poniedziałek, 3 kwietnia 2017

V - Syn Światła i Mroku

 Świadomość nadciągającego ataku na mnie sprawiła, że krew w moich żyłach zaczęła szybciej krążyć. Jakby pojawiła się w nich energia, niosąca ze sobą miliardy egzogenicznych mikrowybuchów, dających mięśniom więcej siły, uszom lepszy słuch a oczom zdolność niespotykanie szybkiej reakcji, dostrzeżenia ruchu z wielu kilometrów... Choć to może tylko wrażenie. Najważniejsze, że dawała kopa, którego w walce każdy potrzebuje.
Mała dziewczynka, Cień, który czyhał na moje życie. Sądził, ze mnie pokona, mnie! Aż na usta cisnął się uśmiech. Mógłbym zniszczyć ją od razu, tylko... nie w tym tkwi zabawa.

Pokonałem ją, co nie było szczególnym osiągnięciem. Nie dla Wilka. Ogłuszoną przerzuciłem przez ramię i zaniosłem na środek parku. Gdy rzuciłem dziewczynę na ziemię, otaczająca nas ciemność szybko opłynęła jej ciało, robiąc ją niemalże niewidzialną. Niemalże, bo dla mnie już zawsze będzie widoczna. Zaatakowała mnie i zamąciła w głowie. Ścierwo. Nawet nie zdawała sobie sprawy, iż jej śmieszny atak jedynie mnie wzmocni.
Potrąciłem ją butem. Oddychała, choć była nieprzytomna.
Westchnąłem. Żałosne. ŻAŁOSNE! Ani jeden z naszych nie był aż tak słaby jak te stwory. Wielcy potomkowie Ciemności... Też mi coś.
Plan był genialny w swej prostocie. Cień się ocknie i dostanie fory – niech myśli, że jest sam. Oddałem calutki ekwipunek, niech czuje się bezpieczna, będzie jeszcze zabawniej... Niech ucieka do swoich, myśląc, że nic jej nie grozi, a wtedy rozszarpię jej gardło z zaskoczenia. Wybornie!
Z trudem powstrzymałem chęć zaklaskania w dłonie.
Ciekawe, czy krew samic tego gatunku smakuje jak krew samców?
Noc na dobre zajęła się światem. Była też jakoś dziwnie, aksamitnie ciemna. Aż dziwne, że Cieniojad nie wyczuł jej i nie wyszedł z drzemki. Bo to już musiała być drzemka, nawet to tak wolno się nie regeneruje. Wyciągnąłem miecz. Zapłonął ogniem, oświetlając sylwetkę na ziemi. Pierś miarowo unosiła się i opadała. A gdyby ją tak troszkę... przypalić?
Podszedłem do Cienia w trawie i zacząłem przejeżdżać ostrzem wzdłuż jej ciała, delikatnie, by skóra lekko okopciła się, a nie by przecinać tkanki. Nie na to miałem ochotę tej nocy. Przejeżdżając nad twarzą Cieniokryjcy zauważyłem, że wygląda podobnie do naszych. Jakże złudne te niższe rasy... I pomyśleć, że ktoś nieopatrznie może oceniać to ścierwo jako coś takiego jak my. Ten idiota Hitch na przykład. Ale co się dziwić?
Nie udało mi się powstrzymać chichotu. Kociak! Kiedyś wołałem na nich Hitchi-Kici, jednak wychowawca zakazał mi tego. Myśleć nie mógł mi zakazać, więc nadal w myślach mogłem go tak nazywać.
„Każde zwierzę ma swoje zalety” – słyszałem niejednokrotnie.
Ale nikt nie może się równać z Wilkiem. I to Wilkiem naznaczonym już Cieniem.
Do tego stopnia zagubiłem się we wspomnieniach, że nie zauważyłem, iż włosy Cienioroda zaczęły się palić. Przydeptałem je szybko. Nadal bez efektu. Śpi.
Znudzony schowałem miecz i odpaliłem papierosa. Postanowiłem pospacerować. Nawet, jak teraz ucieknie, to i tak to wytropię. Mam niezawodny nos.
