niedziela, 5 lutego 2017

II - Świat za drugim płotem

 Tu było inaczej. Wszystko się zmieniło. Wszystko.
Ulice rozświetlone licznymi latarniami spowijał ciepły blask. Pomimo późnej pory wielu ludzi nadal spacerowało, chodząc szybciej lub wolniej, zazwyczaj w grupkach po kilka osób, czasami w parach – wtedy chodzili szczególnie wolno – lub solo; w tym przypadku dość szybko.
Słychać było gwar jak na stołówce, czułam różne zapachy. Niektóre były oczywiste do rozróżnienia, jak pieczone ziemniaki, inne trochę trudniejsze, ale nie zastanawiałam się nad ich źródłem. Nie to zajmowało moją uwagę.
Tu nikt nie miał broni, pancerza, nie było oznaczeń cyklów ani stopni. Z rozświetlonych budynków rozbrzmiewała muzyka, a niektórzy ludzie chodzili chwiejnym krokiem, mówiąc przy tym głośno.
Weszliśmy do Baru. Tak głosił napis na jednej z budek.
– Pamiętaj, Weiro. Jesteśmy tu incognito, nikomu nie mów, że jesteś z Akademii – poinstruowała mnie Izela. – Jesteśmy zza Raweni, przyjechałaś na weekend.
Raweni.
Kolce panoszą się w Raweni.
Zignorowałam to wspomnienie.
– Mamy tutaj dwie i pół godziny. Zabawmy się! – zawołał Bren, po czym chwycił swoją dziewczynę za rękę i wciągnął ją w głąb budynku.
Zostałam sama. Nie chciałam iść z nimi, oni pragnęli być we dwoje, tak podpowiadała mi intuicja. Ruszyłam w przeciwną stronę, zatrzymując się przy drzwiach wyjściowych. Postanowiłam wyjść.

*

Mijałam fontannę. U nas też taka była, tylko mniejsza. W tej było masę srebrnych i złotych krążków. Przed chwilą dostałam kilka papierków i wiele monet przy zamówieniu kebaba. Był smaczny, choć chyba niezbyt zdrowy. Strasznie się ubrudziłam przy jedzeniu go, więc stałam teraz przed fontanną, zastanawiając się, czy nie zmyć resztek sosu z brody w wodzie. W jednej dłoni trzymałam chusteczkę, w drugiej srebrne kółko. Rozejrzałam się dookoła, ale ludzie tylko co jakiś czas wrzucali złote kółka do fontanny i zdecydowanie nikt się w niej nie mył. Wytarłam sos chusteczką, po czym wyrzuciłam ją do śmieci. Wtedy usłyszałam tuż za uchem głos.
– Czyżbyś chciała zamienić monetę na marzenie?
Głos był zdecydowanie osobnika płci męskiej. Zawahałam się chwilę, zastanawiając, czy nie powinnam pierwsza zaatakować. Tylko ludzie tutaj byli przecież nieuzbrojeni, więc nie stanowili dla mnie zagrożenia.
– Monetę? – odpowiedziałam, odwracając się do właściciela głosu. Był wyższy ode mnie o jakieś dziesięć, może osiem centymetrów.
– Monetę. – Sięgnął do mojej dłoni i uniósł ją. – Tą.
Dotykał mnie. Czułam się niezręcznie.
– Monetę – musiałam wydać się mało rozgarnięta. A więc to po to ludzie wrzucali kółka do wody. Moneta za marzenie – Tak, zamierzam zamienić – spojrzałam na niego uważnie. Był młody. Chyba w wieku Izeli, może nawet młodszy.
– A może to ja jestem twoim marzeniem? – zamruczał, przysuwając się bliżej mnie. Dziwnie pachniał. Tym czymś, czego nie umiałam nazwać.
– Miz, przestań – drugi chłopak podszedł do niego – Zostaw biedną dziewczynę w spokoju.
W odróżnieniu od tego pierwszego – blondyna z krótko obciętymi włosami – drugi miał włosy przydługie, jak Bren, tylko wywinięte w lekkich lokach, koloru pomiędzy ciemnym blondem a kasztanem. Miał oczy jak ja. Nie tego samego koloru, bo jego były zielono-niebieskie, a moje niemal czarne, ale tak samo matowe i martwe.
Martwe. On też nie ma duszy.
– Nie! – zawołałam. Ten Martwy nie mógł sobie pójść. Muszę zrozumieć dlaczego!
– Jak to nie? – blondyn uniósł brwi – Widzisz, podobam się bru-net-ce – wyraźnie zaakcentował każdą sylabę.
Mówił o mnie. To nie on mi się spodobał. Nikt mi się nie spodobał! Zainteresował mnie Martwy.
– Siedzę tu sama, a nie chcę – wymyśliłam.
Blondyn złapał mnie niezdarnie za rękę i z uśmiechem na twarzy zaprowadził do największego budynku w okolicy fontanny. Martwy nie był tym zachwycony. Ja bym nie była. On pewnie też nie.

