezadowolony.
– Co zrobiłam nie tak?
– Wydaje mi się, że mogą na nas polować.
– Niby dlaczego?
– Jesteś okropnie naiwna – usiadł – Ludzie nie zawsze mówią prawdę, a co więcej ci powiem: zazwyczaj rzadko ją mówią. Jesteś na pierwszym roku. Muszę cię podszkolić. Póki co byłaś przygotowywana do walki, na ostatnich dwóch latach jest psychologia. Typowe przystosowanie do interakcji z wrogiem, podstawy szukania sojuszy u ludzi... Zdecydowanie ci się to przyda.
Było mi niedobrze. Nie chciałam myśleć.
– Nie dzisiaj. Nie umiem myśleć
– No to walcz.
Rzucił się na mnie, dusząc mnie. Jego uścisk był jak ze stali, a ruch tak błyskawiczny, że mój lekko otępiały umysł nawet nie zarejestrował, co się dzieje. Pozwoliłam mu się wyłączyć, by ciało reagowało instynktownie. Wspomogłam się ciemnością, która wśliznęła się pod dłonie Samela i je oderwała od mojej szyi.
– Dobry ruch – docenił, ale ja już w rzuciłam się na podłogę w poszukiwaniu sztyletu.
W ułamku sekundy przydepnął moją rękę.
– Nie nie, moja panienko. Bez zabawek.
Chwycił moje włosy i podciągnął mnie za nie do góry, jak szmacianą lalkę. Wymierzyłam mu cios w szczękę, po czym korzystając z tego, że mnie podniósł, kopnęłam w żebra. Wolną ręką chwycił mnie, unieruchamiając ręce, nogą zaś podciął moje nogi i runęliśmy na ziemię. Ugryzłam go w ramię, bo tylko tam sięgnęłam, on uderzył głową w mój nos. Poczułam, że zaraz pewnie poleci z niego krew. Przywołałam ciemność, by mnie uwolniła, jednak on już wiedział, co się święci i sam zaczął się nią bronić.
– Gdybym był Kolcem, pewnie już byś nie żyła – zadrwił ze mnie, po czym wgryzł się w moją szyję.
Syknęłam, starając się siłą go ze mnie zrzucić, oswobodzić choć jedną rękę...
Nagle jego ugryzienie zmieniło się w coś innego. Znacznie delikatniejszego. Ucisk zelżał, mogłam się wydostać, ale byłam jak sparaliżowana.
– Co... Co ty robisz? – zapytałam, a on zaczął się podnosić.
Również wstałam i obserwowałam go zdziwiona, lekko obolała w świetle księżyca.
– Poniosło mnie – odwrócił się i poszedł do łóżka – Tego nie musisz akurat znosić z mojej strony.
Poczułam się lekko rozczarowana, choć w sumie nie wiem dlaczego. Przez chwile było, jak... jakbyśmy byli Izelą i Brenem. A przecież on mnie nienawidził.
– Nie muszę... – powtórzyłam, stojąc nadal jak słup – Albo nie powinnam. Przecież jestem Weirą.
Wstał i podszedł do mnie.
– Tak, jesteś Weirą – patrzył na mnie badawczo – I w całym tym swoim milczeniu, jesteś cudowna.
Nie myślałam, co robię. Zarzuciłam mu ręce na szyję i się do niego przytuliłam. Jak Izela do Brena. Po chwili zawahania on również mnie objął. Jak Bren Izelę.
– Połóżmy się – zaproponował. Gdy mnie wypuścił z objęć, ręcznik, który przez bójkę się obluzował, omal ze mnie nie spadł. Przymocowałam go mocniej, po czym położyłam się na swoim miejscu. Na próbę przysunęłam się do Samela, a gdy on się nie odsunął, opadłam głowę na jego piersi i tak zasnęłam.

Obudziłam się i z przerażeniem odkryłam, że jestem sama, a co więcej – na pewno nie jest już rano. Zniknęły ubrania Samela, moje za to leżały razem z bronią i bluzą Hitcha tam, gdzie położyłam je w nocy. Ręcznik w nocy się ze mnie zsunął, więc owinęłam się kołdrą i zebrałam ubrania. Choć miałam wrażenie, że to bez sensu, by się ubrać zamknęłam się w łazience.
Ubrana przeczesałam włosy palcami, by pozbyć się kołtuna, jaki się z nich stworzył. Co ja bym dała teraz za tę „magiczną” szczotkę Izeli, którą co rano mnie rozczesywała. Myślę, że gdyby nie musiała walczyć, czesałaby ludzi, a oni by za to jej płacili.