Zaciągnąłem się głęboko dymem, po czym powoli wypuściłem go, próbując dostrzec dokładne kształty obłoków, wydobywających się z moich ust.
Szelest.
Odwróciłem się. Cień nadal leżał na ziemi. Pewnie zaczyna wracać mu świadomość. Zaraz się zacznie!
Rzuciłem niedopałek na trawę i przydeptałem. Zacząłem rozciągać palce, szykując się do transformacji.
Szelest się powtórzył i to bliżej. To nie był Cień. Przynajmniej nie ten. Co mi tam, tamtego drugiego też zniszczę.
Wyjąłem ponownie miecz.
Odwróciłem się.
Pomimo mojej nowo nabytej, niezwykle cennej zdolności lepszego widzenia w mroku, nadal byłem Światłem i moje oczy wolały blask miecza.
Niczego nie zobaczyłem. Dziwne. Może intruz gdzieś się schował?
Ruszyłem na obchód, niby mimochodem. Oparłem miecz o ramię i niespiesznym krokiem przemierzałem park.
– Jaki czujny – usłyszałem chrapliwy głos – A tak łatwy do zaskoczenia.
Odwróciłem się natychmiast i zamachnąłem mieczem. Moje świetliste ostrze zatrzymało się na aksamitnie ciemnej, kobiecej dłoni.
Ułamek sekundy później broń została mi wyrwana i wyrzucona daleko za mnie.
Rozpocząłem transformację, szykując się do walki z wrogiem.
– Nie ośmieszaj się, dziecko. Wsuń tę swoją wilczą paszczę z powrotem. Gdybym chciała, byś nie żył, już byś nie żył.
– Co jest?! – choć wiedziałem, ze ktoś przede mną jest, widziałem tylko ciemność, nic więcej. Żadnego konkretnego zarysu, sylwetki, czegokolwiek.
Wtedy coś przede mną się zmaterializowało, choć możliwe, że jedynie nabrało wyraźnych konturów.
Wtedy to zrozumiałem.
– Mrok.
Bardziej to wysyczałem niż powiedziałem. Zobaczyłem ją tylko dlatego, że tego chciała.
– Słyszałeś zatem o mnie? – stała się wyraźniejsza. Zauważyłem, że księżyc świeci na niebie będąc niemalże w pełni. Ta ciemność była jej sprawką.
– Jak mógłbym nie słyszeć? Jesteś matką tego Ścierwa! – wskazałem ruchem na dziewczynę – Odwiecznym wrogiem.
– Zabawne, że to mówisz, bo ja mam dokładnie takie samo mniemanie o Świetle – zaśmiała się.
Zacząłem rozróżniać jej rysy. Była zadziwiająco młoda, jak na coś, co powstało tak dawno temu. Jedynie jej głos był starczy. Oczy Mroku były niczym dwie Czarne Dziury, jej uśmiech krzywił się w grymasie ni to rozbawienia, ni zdegustowania.
– Czego chcesz? – zapytałem, czując, że w tej sytuacji mogę być... znaczy istnieje szansa, że mógłbym być na przegranej pozycji.
– Ciebie – ukazała mi szereg zaostrzonych zębów.
– To nie dostaniesz.
– Będę chciała, to sobie sama wezmę. Jakoś Światło nie kwapi się, by ci pomóc. A ja zjawiłam się, gdy Weira, moje przyszłe wcielenie mnie potrzebowała. Nie jesteś jego ulubieńcem, Mizarze – przechyliła po ptasiemu głowę na bok.
– Jestem! Dał mi wilka!– zaprotestowałem, przekształcając dłonie w wilcze łapy – Widzisz?
– Może niegdyś. Teraz jesteś przebiegły. Będzie z ciebie doskonała broń. Tylko najpierw wygnamy idee głupich dzieci światła z twojej ograniczonej świadomości – uniosła dłoń, a ja zaatakowałem ją pazurami.
Jednym gestem palca przywołała materialną smugę cienia, która skrępowała moje ręce.
Zacząłem się bać. Bardzo bać.
Spokojnym ruchem przysunęła dłoń do mojego czoła, po czym zamknęła oczy.

