niedziela, 17 września 2017

XIX - Impuls. Część II.

Nie skłamię gdy powiem, że widok, jaki zastałam na terenie Domu mnie przeraził. W powietrzu rozchodził się słodkawy zapach krwi, co nie umknęło uwagi moich nozdrzy. Nie dostrzegłam ani jednego Kolca, co wywołało w moich wnętrznościach nieprzyjemny skręt. Kilkoro Cieni znajdowało się pomiędzy budynkami, a gdy zbliżyłam się do nich wystarczająco zauważyłam, jak bardzo są poranieni. Zadrżałam, uświadamiając sobie, że gdzieś wśród tego zamieszania znajduje się niemal bezbronny Hitch... Nie chciałam myśleć o nim jako o kimś, kto nie radzi sobie w życiu, ale... Był Kotem. Małe, kocie pazurki na nic się nie zdadzą wobec wiele większej siły Cieni i Kolców... Nie miałam pojęcia, gdzie mógł w tej chwili się znajdować. Obrzucając teren wzrokiem ruszyłam szybkim marszem do Izeli: ona na pewno już wie, jak wyglądają straty w ludziach i co właściwie tutaj zaszło...
Nagły głos za moimi plecami wystraszył mnie do tego stopnia, że miałam wrażenie iż serce na chwilę się zatrzymało.
– Co tu się... – Twarz Kaska wyrażała tę samą mieszaninę przerażenia i zaskoczenia, którą sama odczuwałam.
– Miałeś tam zostać... – zaczęłam, ale przerwał mi.
– I pozwolić, by moja mentorka sama stanęła naprzeciw niebezpieczeństwu? Weiro, nie jestem dzieckiem. – Jego brwi ściągnęły się ku sobie, gdy pociągnął mnie za przedramię, kierując się do głównego budynku. – Musimy ustalić, co tu się stało.
Stopy ślizgały się nam po trawie, której zieleń upstrzona była czerwonymi, lepkimi plamami. Nasunęło mi się skojarzenie, że wygląda to jakby na Dom lunął deszcz krwi, rozlewając się w kałużach, otrzymując na źdźbłach. I dookoła panowała cisza, co nie wróżyło niczego dobrego. Dotarliśmy do drzwi gabinetu Izeli. Były otwarte, a jego właścicielki nie było na miejscu. Siedział tam za to Profesor De.
– Weria – uśmiechnął się, kompletnie ignorując obecność Kaska. Jakby w ogóle go nie było.
– Profesorze – odpowiedziałam, zatrzymując się tuż za progiem. Uczeń, nie spodziewając się tego wpadł w moje plecy, popychając mnie do przodu. Burknął pod nosem przeprosiny. Skoro Izeli nie było tutaj, może uzyskam jakieś wyjaśnienia od De. Być może te wydarzenia były ich winą. – Co tu się stało? – Byłam zła, że mój głos brzmiał tak niepewnie.
– Naturalny porządek wrócił! – Cień obnażył zęby w uśmiechu.
– Co wy zrobiliście?! – Nie wytrzymałam i ruszyłam w jego stronę. W moich dłoniach zaczęły gromadzić się smugi ciemności, szykując się na atak, który sama w tej chwili miałam ochotę przypuścić na mentora.
– My? Kompletnie nic! – Zaśmiał się, a mnie zaczęła dopadać furia.
– Nic? Nic?! Cały dziedziniec zalany jest krwią, korytarze również, nie mam pojęcia, jak wyglądają inne miejsca, ale doszło do jatki – wysyczałam, stając tuż przed nim. Czułam buzującą we mnie energię Mroku. By patrzeć w oczy Profesorowi musiałam unieść głowę. Dzieliły nas centymetry, mogłam w tej chwili zaatakować go, wbijając paznokcie w jego szyję, wyrwać krtań, jak uczyła Reala...
– Palcem przy tym nie kiwnąłem. – Irytujący uśmieszek nie znikał z jego już ogolonej twarzy. W tęczówkach bladoniebieskich oczu mentora pojawiło się kilka smug ciemności: jedyna oznaka tego, że również wstępował w niego gniew. – Ot, rzucili się sobie do gardeł.
– Ile osób zginęło? – wycedziłam.
– A czy ja jestem księgowym? – Przymrużył oczy.
– Zajmujesz gabinet Izeli.