Nie wiedziałam, czy powinnam wyjść, czy czekać na Samela, choć spodziewałam się, że mnie zostawił. Mogłam zwyczajnie pójść do swojego pokoju i dowiedzieć się co udało się ustalić naszym buntownikom lub wyruszyć do Mizara, badając sytuację. Pierwszym krokiem było zdecydowanie opuszczenie tego pokoju.
Przymocowałam broń, napiłam się wody z kranu i odnalazłam klucz do pokoju. Kobieta, która mi go dała, powiedziała, że mam go rano zwrócić. Cóż. Rano nie było, ale oddam. Otworzyłam drzwi i omal nie wpadłam na Samela.
– Dokąd się wymykasz? – zapytał, a na jego twarzy zawitał ten pewny siebie uśmiech.
– Nie ma czasu na rozmowy – coś wywinęło w moim żołądku fikołka. Nie zostawił mnie. Mimowolnie się uśmiechnęłam.
– Świat nie spłonie, jeśli zjemy śniadanie.
Dopiero teraz zauważyłam, że trzyma w ręce reklamówkę, przez którą widać bułki i jakieś kubeczki.
– Ładna cena za nocleg – kontynuował, wymijając mnie w progu starczyło mi na aż trzy bułki i po jogurcie. Śniadanie na pewno dietetyczne!
Co się z nim stało? Obserwowałam go z ręką na klamce. Położył żywność na łóżku i wyciągnął bułkę.
– Oczami się nie najesz.
Otrząsnęłam się i zamknęłam drzwi. W brzuchu mi zaburczało. Ostatnio prawie nie jadałam. Zamarzył mi się obiad na stołówce. Bułka też brzmiała nieźle.
Jedliśmy w milczeniu, bo w sumie nie miałam o czym rozmawiać z Samelem. Nawet po tej dziwacznej sytuacji z nocy. To pewnie przez alkohol, normalnie ani on, ani ja się tak nie zachowujemy.
– Co do psychologii – powiedział w końcu, kończąc jedzenie – Myślę, że mogę ci o tym poopowiadać w samochodzie – oblizał kubeczek, z którego spływała kropla jogurtu – Jak będziemy jechać do Mizara.
– A po co ty masz do niego jechać? – zdziwiłam się, przełykając.
– Widziałem twoją cudowną walkę w nocy – uśmiechnął się – I nie poradzisz sobie sama z Wilkiem. Muszę ci pomóc.
– Od kiedy to dbasz o to, co się ze mną stanie? – uniosłam brwi.
– Odkąd zauważyłem, że masz mózg, Młoda. Przestałaś być dla mnie machającą sztyletami laleczką. O laleczki nie dbam.
– Czemu mówisz do mnie Młoda? – już drugi raz użył w stosunku do mnie tego określenia.
– To Stara, jak wolisz – wrzucił pusty kubek do reklamówki.
– Mam na imię Weira.
– Wiem, Młoda – poczochrał dłonią moje włosy, pozostawiając w nich okruszki.

Samel wyglądał dobrze za kółkiem. Wydawał się też jakiś mniej spięty, niż zazwyczaj. A usta mi się nie zamykały. Tłumaczył mi, dlaczego ludzie kłamią, w jaki sposób rozpoznać, że ktoś jest w relacji uczuciowej z kimś innym i jak to wykorzystać.
– A jak rozpoznać, że z kimś możesz nawiązać... Hm... Relację uczuciową? – zapytałam, a on zaparkował na poboczu.
– O co ty mnie właściwie pytasz? – spojrzał na mnie – Bo jeśli chodzi o tematy „skąd się biorą dzieci”...
– Nie o to... To wiem. Uczą nas o tym, pamiętasz? Chodzi mi o to, jak poznać, że możesz być z kimś parą.
Postukał palcami w kierownicę, patrząc się przed siebie.
– Gdybyś się tego dowiedziała, daj mi znać. Jak żyję nie spotkałem się z nikim, kto by to wiedział. Tak po prostu... Jest.
Zauważyłam, że chwycił mocniej kierownicę. Jego kostki zbielały.
– Dlaczego stoimy? – rozejrzałam się.
– Dalej nie pojedziemy. Brakło benzyny.

Mrok trzymała Mizara w niewielkim domku w lesie. Otoczyła silnym murem z cieni podwórko, by Wilk nie uciekł. Gdy podeszliśmy do cienistej zapory, wybiegł z domku.