Światło, znienawidzony Bracie!
Pewnie przyzwyczaiłeś się już do tego, że nigdy się nie spotykamy. Ty masz swoich czcicieli, ja moich wyznawców. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie Twój nieczysty postępek, wieki temu. Choć wiem, że mój gatunek jest silniejszy od Twojego sam w sobie, bardzo nieładnie postąpiłeś, dając broń ze swą własną mocą w jego ręce. Dokąd działaliśmy na tych samych zasadach, nie miałam wątpliwości co do podziału Dnia i Nocy. Odkąd dałeś miecze, mam. Wydaje Ci się pewnie, że to bardzo pomysłowe posunięcie, mające na celu szkodzenie mi i moim Cieniom? Masz rację. Choć komicznym jest, że latami, mimo Twojej broni, moi wyznawcy byli w stanie stawiać Ci opór. Dałeś im teraz więcej siły – nie pozostawiłeś mi wyboru. Licz się ze sporymi stratami w swoich ludziach. Tym razem to ja, Twoja siostra, wypowiadam wojnę wam, rozbudowując oręż mych Dzieci.
Ostrzegam Cię tylko z jednego względu. Choć nienawidzę Cię najmocniejszym z uczuć, szkoda mi Twoich Świetlików. W końcu nie wszyscy są zapatrzeni w Ciebie, wiele z nich ma wątpliwości co do sensu atakowania Cieni. Czy to nie zabawne? Daj im jasny znak, by przestali się rozprzestrzeniać i żyli jak dotąd, z dala od reszty świata, jako i my do tej pory. Póki co wysyłam Cienie na patrole. Z bronią, którą Ty dałeś Swoim oraz nową, której nie będzie się dało pokonać tak łatwo.
Czyżby nadszedł Dzień Zagłady?
Twój wróg na zawsze,
Mrok


Znienawidzona Siostro!
Bawi mnie Twa pewność siebie. Zniszczę ich, potem Ciebie. I nastaną czasy bez Cieni. Wieki jasne. Możesz schować swe czcze pogróżki w najciemniejszą jamę. Tak jak Cienie, które żyją w ukryciu, bo wstyd je światu pokazać. Miejcie się na baczności.Dziękuję za wyborną rozrywkę.
Jak zawsze nienawidzący,Światło

Hitch wpatrywał się w księżyc. Mizar nie wrócił, nie widział też Weiry. Nie wszczęto też alarmu, co mogło oznaczać... Dokładnie wszystko. Choć zdecydowanie dwa z nich miały największe szanse powodzenia.
Pierwszy zakładał, że Weirze udało się zabić niepostrzeżenie Miza. Mogła to zrobić, widział ją w akcji. Była tym razem uzbrojona i to Mizar byłby na przegranej pozycji – zaskoczyłaby go. Choć przyjaciel... Nie, nie przyjaciel – poprawił się w myślach – kolega, był raczej typem niezrównoważonego psychicznie, skutecznego zbójcy, dziwnie było myśleć o nim w charakterze denata. Przyzwyczaił się do jego niekiedy dość irytującego, a zwykle dość uciążliwego towarzystwa, do ojcowania mu, choć Miz nigdy nie odpłacał się ani drobiną przyjaznych zachowań w stosunku do niego. Niesprawiedliwością byłoby twierdzić, że nic pozytywnego osobnik ten do jego życia nie wnosił. Była w nim iskra, której od zawsze brakowało Hitchowi – łatwość nawiązywania kontaktów, spontaniczność, beztroska. „Chwytał dzień” i wciągał w wir wydarzeń spokojnego kolegę... Chyba właśnie dzięki niemu Hitch miał jakiekolwiek wspomnienia.
Śmierć Mizara była za razem jego osobistą tragedią, jak i ulgą.
Drugi scenariusz wyglądał również dziwnie. Weira zginęła z rąk Miza. Była w życiu Hitcha zaledwie od chwili, a udało im się nawiązać nić porozumienia , której nigdy z nikim innym nie poczuł. Wyszło to samo z siebie, było jak... Wschód słońca? Tylko takie porównanie przyszło mu w tej chwili do głowy. Było co prawda kompletnie irracjonalne, w końcu była Cieniem, nocnym stworzeniem, wrogiem...
A jednak myśl o jej unicestwieniu łapała gdzieś za żołądek, uparcie go ściskała, powodowała nieznośne, nie dające się uśpić uczucie.
Położył się do łóżka, naciągnął kołdrę na głowę i starał się oczyścić myśli. Sen na pewno dałby możliwość uspokojenia się emocjom. Na spokojnie łatwiej przyjdzie rozstrzygnąć właściwość postrzegana niepewnej sytuacji. Tak uczyli w szkole. A tam mówili prawdę... Choć czy na pewno?
Z tą niepewnością zapadł w sen.