*

– Wypij, za moje zdrowie! – zaśmiał się blondyn. To Mizar, ale woli, jak mówi się do niego Miz. Jego kolega to Hitch. On w ogóle nie lubi, gdy ktoś się do niego zwraca po imieniu.
– Jest głupie – wyjaśnił, gdy zapytałam.
Zamówiliśmy przy ladzie trzy piwa. To one tak dziwnie pachniały. Zapłaciliśmy za nie pieniędzmi i dostaliśmy resztę. Tego się nauczyłam. Papierki to banknoty, a kółka – monety lub bilon, choć używa się nazwy podziałowej na drobne i grube.
W Raweni można za nie dostać wszystko.
– Zdrowie – uniosłam kufel, tak jak moi towarzysze, po czym upiłam łyka gorzkiego napoju. Zasmakował mi, bo jego smak był wyraźny. W Akademii wszystko jest mdłe. Poza cukierkami.
– Więc przyjechałaś tu na weekend? – zapytał mnie Miz.
Skinęłam głową.
– A może przyjechałaś tu dla mnie? – kontynuował zaczepnie.
– A może nie – udzielił mi się nastrój. W pewnym stopniu. Siedziałam naprzeciwko blondyna, Hitch koło niego. Miejsce obok mnie pozostawało puste.
– Sądzę, że tak – uśmiechnął się nonszalancko.
Pochyliłam się nad stołem w jego stronę tak, że niemal dotykałam swoim nosem jego. Patrząc na niego nieustępliwie, niższym głosem powtórzyłam:
– Nie.
A on mnie pocałował. Szybki całus, który o mało mnie nie zabił, bo zerwałam się do tyłu, uderzając głową w wysokie oparcie podwójnej ławki, na której siedziałam. Lekko zamroczyło mnie, a świat zawirował. Przede mną pojawił się Hitch.
– Hej, nic ci nie jest? – dotknął mojej głowy i z zaniepokojeniem spoglądał na dłoń. Była tam krew.
– Nie, raczej nie...
– Pójdę po jakieś opatrunki, jeśli rana będzie poważna, wezwiemy pomoc – Hitch pobiegł w stronę lady.
Miz mi się przypatrywał.
– Nie masz cienia – powiedział, a moje mięśnie stężały – Jesteś Cieniem.
Nie był rozbawiony. Nawet zmartwiony. Jego usta wygięły się w drwiącym uśmiechu, a zza bluzy wysunął... miecz. Nie zauważyłam go wcześniej. Ten ich świetlisty miecz, wysysający ciemną energię z każdego z naszych.
Gorączkowo zaczęłam zastanawiać się, czy mam jakąś broń. Miałam nóż ćwiczebny. Do rzucania. Nic mu nie zrobi.
Oczy Miza zrobiły się wilcze. Najgorzej, jak tylko się da! Wilk!
– Jak to nie mam cienia? Pewnie to oświetlenie – zaśmiałam się sztucznie. Naszych od ludzi i innych odróżniał tylko cień. Mojego nie było. Jego miał kolce.
Moje tłumaczenie w niczym nie pomogło. Zamachnął się, a ja w ostatniej chwili zsunęłam się pod stół. Byłam w pułapce. Rozłożyłam dłoń i skoncentrowałam się na niej.
Nie będzie nic widział przez chwilę. Zadziałało, najciszej jak się da wysunęłam się spod stołu i starałam wmieszać w tłum. Miz miotał się, wyklinając wszystkie Cienie. Drogę do wyjścia blokował mi Wilk, którego twarz coraz bardziej się wydłużała przy transformacji. Nie zauważyłam okien. Gdyby był tu Bren albo Izela!
Nie. Muszę sobie poradzić. Znajdź broń, coś dużego. Świecznik.
Podniosłam z podłogi sporych rozmiarów kandelabr, tworząc z niego coś w rodzaju tarczy. Teraz coś do atakowania.
Ludzie zauważyli, co się dzieje. Zaczęli uciekać z lokalu. Nie wiedzieli, że miecz ze światła nic im nie zrobi.