– Mój jest zamknięty, a ona... – Przez chwilę próbował dobrać odpowiednie słowa. – Ona jest w tej chwili nim niezainteresowana. Zapytaj jej, podobno opatruje rannych w którejś z sal do ćwiczeń. – Machnął ręką w bliżej nieokreślonym kierunku. – A teraz wybacz, ale muszę ogarnąć ten bałagan, jaki tu stworzyliście. – To powiedziawszy, odwrócił się do mnie tyłem, ruszając w stronę jednej z wielkich szaf. Rozmowa była zakończona, a energia Mroku zaczęła mnie opuszczać.
Nie ufałam Profesorowi po tym, jak przez niego zginął Bren, jednak musiałam myśleć racjonalnie. Nawet mentorzy nie mieli takiej mocy, by wywołać nagłą wojnę między rasami. Zaczynałam podejrzewać, że udział brała w tym jedna z moich matek. Ta, którą powinnam była zabić, a jednak mi się to nie udało. Odzyskanie mocy było przecież tylko początkiem. Próbowaliśmy naszykować się na atak wielkiej dwójki, a oni nie uderzyli bezpośrednio, ale z najmniej oczekiwanej strony – zasiała to w nas, dając impuls do nienawiści. Tylko czemu ja tego nie odczułam?

Izela rzeczywiście opatrywała rannych, którzy byli w zdecydowanie tragicznym stanie. Przypomniałam sobie, jak kiedyś sama doznałam niemal śmiertelnych obrażeń. To było wtedy, gdy starłam się z Mizarem. Wydawało się to takim odległym wspomnieniem, a jednak sieć lśniących blizn nadal ozdabiała moje ciało, przypominając, jak bardzo niebezpieczne są kontakty z Wilkami.
 Blondynka zaszywała właśnie rozszarpany bok... Reali.
– Widzę, że nikogo nie oszczędziło. – Zatrzymałam się koło nich. Kasek stracił się gdzieś w tłumie, najpewniej szukając przyjaciół, by dowiedzieć się co z nimi.
– Nikogo – Izela nie oderwała wzroku nawet na sekundę od rannej. – Najgorsze jest to, że wszystko przyszło tak nagle... – dodała, kończąc szew.
– Opowiesz mi o tym?
Blondynka nabrała powietrza w płuca, aby mi odpowiedzieć. Wyjaśnienie otrzymałam jednak od kogoś innego.
– Nie ma co opowiadać. – Reala sama odcięła nitkę saksą. – Nagle we wszystkich coś trafiło. Szłam do stołówki, a wtedy poczułam do tych ścierw nienawiść większą niż zwykle. – Podniosła się z prowizorycznej leżanki, składającej się rozciągniętego na podłodze prześcieradła. – A Kolce się na nas rzuciły. – Wbiła we mnie pełne rozgoryczenia spojrzenie. – Masz co chciałaś, gratuluję. Nie bez powodu Światło i Mrok nie trzymają się razem. Tak już jest.
Spojrzałam na Izelę, szukając u niej potwierdzenia. Dopiero teraz zauważyłam, że lewy policzek ma przeorany krwawymi szramami. Ślad po szponach. Nareb.
– Było tak jak mówiła. U nas, z tego co się orientuję, przyszło to wolniej, być może dlatego, że Kolce mają zwierzęcą naturę i są bardziej porywczy... – Wbiła wzrok w podłogę. – Na szczęście Nareb zarządził odwrót, gdy zrozumieli, że Cieni jest znacznie więcej. Ale nie powiem, by wielu Kolców uciekło...
Liczne rozbłyski jakie widziałam na to właśnie by wskazywały.
– Czy wiesz coś o tym, jak sytuacja w Akademii? Czy ktoś z naszych... – urwałam, przełykając ślinę.
– Przeżył?
– Nie mamy kontaktu z nikim, ale nikt nie wrócił. Może jeszcze ktoś dotrze...
– Nie sądzę. W Akademii było mało Cieni, nasza natura sprawia, że nie przepadamy za zbyt jasnymi pomieszczeniami. – Reala pozbierała się już całkiem, a świeży szew zakryła poplamioną koszulką. –Przy druzgocącej przewadze Kolców nasi nie mieli szans. Zwłaszcza, że posłaliście tam same dzieciaki.
Starałam się nie przyjmować do wiadomości tego, co powiedziała moja byłą mentorka. Jej słowa brzmiałby boleśnie racjonalnie. Być może dlatego wolałam je wypierać.
