poniedziałek, 10 kwietnia 2017

VI - Mała Armia

Mrok... Mrok... Nikt mi w to nie uwierzy. W dużym stopniu dlatego, że nikomu nie powiem.
Weszłam do pokoju szybkim krokiem, po czym zatrzasnęłam drzwi, oparłam o nie plecy, zsuwając się na podłogę i ukrywając twarz w dłoniach. Nie, nie płakałam. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek płakała. Zbierałam myśli, próbując wytłumaczyć sobie, czego właściwie chciała ode mnie Mrok.
Izela stanęła przede mną. Zerknęłam na nią spomiędzy palców i włosów – jej oczy były szeroko otwarte, włosy miała zaś potargane.
– Weiro... – zapytała drżącym głosem – nic ci nie jest?
Wbrew temu, co powiedziała wcześniej, wcale na mnie nie czekała z pomocą „w razie nagłego wypadku”. Czy miałam jej to za złe? Nie... Jej życie było pełne, strach przed straceniem go okazywał się silniejszy niż poczucie obowiązku w stosunku do mnie. Zresztą... Nic mi się nie stało. Przynajmniej fizycznie. 
– Nie. Jestem cała. Muszę pomyśleć.
– Powinnaś powiedzieć o tym Reali... – zaczęła, ale przerwałam jej wpół słowa.
– Nie, nie powinnam – syknęłam, po czym wstałam i weszłam do łazienki, w której to się zamknęłam. Odkręciłam wodę pod prysznicem, choć nie było to potrzebne. Oparłam dłonie o zimną umywalkę, pozwalając mięśniom lekko się napiąć i spojrzałam w wiszące nad nią lustro, uważnie obserwując swoją twarz.
  Byłam podobna do Mrok. Ona twierdziła, że mam w sobie wiele z Gleny, a ja nie umiałam tego zweryfikować. W końcu nigdy nie widziałam swojej – jednej ze swoich, poprawiłam się w myślach – matki. Właśnie podobieństwo do spokrewnionego ze mną Cienia powodowało, że nie stałam się naczyniem na Mrok. Byłam zatem jej dzieckiem. Jak to możliwe, że nikt o tym nie wie? Moja matka-Cień nagle zaszła w ciążę. Niby jak, skoro nikt nigdy nie mówił nic o moim ojcu? A co więcej – nawet o jego istnieniu! Nagle okazuje się, że jeden z żołnierzy jest w odmiennym stanie, że w jego organizmie rozwija się mały Cień, z kolei nikt nie zadaje pytań ani nie docieka „jak”, a od zawsze wśród naszej rasy panował rygor, niemal niczego nie dało się zachować dla siebie. Mentorzy wiedzieli wszystko o szkolonych, o nich wszystko wiedzieli wyżej postawieni generałowie, tamci zaś informowali o wszystkim zarząd. W naszej społeczności nie istniały tajemnice, czasem udało się ukryć małe zauroczenie, ale nie ciążę! Zwłaszcza, że pojawiłam się ja, zdecydowanie nie będąca sekretem.
W moich oczach przesunął się jakby ciemny dym. Nie... To krew Mrok, której miałam stanowczo zbyt dużo w organizmie. To czyniło mnie jedynym żyjącym Pierwotnym Cieniem – bezpośrednio z nią spokrewnionym. Pierwotni umarli wiele lat temu, tak dawno, że nie pamiętano ich nawet z nazwiska, jedynie z imienia – stali się mitycznymi postaciami, o których niewiele wiedzieliśmy. 
Kolejną ważną kwestią był odnaleziony syn Światła i Mroku. Byliśmy czymś w rodzaju rodzeństwa, choć podobno bycie dzieckiem Mroku wcale nie jest przeszkodą do rozmnażania się z innym dzieckiem Mroku. To pokrewieństwo nie działa na tej samej płaszczyźnie co genetyka. I jak mam poradzić sobie z wyznaczonym zadaniem? To sama Mrok powinna się tym zająć. Nie... Nie mogła. Miała alergię na Światło o wiele większą niż Cienie na Kolce. Byliśmy w stanie przeżyć śmierć Kolca, ona – nie wiadomo.
Zrzuciłam z siebie ubrania. Weszłam pod strumień ciepłej wody. Izela mówiła kiedyś, że tu najlepiej można się skupić. A tego właśnie potrzebowałam.
