sobota, 1 lipca 2017

XIV - Omeny

Witam was po dłuższej przerwie z nowym rozdziałem! Wiem, wiem, mówiłam, że w niedzielę i w ogóle, ale jutro nie mogę dodać rozdziału, więc dodałam dziś wieczorem. Mam nadzieję, że nikt się nie obrazi ;)
Tymczasem zapraszam na nowy "sezon"!


 Umarłem piętnaście lat temu, choć lekarze mieli na ten temat zupełnie inne zdanie. Wypadek z medycznego punktu widzenia pozbawił mnie tylko nogi, społeczeństwo widziało we mnie wdowca, ja zaś straciłem sens życia i wszelkie pozytywne odczucia.
Miałem dwadzieścia pięć lat, moja żona rok mniej, nasza córeczka skończyła zaledwie roczek, gdy postanowiliśmy wyjechać na pierwsze wakacje jako pełna rodzina. Jedna kobieta mojego życia trzymała drugą w ramionach, pokazując jej mijane rzeczy przez okno. Mała śmiałą się, gdy widziała krowy, mucząc przy tym radośnie, szeroko otwartymi oczami pochłaniała widok majestatycznych ośnieżonych szczytów w oddali, czasami marudziła, gdy przy drodze nie znajdowało się nic zajmującego. Teraz wiem, że nie powinienem pamiętać tych wszystkich grymasów jej twarzy, tylko patrzeć na drogę. Wtedy zauważyłbym na pewno, że nierozważny, pijany kierowca wyjeżdża bez uprzedniego rozejrzenia się, czy nie stwarza zagrożenia. Zdążyłbym wyhamować, uniknąć kolizji, która pozbawiła życia dwie istoty, które kochałem najbardziej na świecie.
Orzeczono, że jestem niepełnosprawnym, przydzielono mi rentę. Przyjaciele próbowali wyciągnąć mnie z marazmu, w jaki popadłem, mówili „Teraz są w lepszym świecie”, „Kiedyś będzie lżej”. Minęło piętnaście lat, a życie nie zmieniło się ani trochę. Wiecznie skrzywiona mina przyprawiła zmarszczek twarzy, oczy ciągle wyrażały ból. Tkwiłem w za dużym dla jednej osoby domu, przesiadując w dziecinnym pokoju, tuląc ubranka, z których już dawno wywietrzał zapach mojej córeczki. Uparcie kładłem się po swojej stronie łóżka, marząc o tym, iż gdy otworzę oczy zobaczę żonę, jak śpi wtulona w poduszkę, z lekko rozchylonymi ustami.
Przez swoją traumę zostałem artystą. Nie mogąc chodzić, zacząłem działać rękami. Delikatną formą ukojenia stała się dla mnie muzyka. Sięgnąłem po gitarę, na której żona grywała małej kołysanki dla Maleńkiej. Szukałem śladów jej palców na strunach, z czasem nabywając coraz lepszych umiejętności. Grałem wiele godzin dziennie, początkowo palce buntowały się przeciw torturom, fundowanym im regularnie: skóra pękała, niejednokrotnie czyniąc struny lepkimi od krwi. Potem zaakceptowały swój los, stwardniały, zaczęły nawet pewniej błądzić po gryfie, wydobywając w końcu upragnione dźwięki. Ćwiczyłem często w ogrodzie, a okoliczni ludzie przystawali, by mnie posłuchać. Mówili, że w mojej muzyce jest wiele pięknego smutku. Właściciel jedynego w mieścinie lokalu zapragnął, bym koncertował u niego. Zgodziłem się na to, nie biorąc opłaty.
Grywanie codziennie od godziny dziewiętnastej do dwudziestej drugiej zajmowało czas, co pozwalało mi na chwilę zajęcia myśli czymś innym. Trzeba było pamiętać, na której strunie położyć palec, którą szarpnąć mocniej, a którą delikatnie. Dorobiłem się nawet grupki stałych słuchaczy. Tego wieczora dołączyła do nich dziewczyna.
Siedziała w kącie, jej oczy były podkrążone. Zdawała się rozumieć moją muzykę. Gdy skończyłem grać, lokal powoli zaczął pustoszeć. Ona też wstała, wyszła. Spakowałem gitarę do pokrowca, a następnie skierowałem się do wyjścia. Dziewczyna stała koło motocykla, wpatrując się uparcie najprawdopodobniej w szybkościomierz.
– W nocy bywa tu niebezpiecznie – powiedziałem do niej, przystając na chwilę. Nie była stąd, nie musiała wiedzieć, że gdy na niebie pojawia się księżyc, a miasteczko idzie spać, nikt przyjemny nie kręci się po okolicy.
– Nie boję się ciemności – odparła, nie patrząc na mnie. Coś w jej zachowaniu wydało mi się dziwnie znajome. Przypominało mi mnie, ziejącą pustkę gdzieś w środku, nie dającą się niczym zapełnić.
– Banie się nie ma tu nic do rzeczy – zbliżyłem się do niej – uwierz mi, lepiej pójdź w ślady wszystkich... Idź spać.
– Nie mam gdzie. Poza tym, nie dbam o sen.
Westchnąłem.
– Nie masz gdzie spać? Czy po prostu uwielbiasz „życie na krawędzi”?
W końcu na mnie spojrzała.
– I jedno, i drugie – wzruszyła lekko ramionami. – Nie jestem stąd, niedługo już mnie tu nie będzie – kopnęła motocykl.
– Uciekłaś z domu? – spróbowałem wybadać sytuację.
– Skąd wiesz o Domie? – drgnęła, a jej dłoń skierowała się ku rękojeści noża, który właśnie w tym momencie dostrzegłem. Wyraz „dom” wypowiedziała w ten sposób, jakby była to nazwa własna.
– Każdy ma jakiś dom – odsunąłem się od niej nieznacznie, na odległość jednego przeskoku na kulach. – Czy ty go nie masz?
– Miałam.
– Możesz przenocować u mnie. Jestem kaleką, nic ci nie grozi – powiedziałem, uważnie obserwując, co zrobi.
– Nie boję się – powtórzyła, tym razem z większym naciskiem. Postanowiłem nie odzywać się, aż sama przemyśli moją propozycję. – Chyba... Skorzystam z oferty.