– A Hitch? – zapytałam po krótkiej pauzie.
– Z tego co wiem od rana był w Akademii, więc może przeżył. – Izela przeniosła się do kolejnego rannego, po czym rozpoczęła dezynfekowanie ran. – Zadziwiające, że w ogóle nie zapytałaś o Samela. – Na jej usta wpłynął półuśmiech.
– Przecież wyjechał razem z Aylą na poszukiwania....– Przerwałam wstrzymując oddech. Samel pojechał samochodem ze swoją dziewczyną, Niedźwiedziem i Lwem. „Kolce mają zwierzęcą naturę i są bardziej porywczy”. Skoro Cień prowadził samochód, nie miał jak się bronić, a po Ayli nie należy spodziewać się zbyt wiele obeznania w walce...
Izela zszywała rozcięcie na ręce u jakiegoś pierwszoroczniaka, jakby wyczekując na moją reakcję.
– Mamy z nimi jakiś kontakt? – Upadłam na kolana tuż obok blondynki.
– Zadzwoniłam, kiedy tylko Kolce opuściły Dom.
– I co?
W oczach przyjaciółki dostrzegłam błysk... wrogości?
– Brak sygnału. To zły znak. Może pora ułożyć epitafium dla Samela?

Wybiegłam na zewnątrz. Nie miała pojęcia, co mam teraz zrobić. Ruszyć na poszukiwanie Samela – podpowiadał mi głos w głowie. Drugi, cichszy uważał, że raczej powinnam odnaleźć Hitcha. To, czy każdy z nich żyje pozostawało wielkim znakiem zapytania, niemożliwym do zweryfikowania bez danych, jakich nie miałam. A co najgorsze: czułam, że w tej sytuacji nie mogę liczyć na niczyją pomoc... Izela wydawała się kompletnie niechętna do współpracy, Nareb przepadł razem z pozostałymi Kolcami, Brena już nie było... Zostałam sama.
I wtedy dotarło do mnie, że przecież jest Kasek. Nie mogłabym nazwać naszej relacji nawet czymś zbliżonym do przyjaznych stosunków, jednak byłam jego mentorką, a z tego płyną jakieś korzyści. Dodatkowo w końcu dzięki mnie Profesor De i pozostali byli wolni. Może... uda mi się wymusić choć na nim współpracę? W końcu sam mówił kiedyś, jakim to Samel jest obiecującym uczniem... Może zainteresuje się jego losem?
Walcząc z napływającymi do oczu łzami bezradności, pobiegłam do miejsca, w którym widziałam Mentorów po raz ostatni. Wpadłam bez pukania do gabinetu.
– Zero ogłady! – De przewrócił oczami, odkładając ostrzoną właśnie saksę. – Czego chcesz? – warknął.
– Samel zaginął. – Postanowiłam i tym razem nie robić wstępów.
– I niby go porwałem? – mruknął, przykładając dłoń do skroni. – Weiro, niezależnie od twojego zdania o mnie, nie jestem twórcą całego zła, jakie spotyka ten Dom. Gwarantuję ci, że również nie uprowadziłem własnego ucznia.
Użył wyrazu „uczeń”... Zatem nie całkiem skreślił swoje niegdysiejsze oczko w głowie. Mimo tego, co zaszło. Podobno tak rodzice reagują na swoje dzieci.
– Twój uczeń – posłużyłam się słowem, którego przed chwilą sam użył – zaginął. Jechał samochodem wraz z Aylą i dwoma Kolcami. Wtedy, gdy TO się zaczęło.
– I uważasz, że para zwierzaków mogłaby zabić Samela? – powątpiewał.
 – Nie wiem, ale jechał z nim Lew i niedźwiedź.
Tym razem Profesor spojrzał na mnie badawczo. Postanowiłam nie przegapić tej szansy.
– Miał przy sobie telefon. Teraz nie odbiera. Mam złe przeczucia, być może potrzebuje pomocy...
– Wyślijcie za nim jakiś oddział.
– Właśnie w tej sprawie tu jestem. Przydałby się odpowiedni oddział, a młodsze Cienie nie radzą sobie w terenie... – urwałam, licząc, że De się domyśli.
Chwilę ważył słowa. Zastanawiał się, co sygnalizowała zmarszczka, jaka pojawiła się na jego czole.