– Ty! Przysięgam, zabiję cię! – krzyknął na mnie. Uwięziony nie był już taki groźny. Szaleństwo było teraz u niego dużo bardziej widoczne...
– Nie będziemy się zabijać, Miz – powiedziałam. Czułam się o wiele silniejsza z Samelem obok. Jakbym mogła dokonać wszystkiego.
Przywołałam do siebie miecz z Mroku. Oczy Mizara otworzyły się szeroko.
– Jak widzisz jesteśmy dość dozbrojeni – Samel spojrzał na Kolca z wyższością – Więc może porozmawiamy jak CYWILIZOWANI ludzie – dodał, widząc, jak twarz Miza się wydłuża i przechodzi w wilczy pysk.
Metamorfoza się nie cofnęła, jednak nie trwała, co oznaczało, że być może słowa mojego towarzysza trafiły do Kolca.
– Zamieniam się w słuch.
Samel skinął ręką, dając mi znak, bym zaczęła mówić.
– Mam dla ciebie propozycję. Walka jeden na jeden. Do unieruchomienia. Wszystkie chwyty dozwolone – powiedziałam, podchodząc do falującego cienia. Był przyjemnie chłodny – Wygrany może zażądać od przegranego czegokolwiek, co musi zostać wykonane. Dla pewności, zwiążemy się klątwą.
– Nie rób tego – syknął Samel – Nie jesteś w ogóle na to gotowa! Ja to załatwię...
Zignorowałam go. Wpatrywałam się w oczy Mizara. Wilczy pysk zaczął się wsuwać, przez co jego twarz odzyskała ludzki wygląd.
– Zrobisz wszystko? – jego głos niepokojąco przypominał warczenie.
– I ty też zrobisz wszystko – powiedziałam spokojnie.
– Cieniu, nałóż na nas klątwę.

Samel nie był zachwycony, gdy wypowiadał słowa uniwersalnej klątwy. Wiedział, że gdy przegram, stanę się narzędziem w rękach Miza, a co za tym idzie, będzie prawdopodobnie musiał mnie zabić. Oczywistym byłoby, że Wilk zażyczyłby sobie czegoś, co byłoby okrutne nie tylko dla mnie, ale i dla niezamieszanych sprawę. Związana klątwą przekroczyłam zaporę, stając twarzą w twarz z Mizarem. Ostatnio nasza walka wyglądała dość żałośnie – zwyczajnie wygrał. Był pewny siebie. Mrok nie odebrała jego miecza, co oznaczało, że będę musiała przywołać mój cienisty oręż. Dzień nie należało do najbardziej słonecznych a otaczające drzewa dawały wystarczająco dużo cienia, by było co przywoływać.
– Wszystkie chwyty dozwolone – powtórzył i wyciągnął miecz, jaśniejąc światłem.
– Wszystkie – zmaterializowałam mroczne ostrze.
Mizar rzucił się na mnie z taką siłą, że zablokowanie uderzenia wywołało drętwienie w ręce. Uderzał szybko i zapalczywie, nie dając mi szansy na przypuszczenie ataku. Odsuwałam się krok za krokiem w tył a moja broń stawała się coraz słabsza. W końcu zaczęłam pobierać mrok z zapory, przez co pole do popisu doskonałej szermierki Wilka poszerzyło się.
Musiałam odejść dalej od niego, by móc w końcu wykonać zamach, by przestać tylko blokować jego uderzenia...