Wskoczyłam za ladę. Rożen, kilka noży... Nie ma nic innego. Zabrałam wszystko i ufortyfikowałam się, czekając na pojawienie się odpowiedniej ilości energii do kolejnego oślepienia, by umożliwić sobie ucieczkę.
Miz odzyskał zdolność widzenia. Zaatakował mnie, jednak kandelabr skutecznie zablokował cios miecza. No tak, był błyszczący, to odbija światło!
Korzystając z chwilowego zaskoczenia, wywołanego skutecznością mojej obrony, wysunęłam lustrzaną półkę, zrzucając z niej wszystkie butelki z alkoholem. Roztrzaskały się na miazgę, a pod moimi stopami zrobiło się bardzo ślisko...
Walcząc o utrzymanie równowagi, przysłaniałam się lustrem, a jednocześnie próbowałam zadać cios przeciwnikowi rożnem. Zraniłam go w końcu, ale on wtedy schował miecz i wyciągnął saksę, przystępując do ataku czysto siłowego. Lustro mi już nie pomoże...
Wyskoczyłam zza lady na mniej śliski grunt, zamachałam rożnem, po czym lewą ręką rzuciłam pierwszy nóż.
Błąd. Złapał go w locie i cisnął we mnie. Zaskoczona takim obrotem sytuacji nie zareagowałam zbyt szybko, a ostrze wbiło się w moją łydkę.
Jęknęłam. Wyrwałam nóż, chwyciłam rożen w zęby, po czym w mgnieniu oka wyrzuciłam dwa noże w stronę Miza. Jeden złapał, ale ja już zdążyłam schować się za ladą i szykować się do oddania kolejnych rzutów. Drugi wbił mu się w lewe ramię. Zawył i wyrwał go.
Rzucałam nożami na ślepo, gdyż nie chciałam oberwać w głowę w odwecie. Ciężko bez niej żyć.
Tyle że Wilk stworzył ze stołu tarczę, w którą wbiła się moja cała amunicja...
Nagle zrobiło się cicho.
To pułapka. Wiem to. A może nie?
Szykując rożen do obrony, na kolanach bezszelestnie przeszłam do końca lady, by wyjrzeć zza niej.
Nie było go.
Odczułam mieszaninę ulgi z przeczuciem, iż coś jest nie tak, gdy nad moją głową, z wysokości lady, rozległo się:
– A kuku!
Miz uniósł miecz, by wziąć wielki zamach, gdy...
Poczułam to w sobie. Moja dłoń wystrzeliła w powietrze smugę cienia trafiającą Wilka w głowę. Upuścił miecz, zmienił się w człowieka, patrzył beznamiętnie na mnie, po czym uniósł brew.
– Może pomóc pięknej damie? – uśmiechnął się.
– Muszę już iść – wyrzuciłam z siebie jednym tchem, po czym, ślizgając się na szkłach i alkoholu, wycieńczona do granic wstałam i ruszyłam do wyjścia z lokalu.
W drzwiach wpadłam na Hitcha.
O nie. Na pewno wie, co się stało. Kim jestem. Zauważył. Nie mam broni, energii. Umrę.
– Biegnij do domu – powiedział, całując mnie w czoło. - Ja się zaopiekuję Mizem. Żegnaj, smutna Weiro.
Patrzyłam w te jego martwe... już nie martwe oczy. Moje napłynęły łzami. Jego były smutne.
– Mam nadzieję, że do zobaczenia – niemal szepnęłam. – Ale nie bierz kolegi. – Zerknęłam na niego.
W mojej głowie zawirowało i omal nie upadłam. Podtrzymał mnie.
– Może w innym życiu – odgarnął moją grzywkę – Bo w tym chyba nie jest to wskazane.
Spojrzałam w dół. Jego cień miał kolce, tak jak podejrzewałam.
– A może nie? – rzuciłam gorzko. To po tych słowach rozpętało się piekło.
Hitch wyprowadził mnie i zatrzymał się koło fontanny, sadzając mnie na niej.
– Musisz sobie sama poradzić – powiedział i mnie zostawił.
Wsadziłam rękę do kieszeni i wyciągnęłam monetę.
Moneta za marzenie – pomyślałam, po czym wrzuciłam ją do wody.