Woda spływała, a ja obserwowałam, jak wpada w wirujący ruch przy ujściu do rury. Było to dziwnie uspokajające...
Mrok dużo mówiła. Zdecydowanie swój milczący styl bycia odziedziczyłam po Glenie. Ale nie to było ważne. Pierwszą z istotnych kwestii stanowił syn Światła i Mroku. Sytuacja nadawała się na komediowe przedstawienie – dwoje najzagorzalszych wrogów ma wspólne dziecko. Nie było to jednak zabawne, bo zaistniało w prawdziwym życiu. A stało się to mniej więcej tak...
Pewna piękna kobieta-Kolec spotkała na swej drodze przystojnego Cienia i się w nim zakochała, a on nie pozostawał temu obojętny. Spotykali się nocami, gdyż ani jemu, ani jej nie wolno było utrzymywać innych niż wrogich kontaktów ze sobą. Mieli świadomość, że robią coś niewłaściwego, jednak uczucie zwyciężyło. Pech chciał, że Światło upatrzył sobie tą właśnie kobietę na matkę swojego naczynia – Światło i Mrok mają tę samą technikę zyskiwania nowego ciała w razie zużycia lub uszkodzenia aktualnego. Zakochana w Cieniu bała się przyznać Światłu do swoich kontaktów z wrogiem, zatem zataiła ten fakt. Nie wiedziała, że nosi pod sercem dziecko Cienia. Krew płodu otrzymała potężną dawkę Światła i tak na świecie pojawił się nie kto inny niż Mizar – wyjątkowy i silny, choć niezrównoważony psychicznie. Możliwe, że odrobina Mroku pomieszała mu zmysły. 
Moje zadanie miało na celu zwerbowanie Mizara, by stanął po stronie Mroku. Matka zasugerowała mi rozwiązanie – musiałam go pokonać, by zniszczyć jego ego i pokazać, że nasza strona jest silniejsza. Wtedy, gdy daruję mu życie, ma niby przyjść sam do nas, chcąc zasilać nasze szeregi. Podobno taki miks Mroku i Światła ma być organizmem niezwykle zdradliwym, który trzyma tylko z wygranymi. Powiedziała mi nawet, że ideałem by było, gdyby Miz się we mnie zakochał. Wtedy trzymałabym go po swojej stronie ze względu na jego uczucia. To było raczej wykluczone ze względu na mój sposób bycia.
Gdyby Mizar zasilił nasze szeregi, moglibyśmy uodparniać się stopniowo na działanie jego świetlistego miecza, a co za tym idzie – jedyna naprawdę skuteczna broń Kolców stałaby się dla nas niczym. Moglibyśmy wszystkich wybić, a na samym końcu Miza, by Światło, pozbawiony swej rasy, nie mógł odnowić ciała i zginął z rąk Mroku. Całkowity triumf naszej strony. Wyszlibyśmy z ukrycia, świat byłby nasz... To Cienie jako rasa dominująca nad ludźmi przejęłaby rządy, zatem nasz ustrój byłby kultywowany wszędzie. 
Mrok uważała plan za genialny, mi się nie podobał. Po pierwsze – nie chciałam zabijać Kolców, nie wszystkich w każdym razie. Będąc chwilę w Akademii, zauważyłam, że niewiele różnią się od nas, jedynie wojna istot wyższych powoduje nienawiść między nami. To nie nasza wojna. Poza tym cały świat pod kontrolą Mroku... Znikną roześmiani ludzie chwiejnie chodzący po gazowanym, gorzkim napoju, miliony zapachów w Raweni... Nie znałam jeszcze całego świata, ale chyba był dobry taki, jaki jest. Wydawał się wolny. Nie chciałam być nadal marionetką Mrok. Wszyscy zasłużyliśmy na coś więcej.
Z tą myślą zakręciłam wodę i wyszłam spod prysznica. Wyszłam z łazienki owinięta jedynie w ręcznik. Izela zerwała się z łóżka, odkładając podręcznik. 
– Tamta kobieta była Mrokiem. Ma plan. Ale ja mam inny – powiedziałam, wpatrując się w Iz. – Będę potrzebować rozsądnych sojuszników. 