Całą drogę pchała przed sobą motocykl, dostosowując się do mojego ślimaczego tempa. Nie rozmawialiśmy. Postanowiłem, że ułożę ją w salonie. Zaproponowałem jej skorzystanie z łazienki i kolację. Niczego nie odmówiła. Gdy rankiem szedłem do kuchni, by napić się kawy, jeszcze spała. Obudziła się nagle, zrywając się z łóżka, wypowiadając na głos krótkie „Nie”.
– Zapraszam na śniadanie – powiedziałem do niej, na co zareagowała wzdrygnięciem się.
– Dziękuję – wygrzebała się spod koca, następnie cichutko podążyła do kuchni. Gdy przeżuwała kanapkę z serem, moja ciekawość wzięła górę nad kulturą.
– Co się stało? – zapytałem, siląc się na miękki ton, którego nie używałem od piętnastu lat.
Odłożyła kanapkę, przełykając kęs. Widziałem, że bije się z myślami.
– Czasami „wygadanie się” jest najlepszą metodą na znalezienie rozwiązania – zachęciłem ją.
I wtedy z jej ust wydobył się potok słów. Opowiedziała o tym, że kiedyś nie była człowiekiem, opisała każde wspomnienie, jakie ciążyło jej na duszy, pokazując przy tym wiele blizn. Niektóre musiały być naprawdę bolesne. Choć historia brzmiała nieprawdopodobnie, nie wyglądała na kogoś, kto kłamie. Zresztą, po co kłamać przypadkowemu człowiekowi na swojej drodze?
– Więc uciekłaś od swoich z powodu chłopaka? Pomimo tego, że byłaś bohaterką? – uniosłem brwi.
– Nie mogłabym tego wszystkiego znieść – wsunęła palce między włosy, opierając się o blat stołu łokciami.
– Dziecko, jak ty mało wiesz o życiu – pokręciłem zrezygnowany głową – Nie będę prawił ci morałów, sam tego nie lubię. Może sama kiedyś dojdziesz do tego, że szczenięca miłość nie jest czymś, za co warto stracić wszystko. Tymczasem możesz się u mnie zatrzymać. Ten dom jest spokojny, mieszkam w nim sam. Możesz pomieszkać kilka dni, nic się nie stanie.
Spoglądała na mnie spod zbyt długiej grzywki. Odpowiedź nadeszła bardzo szybko.
– Dziękuję. Obiecuję odwdzięczyć się za okazaną pomoc.