Podcięłam jego nogi smugą cienia, co na chwilę wybiło go z rytmu i dało mi szansę na uskoczenie w tył. Przygiął nogi, które nie wiem nawet kiedy stały się wilcze, szykując się do skoku i ataku z powietrza. Logika podpowiadała mi, że nie odeprę tego uderzenia. Szybko przywołałam tarczę z cienia. Cios został zablokowany, jednak iskry z miecza poparzyły moją szyję. Syknęłam. Miz wyszczerzył kły. Przy kolejnym sieknięciu przykucnęłam i uderzyłam z łydki, co wywołało wycie. Wierzgnął nogą, wybijając mój miecz z dłoni. Poleciał gdzieś daleko, jednak nie dotknął ziemi, dematerializując się. Nie było czasu na przywołanie go od nowa, w przykucnięciu wyciągnęłam z buta saksę i dałam nura między jego nogami, wbijając ją w udo, szybko dobyłam sztylet, jednak on już zdążył sieknąć ostrzem moje plecy. Rana nie była głęboka, za to bolesna. Zaśmierdziało moją przypaloną skórą. Nie miałam czasu na analizowanie, podniosłam się z ziemi z lekkim zachwianiem. Kolejny cios już miał spaść na moją głowę, gdy uniosłam dłoń i cienie złapały ostrze w locie, znikając po chwili. Rzuciłam sztyletem, który zostawił jedynie rysę na ramieniu Mizara. Szybko oślepiłam go Mrokiem i kopniakiem wytrąciłam jego miecz z dłoni. Nie miałam już oręża, którym mogłabym walczyć ze świetlistym ostrzem, chciałam sprowokować go do walki wręcz. Rzuciłam się w jego stronę, kopiąc z całej siły w klatkę piersiową. Na chwilę stracił oddech, jednak szybko zaczął zmieniać się w wilka i machać pazurami, które cięły moje przedramiona, gdy osłaniałam twarz. Bombardowałam go oślepieniami, co nie dawało niczego, gdyż i tak polegał na zwierzęcych instynktach. Z całej siły uderzyłam piętą o wilczą łapę, po czym ruszyłam w stronę domku. „Piwnica” – uznałam. Tam było ciemno, jego energia nie będzie się odnawiała, bo tam nie ma światła, za to ja wiele zyskam. Wpadłam do chaty i z bijącym jak szalone sercem uświadomiłam sobie, że nie ma tu piwnicy. Koło małego piecyka leżał pogrzebacz. Chwyciłam go w ostatniej chwili, by z go użyć. Miz już skakał na mnie z rozdziawioną paszczą. Kły lśniły w świetle sączącym się przez okna. Zamachnęłam się, uderzyłam, a cios zmienił trajektorię lotu Mizara. Uszkodził też moje ramię, w którym coś niepokojąco chrupnęło. Zabierając ze sobą moją nową broń wyskoczyłam przez okno domu. Pocięta odłamkami szkła, stanęłam w cieniu rzucanym przez chatkę. Wilk nie podążył za mną. Słyszałam jedynie szum drzew, śpiew ptaków, łomotanie mojego serca i swój własny ciężki oddech. Rozejrzałam się. Samel stał bez ruchu, to rozcapierzając to ściskając palce w pięść. Nie próbował mi pomagać. Wiedział, że wtedy klątwa by mnie zabiła. Ani śladu Miza. Trzymałam pogrzebacz w gotowości, obserwując ziejącą jamę, która kiedyś była oknem.
Wtem spadła na mnie gruba sieć rybacka, wraz z nią przygniótł mnie ciężar znacznie bardziej już ludzkiego Mizara.
– No to papa, Cieniu – zawarczał do mnie.
Leżałam na ziemi, z całkowicie skrępowanym ciałem. Pogrzebacz wypadł mi z prawej dłoni podczas upadku, leżał gdzieś niedaleko, całkiem niepotrzebny. Ręka utknęła pod plecami, lewa zaś przysunięta do boku, była równie nieprzydatna, co narzędzie, które straciłam. Mizar zaczął naciągać sieć, która była wystarczająco ostra, by porozcinać moje tkanki. Czułam, jak wrzyna się w skórę, coraz głębiej, aż w końcu jej warstwy po kolei pękały, pozwalając wnikać morderczym splotom coraz głębiej w moje ciało. Pewnie zatrzymałyby się dopiero na kości, gdybym podwiniętą pod plecy ręką nie przywołała ostrza, które przebiło moje plecy, potem podążyło przez brzuch, by ostatecznie przebić się tuż pod żebrami Mizara.



Dom Cieni, 4 lata wcześniej

– Masz piętnaście lat i jesteś niezwykły – Profesor De uśmiechał się – Miłe zaskoczenie. Nie mieliśmy tak dobrego Cienia w swoich szeregach od bardzo dawna.
Samel schował sztylet w pochwę, a drugą ręką przejechał po mokrych od potu włosach, by przykleić niesforne kosmyki do pozostałych.
– W nagrodę masz wolny dzień. Cała środa jest twoja – De wyszedł przed salę treningową, odpalając papierosa tuż przed wyjściem.
– Dziękuję! – ucieszył się Samel, zastanawiając się, co właściwie ma robić, gdy pozostali zajmować się będą swoimi codziennymi czynnościami. Wziął z ławki butelkę wody, upił kilka łyków a resztę wylał na czerwoną od wysiłku twarz. Marzył o prysznicu. I czymś do zjedzenia.