*

W mojej Małej Armii pojawiło się zaledwie osiem osób. Izela i Bren nie byli żadnym zaskoczeniem – im od dawna już nie podobał się ustrój naszego Domu. Pozostałe zebrane Cienie, które znałam, w mniejszym lub większym stopniu nie należały do entuzjastów ciągłej kontroli, a celem ich życia nie było polowanie na Kolce. Zaskoczeniem okazał się Samel.
– Mam dość ciągłych ograniczeń. Nawet gdy będziemy wolni od Kolców, nadal nie będziemy „wolni”. No i zatargi z Kolcami mają ten swój smaczek. – Przymrużył oczy. – Miło czasem powalczyć... Choćby na słowa.... Z kimś skrajnie różnym. – Spojrzał na mnie, po czym drwiąco się uśmiechnął. – Poza tym Weira to zbyt nikły Cień, by stanąć na czele powstania.
Jego zniewaga kompletnie mnie nie obeszła. Ważne, że mieliśmy kogoś, kto zna się na fachu. Jest dobry. Cholernie dobry. I mieliśmy go po swojej stronie.
– Potrzebujemy też mieć podobną grupkę w Akademii Kolców – zwróciłam się do zebranych. – Zajmę się tym. Wiem, jak tam dotrzeć, byłam już w obozie wroga. Porozmawiam z Hitchem.
W głębi duszy (tak, duszy!) wiedziałam, że mój przyjaciel nie jest charyzmatyczny, jednak spodziewałam się, że jego poglądy będą podobne do moich. To jest już jakiś punkt zaczepienia. 
– Ideałem by było znaleźć Mizara – dodał Samel.
– Dam radę, znalezienie go nie będzie dla mnie problemem. – Bo doskonale wiem, gdzie jest, pomyślałam.
– Gdybyśmy go przekonali... – Izela odezwała się po raz pierwszy podczas zebrania. – Reszta Kolców by za nim poszła. Wilk to naturalny przywódca.
Samel prychnął, bąkając pod nosem coś w stylu „zwierzęta”, na szczęście uszło to uwadze niemal wszystkich. Być może tylko ja usłyszałam.
  – Z przekonaniem go może być mały problemik... W sumie to nawet całkiem spory. – Skrzyżowałam ramiona na piersi i odrzuciłam grzywkę, która zastawiała mi oczy. – Całkiem prawdopodobne, że sprawę będę musiała rozwiązać siłą.
– Tylko go nie zabij – pouczył mnie Bren. – Martwy na nic się nie zda. 
– Ciekawe jak to jest móc żyć za płotem dalej niż w Raweni – westchnęła szatynka. Miała na imię Sezal, o ile dobrze pamiętałam.
– Gdy byłem na misji… - zaczął Samel, ale Izela go uciszyła.
– To nie to samo, co wolność. To... aportowanie – dodała. A ja zrozumiałam, że ona również usłyszała komentarz Samela co do Kolców. Wcale się nie różniliśmy, gdyby tak wszystko porównać.
Pomruk aprobaty rozległ się wśród zebranych.
– Dobrze, czy każdy wie, co robić? - upewniłam się.
– Obrzędy i zaklęcia. – Sezal objęła dwóch kolegów. Jednym z nich był Bore, a drugim Pares z ostatniego formatowania. Wiedziałam o nim całkiem sporo, bo to w nim kochała się Izela, zanim zaiskrzyło między nią a Brenem.
– Ja z Ekipą... – Spojrzała czule na Brena, potem znacznie mniej czule na dwie dziewczyny: Seleę i Fanerę. – Wszystko, co można wyciągnąć na temat Cieni... fakty, historia, anatomia.
– Bez mordowania – dodał Bren, uśmiechając się do Izeli i czochrając jej włosy.
– A ja i Samel... – Spojrzałam na mojego sojusznika. – Ruszamy w teren.



– To jest tak głupie, że aż nie dziwię się, że działa. – Samel stał na środku nasłonecznionego deptaka na terenie Kolców. – Że też nikt wcześniej na to nie wpadł!
Nauczyłam go przywoływać nowy, materialny wymiar Mroku, który, choć dla mnie jeszcze nowy, stał się prostym sposobem na dozbrojenie. Uformowaliśmy z niego pod sobą kolczaste Cienie. 
– Niewykrywalni – powiedziałam półgłosem, dumna z własnego pomysłu. – Tylko utrzymuj ciągle najwyższe skupienie. Gdy nie ma być cienia, rozgoń go, gdy powinien być, musisz go przywołać. 
– Nie jestem idiotą – syknął do mnie urażony.