„Kilka dni” zmieniło się w ponad trzy miesiące. Musiałem w końcu przyznać się przed sobą, że zaczęła stanowić bardzo ważną część mojego życia. Entuzjastycznie podchodziła do najzwyklejszych rzeczy – oglądania telewizji, porannych gazet, obsługi odkurzacza. Dotąd znała tylko miotłę. Wieczorami graliśmy w gry planszowe, niekiedy karciane. Również było to dla niej nowością. W drugim miesiącu jej pobytu u mnie znalazła w lesie kota, czy raczej to on ją znalazł, jak to określiła. Zachowała go. Pewnego dnia jednak coś się zmieniło.
– Czuję w sobie... – powiedziała mi przy obiedzie – że to wraca – spojrzała na mnie, trochę wystraszona. – Robię się silniejsza. Lepiej widzę w ciemnościach. Słońce zaczyna być irytujące, drobne ranki znikają coraz szybciej... – dla potwierdzenia swoich słów przygryzła swój palec. Zalśniła na nim kropla szkarłatnej krwi. Kilka minut później po rance nie było śladu.
– Co to oznacza? – zapytałem, czując niepokój.
– Chyba to, że na mnie czas – powiedziała to w sposób nie pozostawiający pola dla dyskusji. Wiedziałem, że kiedyś to nastąpi. Dziewczyna, która nigdy nie ujawniła mi swojego imienia, poprosiła mnie o ostatnią przysługę. – Potrzebuję pełnego baku.
Wiedząc, że jakiś etap mojego życia właśnie się kończy, pokuśtykałem za nią na stację benzynową. Kot siedział spokojnie w jej plecaku, wystawiając jedynie głowę. Miałem wrażenie, że na jego pysku maluje się tryumfalny wyraz. Podziękowała mi, nawet obdarowała pierwszym uśmiechem, po czym odjechała, rzucając na odchodnym, że kiedyś wróci i wynagrodzi moje dobro. Dla mnie to ona była najlepszym, co spotkało mnie od piętnastu lat. A teraz zniknęła.

*

Samel wstał z łóżka. Może wstał było zbyt dużym słowem – zwlekł się, prezentując sobą obraz nędzy i rozpaczy, co w istocie sobą prezentował. Poprawił opaskę na oku, po czym skierował się do kuchni w Domu. Bezwiednie dotknął oka, które ostatnimi dniami pulsowało, a co więcej lekko swędziało. „Narząd nieużywany zanika” – pomyślał posępnie, trąc gałkę przez materiał przepaski. W połowie korytarza dopadła go Izela, wciągając do zajmowanego przez siebie i Brena pokoju. Tego, w którym kiedyś mieszkała Weira.
Na łóżkach siedziało kilka osób poza lokatorami: Nareb, Ayla i Umef. Ostatni z nich siedzieli dziwnie blisko siebie. Samel doszedł do wniosku, iż coś mu umknęło. Po krótkiej analizie doszedł jednak do wniosku, że ma to kompletnie gdzieś.
– Zaprzestań tego procederu – Nareb rozpoczął tyradę, na której Cień nie miał ochoty się skupiać. Dołączyli do niego inni, a ostateczne zdanie padło z ust Ayli.
– Masz się do czegoś w końcu przydać! – krzyknęła, zirytowana.
– Nie mam motywacji do życia, jakbyście nie zauważyli, a w dodatku jestem pieprzonym kaleką! – po tych słowach zerwał z twarzy opaskę, otwierając oko. Światło uderzające w źrenicę ukłuło, powodując łzawienie. Ze zdumieniem odkrył, iż widzi na nie, jedynie obraz jest nieostry – Nareb...
– Co? – przywódca wyglądał na mocno zirytowanego.
– Mógłbyś sięgnąć po swój miecz? – zapytał powoli Samel.
– Jest w zbrojowni. Nie używamy takich rzeczy, pamiętasz?
– Zależałoby mi jednak, byś wziął go do ręki – upierał się.
Kolec wymienił nic nierozumiejące spojrzenia z zebranymi.
– Dobrze – zgodził się – ale potem masz się ogarnąć. Czy to jasne?

Zbrojownia wyglądała inaczej, niż Samel ją pamiętał. Broń pokryta była kurzem, nikt już jej nie pucował, bo i po co? Nie było wrogów, nie miało to więc sensu. Ostrza mogły się tępić do woli.
Nareb sięgnął po pierwszy z brzegu miecz, przynależący kiedyś do któregoś z Kolców.
– Proszę. Trzymam go. I co w związku z tym? – rzucił zaczepnie do Samela – Chcesz może poćwiczyć fechtunek, czy o co ci chodzi?
Cień spojrzał przelotnie na ostrze, po czym zgasił światło w pomieszczeniu. Miecz lekko świecił. Nareb skierował na niego swój wzrok.
– O to, Orle.
Kolec obserwował jarzący się, jakby dopiero rozbłyskający blask. Oboje doskonale wiedzieli, co to może oznaczać. I żadnemu się to nie podobało.
– Nic nikomu nie mów. Nie siejmy paniki – zadecydował Nareb.
– Cokolwiek rozkażesz, przywódco – Samel skłonił się lekko z ironicznym uśmiechem na twarzy. Zaczął przypominać dawnego siebie.