– Chcesz, żeby Mentorzy się tym zajęli? – upewnił się, choć coś w tonie jego głosu sprawiło, że zaczęłam czuć namiastkę ulgi.
Przytaknęłam.
– Dobrze. Zajmiemy się tym. – Wstał, a krzesło, które wcześniej zajmował zaskrzypiało. – Nie dla ciebie, ale dla Samela. Był dla mnie ważny. Gdzie pojechali?

Wyszłam z gabinetu, by od razu ruszyć na poszukiwanie Kaska. Samel nie mógł trafić w lepsze ręce niż swojego Mentora. Czułam, ze w kwestii ucznia na De mogę liczyć. Gdyby chciał coś mu zrobić, dokonałby tego już w podziemiach. Zamiast tego porozmawiał z nim i doszli razem do konsensusu. Zresztą grupa dorosłych, obeznanych w  wypadach terenowych osób zdecydowanie lepiej poradzi sobie z poszukiwaniami niż ja, znająca jedynie kawałek Rawenii i odrobinę lasów dookoła. Kasek przyda się mnie. Na pewno poradzę sobie z przymusem walki z Hitchem, opanuję też swojego ucznia. Muszę jedynie go odnaleźć i wiedzieć, że nic mu nie jest. Owszem, istniała całkiem spora szansa, że jest on w Akademii, tylko nie miałam pomysłu w jaki sposób to sprawdzić. Znajdę Kaska, potem obmyślę jakiś plan. Może nawet on coś zasugeruje?
Znalazłam go tam, gdzie ostatnim razem zgubiłam. Pomagał Izeli. Nie wyglądał an zachwyconego, kiedy go zawołałam i wyjaśniłam, czego od niego chcę.
– Nie będę szukał jakiegoś Kolca! – krzyknął, patrząc na nie oburzony. – Życie mi miłe! Planujesz sprawdzić, czy jest w Akademii? W dwie osoby? Tam roi się od wrogów, który z radością rozszarpią nam gardła!
– To rozkaz mentorki – powiedziała cicho, ale stanowczo.
Nabrał głęboko powietrza w płuca, ale rozmyślił się z tego, co chciał powiedzieć.
– Dobrze. I w jaki sposób zamierzasz nie rozszarpać go, jeśli go znajdziemy?
– Opanuję się.
Ostry chichot Izeli wdarł się do naszej rozmowy.
– Zbyt w siebie wierzysz, Weiro. Rzuciliśmy się na siebie nawzajem z Narebem, a łączyło nas coś więcej niż przyjaźń – powiedziała jednym tchem.
Więc o to chodziło Brenowi, gdy mówił, że „Nareb to dobry wybór”.
– Myślę, że Iz ma rację – zgodził się Kasek.
Cały mój plan legł z gruzach. Jak mam rozwiązać problem, skoro nie mogę zbliżyć się do Hitcha? Ani do nikogo innego z Dzieci Światła...
Znałam kogoś, kto nie był jednym z Cieni i Kolców. Wypadłam z pomieszczenia, kierując się do garaży.
Już drugi raz wykorzystam kalekiego mężczyznę, o ile się zgodzi. Desperacko potrzebowałam jego pomocy.

Wieczorny dzwonek do drzwi zdziwił mnie ogromnie. Przecież nie było powodu, by ktokolwiek odwiedzał mnie o – zerknąłem na zegarek, wyświetlający cyfry – trzeciej w nocy. Wstałem, owinąłem się kocem. Sen wciął cisnął mnie niewyobrażalną siłą do łóżka, jednak trzeba się było przemóc. Nocne wizyty nie przynoszą zwykle dobrych wieści.
Dokuśtykałem do drzwi, otworzyłem je a chłód z dworu owiał mnie przeszywającym zimnem. A w drzwiach stała ona.
– To znowu ja. – Patrzyła na mnie mrocznymi oczami, a ja nie wiedziałem, jak mam zareagować na jej pojawienie się. Sądziłem, że widocznie ułożyło jej się z tymi jej Cieniami, a dla mnie stała się jedynie przyjemnym wspomnieniem.
– Coś się stało? – zapytałem, być może niezbyt kulturalnie.
– Tak. Ale może tym razem zacznę wszystko jak należy. Jestem Weira, przedstawicielka Cieni, która chce prosić cię o pomoc w odnalezieniu jednego Kolca.
Szablon wykonała prudence.