Japonia, 18 lat wcześniej


Biegła do utraty tchu. Wiedziała, że lada chwila promień słońca ją dosięgnie, czuła, że jasność za nią już podąża, niemal liże jej pięty. Ale nie mogła pozwolić jej wygrać.
Osłabiona walką z Kolcami, zdeterminowana była jedną, jedyną myślą: dziecko. Dziecko, które miało już swoją pozycję, przeznaczenie, choć nie zaznało jeszcze przyjemnego chłodu mroku ani morderczego ciepła światła. 
Powinna była odpuścić misję i, jak każda jej podobna kobieta, ukrywać się wśród swoich. Tylko że ona tak nie umiała. Od zawsze walczyła w grupie najlepszych, kładła trupem setki Kolców, a przynajmniej dziesiątki. Jej szczególny stan nie powstrzymał misji ani celów. Na to nie mogła sobie pozwolić, nie chciała. A teraz, jako potomkini Mroku nosząca pod sercem dziecko, miała zginąć i nigdy nie zaznać wyzwolenia obiecanego przez Najmroczniejszą z Mrocznych. Mrok na nią liczyła, a ona nie zamierzała jej zawieść. 
Jeszcze kilkaset metrów… Przed jej oczami, niczym najpiękniejszy ze wszystkich cudów, objawiła się studnia. Nad nią znajdował się ozdobny, masywny dach malowany w ornamenty, ozdobiony na szczycie figurką smoka. Idealnie! Izolacja przed światłem słonecznym ze wszystkich stron!
Z rozpędu wskoczyła w otwór studni, przemieniając się w wiązkę cienia, by nie uszkodzić ciała w trakcie upadku. Szczęście jej nie dopisało – woda w studni była zbyt głęboka, by zmaterializowana mogła w niej stać. Nawet dar Mroku, jaki otrzymała wraz z dzieckiem, nie mógł utrzymywać jej w formie cienia przez cały dzień. Wychłodzenie organizmu, poniekąd również i ludzkiego, mogło zaszkodzić dziecku, choć ona wyszłaby pewnie z tego co najwyżej z zapaleniem płuc. Bycie wybraną miało swoje plusy i minusy. 
Rozejrzała się, utrzymując głowę na powierzchni wody do swoim ciasnym lokum. Kocie tęczówki lśniły w ciemności. Gdyby tak chwycić nierówne kamienie i podciągnąć się na nich...
Palcami badała powierzchnię, szukając pewnego chwytu, a gdy go znalazła, rozpoczęła poszukiwania kolejnego... Znalazła się tuż ponad wodą. W planie było jednak spore niedopatrzenie – już po chwili mięśnie dały o sobie znać lekkim drżeniem. Wytrzymam, pomyślała.
Nie miała jednak okazji sprawdzić swojej wytrzymałości. Po niedługim czasie nad jej głową rozległ się znajomy głos.
– Czy ty jesteś normalna? – Eral brzmiał dziwnie, zniekształcony pogłosem ciasnego, wysokiego „pomieszczenia”. Wydawał się tak nienaturalnie młody...
Bo przecież ma dopiero siedemnaście lat, przemknęło dziewczynie przez myśl. 
– De! – usłyszała wołanie nad studnią. – Nie wiem, czemu tu siedzi, ale mówiłem, że wskoczyła. 
Nie usłyszała niemal w ogóle słów De, choć starała się przecież słuchać. Wyłapała jedynie „mało czasu” i „natychmiast”, co oznaczać mogło tylko jedno – któryś z Kolców uciekł. Może nawet kilku. Należało ich złapać, zanim nabiorą sił w słońcu. 
– Weź się nie wygłupiaj, tylko wychodź! – zawołał Eral w głąb studni. 
Nie mogła mu powiedzieć o swojej tajemnicy. O Umowie. Nie mogła stąd wyjść do zmroku... Nie mogła też tu zostać.
– Eral?! – zawołała do chłopaka. – Nie mogę wyjść
– Dlaczego? Coś ci się stało? – zaniepokoił się. – Jesteś ranna? Miecz?
Westchnęła. Zamknęła oczy, przełknęła ślinę. Musiała przygotować się do kłamstwa. A kłamać to ona jeszcze nigdy nie musiała... Co najwyżej przemilczeć to czy owo, naturalnie zawsze dla wyższej sprawy.
– Nie, głuptasie. – Starała się zabrzmieć na możliwie radosną. – Będziesz ojcem!