*

Lew siedział na swoim wybiegu, machając ogonem. Opiekunowie zauważyli w nim pewną zmianę podczas karmienia – zamiast rzucić się na pokarm, jak miał to w zwyczaju, leniwie podszedł do opiekunów, mrucząc cicho. W jego oczach pojawiły się bystre iskierki, świadczące o inteligencji. Ich wyraz był znajomy.
– Parsa? Czy to ty? – zapytał jeden z opiekunów, dawny kolega Parsy.

*

Glena ze zdziwieniem zatrzymała się na drzewie. Jej jestestwo przecież przenikało przez wszystko, a teraz nie była w stanie pokonać całej grubości pnia. Częściowo wtopiła się w korę, jednak POCZUŁA opór. Instynktownie odsunęła się od rośliny, przywołując Miza. Gdy Wilk znalazł się obok niej, wyjaśniła w czym rzecz. Chłopak również nie rozumiał, jak to możliwe, że coś staje im na drodze. Im więcej czasu mijało, tym bardziej namacalny stawał się świat. Para dusz zaczęła odczuwać różnice temperatury, wilgoć rosy, nawet podmuchy wiatru. Czy to oznaczało, że wracają do wymiaru fizycznego?
– Miz, co to oznacza? – zapytała, spoglądając mu w oczy. Byli już niemal całkiem zmaterializowani, jednak wciąć brakowało czegoś do pełni cielesności.
– To oznacza, że twojej córce jednak nie udało się to, co zamierzała – na jego usta wpłynął grymas: ni to tryumfalny uśmiech, ni konsternacja. – A jeśli mam rację, to będzie miała poważne kłopoty.
Choć dla Gleny Weira pozostawała pojęciem na granicy poczucia obowiązku a obojętnością, to poczuła, że sprawa nie jest niczym, co można by zignorować. Dwie już-nie-dusze, korzystając z ostatków swojej niematerialności, zaczęły kierować się w stronę Domu. Lepiej być na miejscu, gdy to wszystko wybuchnie.