*

Postać stojąca przed nami wyglądała zbyt młodo, jak na swój głos. Przynajmniej tak oceniałam sytuację. Choć pewnie się myliłam – nie znam się na ludziach.
– Zastanawiasz się pewnie kim jestem? – kobieta zdawała się całkowicie ignorować Izelę. Ja również zauważałam ją w mniejszym stopniu, niż zazwyczaj. Aksamitna ciemność w oczach kobiety mnie wciągała...
Nie odpowiedziałam jej. Przecież i tak WIEDZIAŁA, co myślę. Stojąc nieruchomo, wpatrywałam się w nią.
– Taka jak Glena – uśmiechnęła się – Oszczędna w słowach. Choć więcej masz po mnie, dziecko – uśmiechnęła się, wyciągając do mnie rękę.
– Znałaś moją mamę – powiedziałam matowo. „Mama” od zawsze jawiła mi się jako puste określenie, nic za nim nie stało. To coś jak z tym, że Ziemia się obraca – każdy przyjmuje ten fakt i raczej tego nie analizuje. Nie pamiętam mamy, bo nie dane mi było jej zapamiętać. I w sumie poza jej imieniem nie potrafiłam przytoczyć o niej żadnego faktu.
– Znałam. I była mi przez chwilę bliska – kobieta spojrzała na Izelę, która zdezorientowana, blada jak nigdy, skupiała na niej wzrok – Idź stąd. Weirze nic nie grozi. Chcę być z nią sama.
– Weiro... – blondynka spojrzała na mnie niepewnie.
– Idź – skinęłam głową. Instynktownie czułam, że nic mi się nie stanie.
– Wrócę z Brenem – rzuciła do mnie, wycofując się w stronę zabudowań – I Samelem.
– Nie trzeba – zdobyłam się na półuśmiech.
Kobieta przyglądała się mi z rozbawieniem.
– Jaką masz groźną przyjaciółkę! – zaśmiała się – A teraz pora na wyjaśnienie. Należy ci się ono.
Przechyliłam głowę i czekałam na jej dalsze słowa.
Ruszyła powolnym krokiem w stronę płotu, a ja szłam za nią, w zachowawczym odstępie.
– Jestem Mrokiem – przeczesała palcami długie włosy, leniwie stawiając bose stopy na trawie – Tym Mrokiem, który dał początek waszej rasie- kontynuowała, słusznie nie oczekując ode mnie odpowiedzi – A zarazem twoim ojcem.
– Ojcem?
– Jakoś tak byłoby to nazwane w tutejszym nazewnictwie – rzuciła mim spojrzenie spod przymkniętych powiek – Jesteś dzieckiem moim i Gleny. Zawarłam z nią pakt, na mocy którego miałaś stać się naczyniem dla mnie. Zawsze mam jakieś ciało w zanadrzu, jednak nigdy nie biorę go wbrew wszystkim. Bym mogła się w kogoś wcielić, potrzebuję zgody matki. Wtedy daję jej zarodek Mroku, który w sobie nosi aż do porodu. A ja mogę opanować ciało narodzonego dziecka.
– Chcesz się we mnie wcielić? – to miało sens. Dlatego byłam taka dziwna, dlatego nie miałam duszy. Czekałam na nią, bo byłam tylko opakowaniem, do którego przelać miał się Mrok.
– Chciałam. Tylko nie zawsze wszystko idzie tak, jak powinno. Glena nie wywiązała się do końca z umowy i stałaś się czymś, co miało miejsce tylko raz wcześniej – zatrzymała się, po czym położyła dłoń na moim ramieniu, spoglądając na mnie z czułością.
– Czym?
– Pytanie brzmi nie czym, a kim. A odpowiedź już chyba sama znasz- uśmiechnęła się do mnie, tym półuśmiechem, który ostatnio u siebie samej odkryłam.
– Jestem twoją córką – nagle odpowiedź stała się dla mnie oczywista i tak prosta, jak nigdy. Reala się myliła, miałam duszę, tylko nikt nie mógł jej we mnie znaleźć. Skryta była pod nieprzeniknioną, ogromną dawką Morku. Nikt inny nie mógł jej tyle posiadać. No, może tylko pierwszy Cień.
– Mam co do ciebie wielkie plany – zdjęła dłoń z mojego ramienia, a wszytko dookoła zrobiło się jeszcze ciemniejsze.



2 komentarze:

  1. Na szczęście nie musiałam długo czekać na kolejny rozdział :) Przedstawienie zdarzeń z perspektywy Miza było ciekawe. Cwaniaczek zaczął się bać... Bardzo dobrze. A co do Weiry - wiedziałam, że jest wyjątkowa.
    Czekam na ciąg dalszy.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kolejny ciekawy rozdział ^^ Oby tak dalej :)Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonała prudence.