Pożegnał swojego mentora, po czym ruszył do swojego pokoju. Już wcześniej uzyskał przywilej mieszkania samemu, za liczne osiągnięcia i wybitny postęp w nauce.
Wszedłszy do pokoju zrzucił z siebie pas z orężem, po czym poszedł pod prysznic.

Popołudnia w Domu były w okresie letnim dość leniwe. Po skończonych zajęciach nikomu nie chciało się szaleć, zwłaszcza, że słońce osłabiało każdego z nich. Większość ludzi raczej siadywała gdzieś pod osłoną drzew, rozmawiając z przyjaciółmi lub powtarzając wiadomości na zaliczenia. Sporadycznie zdarzał się ktoś, kto ostrzył swój ulubiony sztylet lub polerował noże do rzucania. Jakby lśniący wygląd podnosił skuteczność...
Samel miał wielu znajomych. Mógł dosiąść się do któregokolwiek z nich, był przecież legendą. Tego dnia wybrał sobie grupkę dziewcząt, swoich rówieśniczek, które znajdowały się na niższym roku.
– Cześć, dziewczęta – uśmiechnął się do nich zawadiacko – Jak mija dzień?
– Uroczo. Ale polepszył się o sto procent, odkąd zaszczyciłeś nas swoją obecnością! – zaśmiała się rudowłosa Ayla. Samel uważał, że nadawała by się na jego dziewczynę, gdyby była choć odrobinę bardziej bardziej ambitna. Kiedy on zdobywał najlepsze stopnie, przebiegając galopem cykl kształcenia, ona była rok do tyłu względem innych. Ognista, zielonooka dziewczyna mogła być najpiękniejszym Cieniem w historii, a przynajmniej była najbardziej uroczym stworzeniem, które Samel zobaczył.
– Uwodzisz – zamruczał do niej. Przez chwile zastanawiał się, co by było, gdyby jednak zdecydował się na coś więcej w stosunku do niej. Czy Profesor De by to poparł? Mawiał, że by stać się kimś wyjątkowym, trzeba otaczać się ludźmi o największych możliwościach. Cóż. Ayla miała piękny wygląd, choć było to raczej śliczne opakowanie z otchłanią intelektualnego rozczarowania w środku.
A jednak, ta niezbyt bystra dziewczyna pojawiała się przerażająco często w myślach przyszłego przywódcy Cieni, jak lubił o sobie myśleć, czyniąc w nich bałagan. Jak można celować nożem, gdy ponad celem pojawia się fala rudych loków?
– Nie mniej, niż ty – zaśmiał się. Jej koleżanki nie miały znaczenia. Ayla była jak lep na muchy, tylko, że Samel miał tego świadomość, dlatego nie łapał się w pułapkę.
Zaśmiała się perliście, kładąc dłoń na jego dłoni.
– Czym ciekawym dziś mnie zaskoczysz? – przechyliła głowę, a kaskada włosów zakołysała się.
– Rzucałaś kiedyś wirującym ostrzem?

Choć Samel spodziewał się, że dziewczyna może mieć trudności z rzucaniem potrójnym ostrzem, to w najbardziej szalonych i obraźliwych dla rudowłosej myślach nie przewidywał, iż jakimś cudem uda jej się wbić je w stopę.
Siedząc u medyczki Ayla śmiała się, łzawiąc przy tym obficie.
– Ależ ze mnie niezdara – otarła łzy, patrząc, jak kobieta sprawnie zszywa ziejące rozcięcie. Ostrze przeszło na wylot, nadszarpując tkankę swym obrotowym ruchem.
– Imponująca – gdyby nie była tak pięknym stworzeniem, które wywoływało w nim opiekuńcze instynkty, zapewne przeszkadzałoby mu to. Dla niej był w stanie wybaczyć nawet taki ogromny brak koordynacji ruchowej.
Wyszli od medyczki. Ayla wspierała się na ramieniu Samela, dowcipkując od niedoskonałościach mijanych osób.
– Tak haczykowaty nos – głową wskazała przechodzącą blondynkę, zniżając głos do szeptu – Pozornie niewinny, dodam, musi być niezwykle przydatny przy walce z Kolcami.
Samel wpatrywał się w nią bezmyślnie, gdy kontynuowała.