*

Myśl o spotkaniu z dawnymi przyjaciółmi napawała mnie swoistym przerażeniem. Kot umieszczony w plecaku dodawał mi nieco otuchy, jednak doszłam do wniosku, że ucieczka jest o wiele łatwiejsza niż powrót. Podświadomie nie rozwijałam większych prędkości, odwlekając nieuchronne. Zatrzymywałam się na długie postoje, podczas których kontemplowałam cokolwiek, co było w zasięgu wzroku. Kot, którego nazywałam po prostu Kotem, owijał mi ogon wokół nóg, łasząc się.
Minął kwartał, odkąd porzuciłam Dom. Nikt nie wiedział, dlaczego wyjechałam. Gorzka myśl nawiedziła mój umysł – bym może nikt nawet się nad tym nie zastanawiał. Sama przed sobą musiałam się przyznać, że moje pobudki były śmieszne, gdyby przyrównać je do przeżyć mężczyzny, który przygarnął mnie na całe trzy miesiące pod swój dach. Po około stu dniach nieobecności pamiętałam doskonale, gdzie znajduje się wejście do sieci podziemnych korytarzy, jednak odkryłam, że niebieski płot odgradzający wcześniej Cienie od reszty świata zniknął. Droga stała otworem.
Nawet najwolniejsza jazda prowadzi do celu – chcąc nie chcąc zatrzymałam się pod Domem, mając nadzieję, że znajdę tu Izelę. Musiałam powiedzieć jej, że coś się dzieje. Coś niedobrego. Zeszłam z motocykla, wypuszczając Kota z plecaka. Miauknął i zamachał niezadowolony ogonem. Chyba przerwałam mu drzemkę.
Pamiętałam, gdzie znajduje się wejście do sieci korytarzy, jednak odkryłam, że niebieski płot odgradzający wcześniej Cienie od reszty świata zniknął. Droga stała otworem. Podjechałam pod sam budynek, parkując opodal głównego wejścia.
Wchodząc do budynku zauważyłam jak wiele się zmieniło. Minęłam kilka osób, jednak było ich stanowczo zbyt mało nawet jak na zdziesiątkowane szeregi Cieni. Co więcej, napotkałam kilku Kolców. Ich cienie miały ledwie widocznie zarysy cierni wokół siebie, czego jeszcze najwidoczniej sobie nie uświadomili. W pierwszej kolejności postanowiłam odszukać Izelę. Zapytałam przechodzącą dziewczynę, czy nie wie, gdzie mogę znaleźć blondynkę.
– Mentorka Izela? W swoim gabinecie, dziś jest piątek, więc nie prowadzi zajęć – odpowiedziała zapytana, po czym ruszyła dalej w swoją stronę.
„Mentorka Izela”. Czy to nie o zlikwidowanie tego systemu walczyliśmy? Poczułam zalążek gniewu. Ruszyłam w stronę dawnych – choć teraz znów działających – gabinetów mentorów. Nie miałam pojęcia, który z nich wybrała dla siebie Izela, postanowiłam więc zacząć sprawdzanie od pierwszego na mojej drodze. To był błąd.
Stuknęłam w drzwi, otwierając je niemal w tym samym czasie. Za masywnym biurkiem, należącym wcześniej do Profesora De, siedział Samel, przed nim znajdował się plik papierów. Zerwał się z krzesła, patrząc na mnie, jakby zobaczył co najmniej zjawę. Prą przebiegł przez całe moje ciało. Wyglądał niemal jak przed wypadkiem, jedynie długość włosów zdradzała, iż to, co pamiętałam było prawdą. Zresztą nie było się czemu dziwić – dla niego przecież miał to być okres tryumfu.
– Weira – rzucił moje imię zachrypniętym głosem.
– Przepraszam, nie te drzwi – odwróciłam się na pięcie, chcąc opuścić pomieszczenie.
– Czekaj! – zawołał, rzucając się w pogoń za mną. W głowie zaświtała mi myśl, by zatrzasnąć mu drzwi przed nosem i uciekać, jednak nie przyszłam tutaj dla rozrywki. Miałam coś do zrobienia.
Dopadł mnie w okamgnieniu, chwytając za ramiona. Starałam się zrzucić z siebie jego ręce, ale on przypadł mnie do ściany, trzymając w żelaznym uścisku.
– Co się stało, dlaczego zniknęłaś? – mówił szybko, pochylając się tak, by jego oczy znajdowały się na wysokości moich. Starałam się uniknąć kontaktu wzrokowego, tylko stało się to dla mnie zbyt trudne. Jego prawe oko miało mętną źrenicę. Na czole pojawiło się kilka bruzd, jakby ciągle chodził strapiony.
– Szukałam miejsca dla siebie – odpowiedziałam wolno, a mój oddech przyspieszył.
– Tu jest twoje miejsce – dostosował tempo głosu do mojego. Niemal słyszałam bicie jego serca. Nie mogłam znieść jego spojrzenia. Zdawało mi się, że faktycznie przejął się moim odejściem.
– Nie – głos mi się załamał – Nienawidzę go. Tej samotności, tego, że niby kogoś mam, a tak naprawdę nikogo...
– Masz mnie – szepnął, niemal niesłyszalnie.
– A ty masz Aylę – nie chciałam wsączyć w głos takiej ilości jadu.
– Weiro, to nie tak...
– Widziałam, jak ją przytulasz, wychodząc ze szpitala! – musiałam to z siebie wyrzucić.
Patrzył na mnie, nic nie rozumiejąc. Po chwili jednak najwyraźniej zrozumiał, o co mi chodzi.
– Jesteś skończoną idiotką – zdjął jedną dłoń z mojego ramienia, obejmując mnie nią w talii – Nie spodziewałem się tego po tobie, aczkolwiek muszę stwierdzić, że zbyt szybko dajesz się porwać emocjom. Zbyt szybko wnioskujesz – druga ręka poszła w ślad za pierwszą, powodując, że przez ciało przechodziły rozkoszne dreszcze. Drżałam, nie potrafiłam tego opanować.
Niespodziewanie Samel podniósł mnie i bezceremonialnie wniósł z powrotem do gabinetu, zamykając za nami drzwi stopą. Posadził mnie na biurku, stanął blisko mnie,
– Nie wyjdziesz stąd, dokąd nie uświadomisz sobie, że nigdy nie czułem do nikogo tego, co do ciebie – zadecydował.
A ja nie wytrzymałam. Chwyciłam w pięści jego koszulę i przyciągnęłam do siebie. Poddał się temu, opierając się dłońmi o blat po obu stronach mnie. Nasze usta się zetknęły, a ja czerpałam z tego wprost niewypowiedzianą rozkosz. Pewnie znów złamie mi serce, przemknęło mi przez myśl. Zignorowałam to, zarzucając mu ręce na szyję, chcąc jak największą powierzchnią ciała dotykać jego skóry. Mruknął cicho, a jego pocałunki stały się jeszcze intensywniejsze, jedna z dłoni wsunęła się pod moją koszulkę, pieszcząc plecy. Uderzyła mnie fala nieznanego dotąd gorąca. Sięgnęłam do guzików jego koszuli, próbując je rozpiąć, drżące ręce jednak na to nie pozwoliły. Szarpnęłam materiał, a one ustąpiły, spadając ze stukotem na podłogę. Samel na chwilę przestał mnie całować, by niecierpliwie zdjąć ze mnie koszulkę. Rzucił ją gdzieś za biurko, a mnie położył na blacie, napierając na mnie swoim ciężarem.
Nagle drzwi się otworzyły i rozległ się znajomy głos.
– Trzeba będzie zmienić grafik zajęć z łucznictwa... – Ayla urwała, a my odskoczyliśmy od siebie jak porażeni. Samel ukrył mnie za sobą, oboje dyszeliśmy jakbyśmy przebiegli co najmniej kilka kilometrów.
– O, mała globtroterka do nas wróciła – rudowłosa ani myślała opuścić gabinet.
– Mogłabyś wyjść? – zapytał Samel między jednym ciężkim oddechem a drugim – Byliśmy nieco.... Zajęci.
– Jakoś musisz przeżyć, potem róbcie co chcecie – wzruszyła ramionami. Ruszyła w stronę biurka, następnie położyła na nim kilka kartek – Przejrzyj to, jak skończysz – uśmiechnęła się drwiąco. Zauważyła moją koszulkę, leżącą na podłodze. Jej uwagi nie umknęły oderwane guziki. Zagwizdała – Ładnie się bawicie.
W końcu wyszła, zeskoczyłam z blatu i rzuciłam się po koszulkę. Najszybciej jak umiałam ją założyłam, a Samel stał, obserwując mnie.
– Znowu znikniesz? – zapytał, patrząc na mnie nieco zbyt lśniącymi oczami.
– Na pewno nie dziś – uśmiechnęłam się. Miałam jasny dowód, że Ayla nic dla niego nie znaczy – A tymczasem muszę znaleźć Izelę... – mój wzrok powędrował na jego ładnie wyrzeźbione mięśnie brzucha. Miałam wrażenie, że trochę przytył, odkąd ostatni raz go widziałam. Mimo to wyleciało mi z głowy, dlaczego tak właściwie mam znaleźć blondynkę.
Zauważył moje spojrzenie. Podszedł do mnie i delikatnie uniósł moją brodę.
– Oczy mam wyżej, Mała.