*

– Jesteś! – Izela wyglądała na wystraszoną. – Była tu jakaś bójka, myśleliśmy, że to Kolce i... – urwała, patrząc na mnie.
Nie wiem, jak wyglądałam. Siedząc przy fontannie, zauważyłam tylko, że rana po nożu była głęboka. Miałam też dużo małych ranek, a z dłoni powyciągałam szkła. Na głowie musiałam mieć też sporo krwi, bo rana po uderzeniu nie została opatrzona. Zapewne wyglądałam źle.
– Och, Weiro... – przez chwilę miałam wrażenie, że mnie dotknie. Przygotowałam się już do zrobienia uniku. Zauważyła to, a jej ręka tylko drgnęła.
– Bren! Tu jest! – zawołała.
Nie minęła chwila, gdy chłopak do nas dołączył.
– Co ci się stało? – otworzył szeroko oczy – Nie możesz w takim stanie pokazać się naszym. Dasz radę wejść przez okno na parterze?
Kiwnęłam głową.
– Umyjesz się u mnie. Do samochodu.

*

– Izela przyniosła dla ciebie czyste ubrania – Bren podał mi reklamówkę z ubraniami. Stałam zawinięta w ręcznik w łazience, cała pozaklejana plastrami. Chciałam zszyć sobie ranę od noża, ale chłopak Izeli mi nie pozwolił. Sam założył szwy, po czym poklepał mnie po ramieniu – Dzielna dziewczyna.
Gdyby mnie tak wszystko nie bolało, pewnie odsunęłabym się przed jego dotykiem. Później zaszył mi rozcięcie na głowie. Nie było takiej potrzeby, ale uznał, że tak szybciej się zagoi. Rano miałam im wszystko opowiedzieć. Mieliśmy wolne, była niedziela.
Izela czekała na mnie przy drzwiach Domu dla dziewcząt.
– Chodźmy spać – powiedziała, gdy mnie zobaczyła.
– A co tu się dzieje? – to była Reala.
Miałam pustkę w głowie, nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Współlokatorka za to miała pomysł.
– O, wie pani, takie tam randki – zachichotała – Przepraszamy, nocny piknik.
Gorączkowo kiwałam głową, by wyrazić, że Izela mówi prawdę. Rana bolała jak diabli.
– Piknik? – mentorka spojrzała na mnie – Weiro, czy ja o czymś nie wiem?
Wiesz doskonale, że nie mam duszy.
Milczałam.
– No, nie wstydź się – starsza koleżanka zachęciła mnie lekkim uśmiechem.
– Szukam dla siebie miejsca w tym wszystkim – wypaliłam bez zastanowienia. Izela zagryzła wargę, wyraźnie się denerwowała.
– Weiro, zapraszam cię do mojego pokoju. Chyba musimy sobie od serca porozmawiać. Reala dała znak Izeli, żeby sobie poszła. Patrzyłam, jak odchodzi. Zostałam sama. Sama z kobietą, która uważa, że nie mam duszy.

*

– Szukasz dla siebie miejsca, powiadasz – Reala nalała mi herbaty i postawiła ją przede mną na stoliku. Dochodziła czwarta rano.
– Tak.
– A masz jakiś pomysł, jak owo miejsce wygląda?
Wzięłam herbatę i upiłam łyk. Była za gorąca i za słodka. Pozostawiłam jej pytanie bez odpowiedzi, bo i tak by nie zrozumiała. Czy ktokolwiek zrozumie, że moje miejsce nie jest jakąś lokalizacją geograficzną, tylko stanem? Moim miejscem są iskry w oczach, wdzięczność, ciepło i zrozumienie.
– Jesteś młoda. To normalne, że czujesz się zagubiona. Powiedz mi, jak czułaś się dzisiaj na treningu?
– Martwa.
Zapadła grobowa cisza. Co za ironia, akurat po użyciu przeze mnie słowa „martwa”.
– Weiro... – głos jej zastygł w ustach.
– Nie interesuje pani, jak czuję się teraz? – zaczęłam wobec tego.
Bo, moja mentorko, jest inaczej.
– Oczywiście, więc jak? – ożywiła się.
– Śpiąca – odsłoniłam zęby, co u mnie było odpowiednikiem sztucznego uśmiechu, po czym wstałam i wyszłam z jej pokoju.