– Może go wbić niepostrzeżenie pod żebro – zaśmiała się, już zdecydowanie nie szeptem – A to stworzenie, jest fascynujące – tym razem nie siliła się na dyskrecję. Przed nimi korytarzem szła spocona, ubrudzona krwią, ciemnowłosa trzynastolatka. Jej twarz nie wyrażała niczego, może delikatną obojętność... Nie, zdecydowanie była martwa – Przeskoczyła rok i teraz jesteśmy na wspólnych zajęciach teoretycznych. Zachwycają się jej technikom walki, mówiąc, że jest konkurencją nawet dla ciebie! – zastawiła dłonią usta, jakby było to co najmniej herezją.
– Dla mnie? – Samel obserwował, jak dziewczynka wchodzi do jednego z pokoi, spokojna, choć rany musiały sprawiać jej ból. Aż dziwne, że nie poszła najpierw do medyczki. Przecież to byłoby całkowicie logiczne. Każdy najpierw się „łatał” a potem szedł do siebie.
– To mój pokój, dziękuję! – Ayla zatrzymała się przed drzwiami, całując policzek Cienia, co na chwilę rozproszyło jego myśli względem tajemniczej ciemnowłosej – Musimy pójść kiedyś na coś innego niż trening – zaśmiała zielonooka – Póki jeszcze jesteś najlepszy ze wszystkich – dotknęła wskazującym palcem jego nosa.
Samel spojrzał na nią. Coś nie spodobało mu się w tym stwierdzeniu. Nie, że pomysł spotkania z Aylą sam na sam, ale w stwierdzeniu „póki jeszcze jesteś najlepszy”.
– Jutro mam wolny dzień. Profesor De dał mi środę – powiedział, choć myśl o ciemnowłosej była coraz bardziej natarczywa.
– Coś czuję, że jutro też mam wolne – Ayla zakręciła loczek na palcu, opierając się o futrynę drzwi – Przyjdź po mnie koło dziesiątej. Zjemy razem śniadanie – uśmiechnęła się zniewalająco.
– Będę na pewno – puścił do niej oko – Piękna... Powiedz mi jeszcze jak ona ma na imię – spojrzał wyczekująco w lśniące oczy.
– Ona? – zamrugała, zdziwiona dziewczyna, zaprzestając kręcenia loczka na palcu.
– Ta, co przeskoczyła rok – uściślił.
– Weira... Czemu o nią pytasz? – na jej twarzy zagościła niepewność.
– Muszę wiedzieć, kto chce odebrać mi pozycję lidera – w przypływie emocji pocałował usta Ayli, na co ona odpowiedziała z entuzjazmem, potem zachichotała i wsunęła się do pokoju, zamykając drzwi.

– Proszę! – rozległ się głos za drzwiami, nim Samel zastukał ostatni raz.
Przyszedł do Profesora De mimo późnej godziny. Nie lubił być niepewny swej pozycji. Czy, skoro rosła konkurencja, nie powinien zamiast dostawać wolnego, zwiększyć liczby godzin ćwiczeń, by dystans między nimi stał się nie do pokonania?
Podzielił się obawami z De.
– Słyszałem o uczennicy Reali. Zadziwiająco szybko uczy się walki, ale tylko walki. Rea podejrzewa, że na zajęcia teoretyczne nie uczy się wcale albo jedynie jeden raz coś przeczyta, byle tylko zaliczyć egzaminy. Myślę, że gdyby faktycznie wzięła się za teorię, mogłaby rosnąć konkurencja dla ciebie – starszy z Cieni usiadł na skraju biurka, krzyżując ręce na piersi – Czemu się tak niepokoisz? Jesteś fenomenem na skalę Domu.
– Chcę być najlepszy. A teoria... Teoria jest nie tak ważna jak walka, Profesorze.
– Możesz się jeszcze zdziwić, Samelu – pokręcił głową – Zobaczysz po zajęciach z psychologii. Zrozumiesz to wtedy. Ale dam ci radę: nigdy nie lekceważ mocy umysłu i wiedzy. To, co stworzysz w głowie może zarówno dodać ci skrzydeł jak i je podciąć.


Noc przed spotkaniem z Aylą Samel poświęcił na studiowanie książek o obniżaniu morale przeciwnika. Gdy słońce zaczęło wschodzić, wiedział już, że najskuteczniejszą metodą wyeliminowanie Weiry z gry, było zastraszenie i zdystansowanie jej do społeczności. Jeśli nikt nie będzie jej wspierał, jak jego, straci motywacje do dalszych treningów. Przynajmniej w teorii.
Szablon wykonała prudence.