Nie było zaskoczeniem, że Izela zajęła gabinet swojej dawnej mentorki. Po przemyśleniu tej kwestii, stało się dla mnie czymś oczywistym i sama nie potrafiłam siebie zrozumieć, dlaczego od razu na to nie wpadłam. Ostatecznie nic na tym nie straciłam, a wręcz odzyskałam coś wspaniałego. Samel towarzyszył mi, gdy zastukałam w drzwi. Mając w pamięci, jak niekulturalnie zachowała się Ayla, wolałam nie postawić w tak niezręcznej sytuacji mojej współlokatorki. Zza masywnych drzwi usłyszeliśmy krótkie „proszę”, po czym nacisnęłam klamkę.
Siedziała przy biurku, obłożona imponującą ilością książek. Precyzyjniej określając, widziałam jedynie czubek jej głowy – jasne włosy upięte w niedbały węzeł na czubku głowy. Wychyliła się zza stosu, sprawdzając, kto ją odwiedził Jej oczy otworzyły się szerzej, niż to teoretycznie możliwe.
Zerwała się z krzesła, niemal podbiegając do mnie, obejmując mnie stanowczo zbyt mocno.
– Wróciłaś! – krzyknęła mi do ucha. – Wiedziałam, że wrócisz! Nikt nie wierzył, w szczególności on – domyśliłam się, że miała na myśli Samela – ale ja miałam rację. Gdzie zniknęłaś? – wypuściła mnie mnie z uścisku.
– Obiecuję ci opowiedzieć wszystko, tylko później – powiedziałam, lekko oszołomiona jej entuzjastyczną reakcją. – Teraz mamy poważniejszy problem. Myślę, że Mrok wróciła.
Izela i Samel wymienili spojrzenia. Nie wyglądali, jakby ich to zdziwiło.
– Też tak podejrzewamy – kiwnęła niespiesznie głową. – Ostrza Kolców znów rozbłyskują, gdy chwycą je w dłoń, urazy leczą się szybciej... Nawet nasz Pirat odzyskał wzrok i wrócił do życia.
– Pirat? – zdziwiłam się, a blondynka nabrała powietrza w płuca, chcąc udzielić mi wyjaśnienia. Chłopak wszedł jej w słowo.
– Na terenie Akademii zauważyli ludzkie cechy w zwierzętach – rzucił szybko. – Dlatego niedawno wznowiliśmy ćwiczenia.
– To długa historia. Myślę, że Samel chętnie opowie ci, co działo się u nas w czasie, w którym cię tu nie było – Izela lekko uniosła kąciki ust – a ja poczekam, by wieczorem wysłuchać twojej opowieści. Myślę, że kilka innych osób też z chęcią usłyszy, co masz do opowiedzenia.
Musiałam wyglądać na zaskoczoną, bo po chwili ciszy blondynka roześmiała się szczerze.
– Och, Weiro, nawet zdajesz sobie sprawy, jak ważna jesteś tutaj!