Wydobyli Glenę ze studni, owinęli szczelnie materiałami i zanieśli do najbliższego budynku, by umieścić ją w piwnicy. 
– Mój wampirku... – Eral zaśmiał się, patrząc na swoją dziewczynę z czułością. – Musimy chować cię przed słońcem po piwnicach. Czy zaczniesz pić krew? Służę swoją. – Pochylił się w jej stronę, gdy leżała na prowizorycznym legowisku w piwnicy, otulona kocami, by się rozgrzać, po czym pocałował ją w skroń. W odpowiedzi prychnęła na niego niczym kot.
– Kotku. – Zaśmiał się w odpowiedzi. – Od jak dawna wiesz?
Kiedy spotkała Mrok i postanowiła zostać matką jej dziecka?
– Około miesiąca – powiedziała spokojnie, ważąc słowa. Ciąża trwała nieco dłużej, lecz by kłamstwo było wiarygodne, musiała odrobinę zmienić fakty. Nie od razu przecież wiadomo, że będzie się miało dziecko.
– Pominę już fakt, że mi nie powiedziałaś, ale jak mogłaś pojechać na misję?! – W jego głosie pobrzmiewała mieszanina wielu emocji, w tym odrobiny gniewu. – Od dwóch tygodni ganiamy za Kolcami po wyspach, a ty dopiero teraz mówisz...
– Dotąd wracaliśmy na dzień.
– To i tak cud, że nic ci się nie stało. Że nic nie stało się dziecku, mam nadzieję.
De wszedł do piwnicy. 
– Jeśli ktoś jest zainteresowany nieco bardziej komfortowymi warunkami, to pozastawiałem w domu wszystkie okna. – To powiedziawszy, zaczął wspinać się z powrotem ku górze schodów. – I, Gleno... – Zatrzymał się wpół kroku. – ...odsyłam was do domu. Im więcej Cieni, tym mniej Kolców. Dziecko jest na wagę złota. Eral będzie dbać o ciebie, o twoje bezpieczeństwo. Zregenerujcie siły, wieczorem wyruszacie.

– Jakoś to będzie – szeptała Glena, wpatrując się w bliżej nieokreślony punkt przed sobą.
– Mówiłaś coś, Mamusiu? – Eral położył dłoń na przegubie ręki swojej partnerki.
– Nie, nie... – Otrząsnęła się z zamyślenia. – Będziesz wspaniałym ojcem.
– A ty wspaniałą matką. – Zerknął na jej pokaźnych rozmiarów brzuch. – Nie mogę doczekać się naszego synka! – Uśmiechnął się i pocałował Glenę.
– Syna? – Uniosła brew, spoglądając na niego zdziwiona. – Skąd wiesz?
Siedzieli w salonie przydzielonego im mieszkania. Eral wyjął z rąk dziewczyny książkę, po czym odłożył ją na podłokietniku sofy.
– Tak czuję. – Pocałował brzuch i przyciągnął Glenę do siebie, by otoczyć ją ramionami. – Moja krew. – Tulił ukochaną. – Nazwiemy go po twoim ojcu?
Ciemnowłosa potrząsnęła głową. Podczas ciąży jej włosy przerzedły, policzki się zapadły i choć Eral twierdził, że wygląda pięknie, wiedziała, że ciąża jej nie służy.
– Nie... nazwiemy go po twoim bracie. – Eral nie miał więcej rodzeństwa. Jedynie zmarłego przed dwoma laty starszego brata, za którym ogromnie tęsknił. Spojrzała na partnera smutnym wzrokiem, gładząc nieświadomie brzuch. Chociaż tyle mogła zaoferować mężczyźnie, którego tak okrutnie oszukiwała. 
– Weiron? – Ucieszył się. W kąciku jego oka zalśniła pojedyncza łza. – Weiron – powtórzył, po czym żarliwie pocałował ukochaną.

„Eral nie żyje.”
Te słowa zmroziły jej krew w żyłach. Mówiła mu, żeby nie szedł, że akcja jest bezsensowna. Kolców miało być kilkakrotnie więcej. Była to raczej zwykła egzekucja, nie walka. Okolice Raweni, czy raczej lasy dookoła niej, spłynęły tego dnia krwawym cieniem. Nikt nie przeżył.
– Och, Weironie. - Objęła rękami brzuch. – Nigdy go nie poznasz! A kochalibyście się... zasługiwaliście na to. – Opadła kolanami na podłogę, a łzy moczyły jej ubrania.

4 komentarze:

  1. Szykuje się akcja! I to całkiem ciekawa! Weira sprzeciwiła się swojemu przeznaczeniu, nieładnie. To nigdy nie kończy się dobrze. Na szczęście ma kilku sojuszników... Nawet Samel do nich dołączył.
    Retrospekcja z Gelną na duży plus :) Chociaż była z niej kłamczucha. No ale, są sprawy ważne i ważniejsze, a dla tych ważniejszych czasem można nakłamać.
    Czekam na kolejny rozdział!
    Pozdrawiam <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Coraz to lepsza Akcja :)

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonała prudence.