*

Izela siedziała na łóżku, wyłamując sobie palce. Gdy weszłam, patrzyła na mnie przez chwilę nieprzytomnym wzrokiem, po czym zerwała się z miejsca.
– Wiedzą już, tak? Wszyscy wiedzą, że wyszliśmy! – warga jej drżała.
– Nikt nic nie wie.
Izela siadła na łóżku i rozpłakała się.
– Co za ulga... Nie mam pojęcia, co by z nami zrobili, nam nie wolno opuszczać terenu, jeszcze ta bójka, w której brałaś udział... – jej ramiona się trzęsły.
– Nikt nic nie wie, Izelo – położyłam jej dłoń na ramieniu i pogładziłam. Spojrzała na mnie niepewnie, jakbym wykonała coś niewiarygodnego.
– Nikt?
– Tylko jedna osoba, ale jej tu nie będzie nigdy – zdobyłam się na blady uśmiech.
– Nie? – jej głos był nieobecny – Zaraz, kto?! – nagle uświadomiła sobie sens moich słów.
– Kolec, który darował mi życie.
Wolał wypuścić wroga niż go dobić. Też bym go nie zabiła. Nawet nie wiem, o co w tej wojnie chodzi. Złamał zasady i pozwolił mi odejść.
Bańka ciepła urosła w moim sercu. Ocalił mnie, chciał opatrzyć mi ranę. Był miły, już na początku wiedział, że Miz to kłopoty i chciał go ode mnie zabrać...
Może wtedy nie wiedział, że jestem Cieniem.
Potem już posiadał tę wiedzę. Uratował mnie.
– Darował ci życie? – Izela otworzyła szeroko oczy – On nie ma prawa atakować w Raweni, to teren neutralny. Jedyne miasto, w którym wszyscy są nietykalni!
Bańka w moim sercu pękła. Był posłuszny regulaminowi.

*


Opowiedziałam w skrócie, co się wydarzyło Izeli i Brenowi. Oboje byli tej samej myśli. Miz musi umrzeć.

6 komentarzy:

  1. Dość pechowa wyprawa. Weira chciała tylko zobaczyć świat za płotem, a tu taka niespodzianka. Musiała spotkać wrogów. Całe szczęście, że skończyło się to tylko kilkoma ranami.

    OdpowiedzUsuń
  2. Genialne rozwinięcie akcji w barze. Opisane szczegółowo i przejrzyście można wyobrazić sobie każdy, nawet najmniejszy fragment akcji.
    Wątek "nie do końca romantyczny" trzyma w napięciu. Aż chce się czytać dalej i obserwować rozwinięcie wydarzeń.