Samel zamknął drzwi swojego gabinetu, przekręcając klucz w drzwiach, następnie usiadł za biurkiem. Zajęłam krzesło naprzeciw niego, po drugiej stronie blatu, splatając dłonie na kolanach. Przechyliłam głowę, obserwując go uważnie.
– O co chodzi z Piratem? – zapytałam w końcu, mając wrażenie, że ta informacja jest dla mnie ważna.
Chłopak wydawał się co najmniej lekko zawstydzony. Na jego policzkach zawitał blady rumieniec, a źrenice unikały zetknięcia z moimi.
– Głupia sprawa – wzruszył ramionami. – Nie ma o czym opowiadać. Powiedzmy, że zdarzył mi się... hm... niezręczny uraz.
– Niezręczny uraz? – drążyłam dalej.
– Po zabiegu w szpitalu straciłem wzrok w jednym oku – dotknął dłonią prawej powieki – Nie widziałem na nie całkowicie, było mętne i źrenica nie reagowała na zmiany światła. Ludzie strasznie się gapili, więc zastawiłem je opaską... I stąd to wszystko.
– Cienie zawsze były wyrozumiałe dla trwałych okaleczeń – zauważyłam. –Nikt nigdy nie gapił się na bliznę po odciętych palcach Kierela...
– Cienie nigdy nie miały problemów z oczami: albo je miały, albo nie, ale nigdy nie było z nimi nic nie tak, dobrze? – zdenerwował się, po czym zmienił temat. – Ważniejszą kwestią jest to, że nie wszystkich Kolców mamy pod kontrolą. Kilka zwierząt uciekło i nie wiadomo, gdzie mogą być. Byłoby lepiej odnaleźć wszystkich, zanim całkiem wrócą do siebie.
– Kto zaginął? – zapytałam, jakbym znała wszystkich z niegdysiejszej wrogiej nacji.
– Bau, co martwi nas najbardziej. On był najzagorzalszym wrogiem Cieni, trzymał się zawsze z Mizarem. Razem tworzyli swoisty nienawistny, morderczy duet.
– Ktoś jeszcze? – nie chciałam się przed sobą przyznawać, jednak najbardziej interesowało mnie, co stało się z Hitchem. Nie miałam pojęcia, co stało się z ciałem, które przejął Światło. Przeczuwałam najgorsze, Kot mógł podzielić los Wilka: umrzeć.
– Wiem, do czego zmierzasz – poziom zirytowana Samela wzrósł – Kiciuś też zaginął. Nareb i reszta zgubili go, gdy wychodzili na spotkanie z nami. Pobrali krew i zostawili go w pokoju. Gdy wrócili zobaczyli rozbite okno. Karygodne zaniedbanie.
– Nikt go później nie widział?
– Nie. Zresztą... Wszystkie koty wyglądają tak samo. Jedynie Parsa lub Mizar byłby w stanie go rozróżnić, a jak zapewne zauważyłaś, ani jeden, ani drugi nie jest teraz szczególnie pomocny.
Pochyliłam się do przodu, przesuwając łokcie bliżej kolan. Zamyśliłam się przez chwilę. Chyba powinnam wysłuchać całości historii... Wciąż nie rozumiałam, dlaczego Parsa stał się prawdziwym lwem, a Nareb nie został orłem.
– Opowiedz mi wszystko po kolei – poprosiłam.
– By poznać wszystkie szczegóły z pierwszej ręki, powinnaś porozmawiać z osobami, które ciągle trzymały rękę na pulsie. Sugeruję Nareba lub Izelę.
– A ty dlaczego nie możesz mi opowiedzieć?
– Powiedzmy, że przez pewien czas byłem niedysponowany. Chciałbym, żebyśmy zamieszkali razem z pokoju – szybko zmienił temat. – Bren wprowadził się do Izeli i chyba nie byłabyś zachwycona mieszkając z parą.
– Rozważę tę opcję – uśmiechnęłam się, myśląc o tym, jak cudownie będzie budzić się co rano w objęciach Samela.

W związku z tym, że Izela była zajęta, zapytałam Samela, gdzie znajdę Nareba. Poinformował mnie, iż przesiaduje ostatnimi czasy w zbrojowni, więc skierowałam tam swe kroku. Istotnie, zastałam go, gdy nadzorował czyszczenie broni. Czynnośc wykonywali najmłodsi przedstawiciele ras, a on doglądał procesu, popalając papierosa. „Trochę jak Profesor De” – przemknęło mi przez myśl.
Kiedy mnie zauważył, rzucił niedopałek na ziemię, pozdrawiając mnie uniesieniem ręki i dając znak, bym zaczekała w progu.
– Wychodzę na chwilę. Lepiej nie zaniedbujcie pracy, bo wiem ile czasu zajmuje solidnie wykonana praca – jego słowa brzmiały jak rozkaz. Odwrócił się w moją stronę i podszedł do drzwi. – Znalazła się zguba – uśmiechnął się na powitanie – Gdzie zniknęłaś? I – zreflektował się – dobrze cię znów wiedzieć.
– Potrzebowałam zmiany otoczenia – wzruszyłam ramionami – Przyszłam do ciebie, gdyż zostałeś wskazany jako osoba o kompetencjach, pozwalających na szczegółowe streszczenie ostatnich miesięcy.
– Izela cię przysłała?
– Samel.
– No dobrze. Więc od czego mam zacząć? – przeszedł przez próg, zamykając za sobą drzwi. Ruszyliśmy ku ławce przy Domu.
– Najlepiej od tego, dlaczego Parsa został lwem, a ty nie stałeś się orłem.

Opowieść Nareba miała sens. Choć treść była szokująca, przedstawił ją w taki sposób, że nawet kilka razy się uśmiechnęłam. Niemal całe trzy miesiące, podczas których mnie nie było, upłynęły spokojnie, ludzie zaczęli mieć aspiracje, aby połączyć się ze społeczeństwem, opuścić nasze dotychczasowe więzienie, jednak wymagało to czasu. Rozpoczęto nawet zwiad na temat zachowań społecznych, tylko, że powolny powrót umiejętności Światła i Mroku wywołał niepokój. Wtedy właśnie zarząd, reprezentowany przez Nareba i Izelę, doszedł do wniosku, iż czas wznowić szkolenia. Najbardziej zaawansowani w ostałych się przedstawicieli obu ras zajęli stanowiska mentorów, dzieląc się innymi swoją wiedzą. Czyli krótko mówiąc – system powrócił, z dwoma różnicami: Kolce szkoliły się obok Cieni, a ogrodzenie runęło.
– Już w pierwszym tygodniu – uściślił Nareb – nie chcieliśmy wychodzić siecią tuneli. W końcu dążyliśmy do rozejścia się po świecie, zatem było wskazane, aby każdy mógł swobodnie wyjść.
Do moich nóg podbiegł Kot, który zawieruszył się zaraz po moim przyjeździe. Nie bałam się, że ucieknie – zawsze wracał. Chodził swoimi ścieżkami. Podniosłam go i położyłam na kolanach. Chłopak spojrzał na mnie zdziwiony, jednak nie zapytał o zwierzę.
– Izela powinna niedługo wrócić do siebie – powiedział – wracam do dzieciaków. Gdy zostają długo sami, mają idiotyczne pomysły – skrzywił się, wstał z ławki. Poczochrał moje włosy. - Leć na dalsze zwiady, Kociaro. Dobrze mieć cię znowu tutaj.
Odszedł, a ja odprowadziłam go wzrokiem. Kot zamruczał niezadowolony, machnął ogonem, wpatrując się niespokojnie w coś za mną. Odwróciłam się, by zobaczyć zbliżającego się Samela.
– Izela cię szuka – powiedział, marszcząc brwi, gdy zauważył zwierzę. Cóż, chyba oboje nie przypadli sobie do gustu.
– Świetnie – uśmiechnęłam się, wstając. Zwierzę oparło łapki na moim ramieniu, jakby akcentując swoją przynależność do mnie.
– Apetyt na wiedzę zaspokojony?
– Tak – spojrzałam na niego z błyskiem w oczach.
– A ja mam chrapkę na coś innego – zaśmiał się, składając mi delikatny pocałunek na ustach. Nim zdążyłam go odwzajemnić, Kot zaatakował Samela, rozdzierając pazurkami skórę na jego policzku. Cień syknął. – Oj, nie polubimy się – spojrzał na mojego zwierzaka i przyłożył dłoń do krwawiącej rany.

1 komentarz:

  1. Jaaa przegapiłam dzień premiery!
    #wstyd!

    Rozdział świetny, podobał mi się momenty w biurze :3

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonała prudence.