    OdpowiedzUsuń
  3. Na razie z trzech kawałków, które przeczytałam, ten podobał mi się najbardziej. ^^ Mam nadzieję, że z każdym rozdziałem poziom będzie skakać w górę.
    Bardzo mi się podobał opis akcji. Żywy, dynamiczny i wiarygodny. Nie było niepotrzebnych opisów, epitetów... był prosty i właśnie takie akcje najbardziej lubię. Oby było ich więcej.
    W fabułę coraz bardziej się wkręcam. Wciąż uwielbiam Weirę, polubiłam też Hitcha, choć dopiero się pojawił. Jestem ciekawa, co tam z nimi się dalej wydarzy.
    Pragnę więcej rozterek wewnętrznych głównej bohaterki!
    Co tam jeszcze... Twój styl też mi się podoba. Super się wpasował w charakter Weiry, taki chłodny i "szybki", czyta się bardzo przyjemnie.
    Co znalazłam:
    "Pójdę po jakieś opatrunki, jak rana będzie poważna, wezwiemy pomoc" - unikaj słowa "jak" w takich przypadkach. Tu bym dała "jeśli", w innych przypadkach często pasuje też "kiedy".
    "Wszyscy wiedzą że wyszliśmy!" - przed "że" przecinek.
    Jedyne co jeszcze napomknę to te przeklęte dywizy, myślniki, pauzy, półpauzy... sama mam z tym problem w swoich tekstach. Szczerze mi to kompletnie nie przeszkadza w czytaniu, nigdy żadnej różnicy mi to nie robiło, ale wiem, że na blogosferze ludzie mają w zwyczaju przyczepiać się do tego aspektu. Jeśli to coś pomoże, zostawiam link: http://www.ekorekta24.pl/myslnik-pauza-polpauza-i-dywiz-lacznik-czym-sie-roznia-i-jak-je-stosowac/. Tak samo z akapitami, te akurat są ważne, choć i z nimi mój blogas ma problemy i nie zawsze się wstawiają...
    Poza tym wszystko super i oby tak dalej. :)
    Pozdrawiam ciepło, życzę weny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Błędy poprawione ;) Niestety z tymi akapitami jest tak, że zwyczajnie w szablonie mi nie działają. Niby są w bloggerze - po dodaniu ich nie widać. Nie mam pojęcia, dlaczego, ale uznałam, że jak się nie da, to się nie da, mówi się trudno i idzie się dalej :P Pierwotnie wstawiane były dywizy, jako, że pisałam na komórce, jak wiadomo - nawet smartfon w SMSach nie ma półpauz. Po przerzuceniu na komputer naprawiłam błędy, a mój głupi mózg zapomniał edytowany tekst wrzucić tutaj :P

      Bardzo się cieszę, że spodobał Ci się mój lakoniczny styl. Zwykle stawiałam na opisy, jednak tu kolor guzika w spodniach czy urocze szemranie odległego strumyka zwyczajnie nie mają znaczenia xD

      Usuń
    2. Absolutnie Cię rozumiem, jak mówię - mi to większej różnicy nie robi, dla mnie liczy się treść i ta jest bardzo fajna. Tylko ludzie na blogspocie mają wręcz obsesję na tym punkcie i się bardzo uczepiają tego tematu...
      Bardzo mi się podoba, oczywiście uwielbiam poetyckie opisy, porównania i ogrom środków stylistycznych, ale jeśli chodzi o akcję, stawiam na prostotę. :)
      PS Sama mam problemy z akapitami, które żyją własnym życiem i doprawdy już nie wiem, czemu w niektórych postach są, czasami magicznie znikają... ;_; mam nadzieję, że uda mi się to naprawić bo remoncie bloga w czerwcu.
      Blogger zawsze płata mi głupie figle, kiedyś miałam problemy z czcionką, która czasami robiła się bardzo mała. Tak po prostu, środek rozdziału, a tam jakieś malutkie literki nagle. Ogólnie nie przepadam za zajmowaniem się techniczną stroną bloga. To znaczy, zależy czym, ale ogólnie często mi to wszystko nawala.
      Wow, podziwiam, ja kiedyś próbowałam coś napisać na telefonie i nie potrafię. Zostawiam tam tylko ewentualne plany wydarzeń i jakieś schematyczne dialogi. Bardzo niewygodnie mi na takim małym sprzętem, a bardzo chciałabym się nauczyć, bo czasami w szkole lub gdzie indziej poza domem nachodzi mnie wielka fala weny, a nie mogę z nią nic zrobić... pisać na kartce też nie potrafię, bo myśli lecą za szybko do przodu xD Więc... problemy amatorskiego pisarza się mnożą... :')
      Się rozpisałam, a miała być "szybka odpowiedź". Przepraszam za spam, zbyt lubię gadać z innymi autorami opowiadań xD.

      Usuń
    3. Jeśli idzie o dziwne czcionki zauważyłam, że najlepszym sposobem na zapobiegnięcie im jest pisanie już w wordzie w czcionce, która wyświetlana jest na blogu. Przykładowo - pisząc Arialem na blogu, pisz Arialem w wordzie. Niestety nie zawsze o tym pamiętam, a zmiana czcionki w blogspocie wygląda tak, że przypadkowe akapity pozostają niezmienne :( Drugim sposobem na uniknięcie tego jest wrzucenie tekstu przed publikacją na notatnik, co jest porażką kompletną - notatnik odrzuca wszelkie kursywy, pogrubienia... Jest to zatem niezwykle irytujące. :(

      Usuń

Szablon wykonała prudence.