niedziela, 14 maja 2017

XI - Na wygnaniu

W związku z tym, iż mam zajęcia praktyczne i podczas kolejnych dni nie będzie mnie w domu, postanowiłam dodać rozdział już dzisiaj ;) Lepiej za wcześnie niż za późno ;)


___________



Weira opadała w postaci zdecydowanie bardziej materialnej, niż jej się wydawało, że powinna być. Gdy skoczyła, sądziła, że... Właśnie, co właściwie sądziła? Spadając, obtarła sobie prawy bok. Pomimo wody, która odrobinę zamortyzowała upadek uderzyła stopami w twarde dno, co odczuła jako falę bólu przechodzącą przez kości niczym mrowienie przy zdrętwieniu.
– Jesteś tam? – zawołał Samel, wyraźnie zaniepokojony. – Czy ty jesteś normalna? Jak mam cię stąd wyciągnąć? Weira?
Już nie „Młoda” ani „Mała”, pomyślała z pewnym rodzajem satysfakcji.
– Nic mi nie jest! – odkrzyknęła do ciemnego zarysu głowy i ramion na tle błękitnego nieba. – Sama wyjdę! – Jakoś, dodała w myślach. 
Sama nie rozumiała, co ją podkusiło, by zrobić to, co zrobiła. Jednak przymus wskoczenia w ciemną dziurę był zbyt silny, logiczne myślenie nie miało z nim nic wspólnego. Tylko dlaczego?
„Amulet”. Nie wiedziała, skąd ta myśl zjawiła się w jej głowie, jednak się jej poddała. Po omacku zaczęła przeszukiwać dno, jednak jedyne, co na nim znajdowała, to drobne kamyki i coś jakby szlam.
– Skoro sama wyjdziesz, to wychodź. – Głos Samela zadrżał. – Czemu to zrobiłaś?
Weira milczała, uparcie przeszukując dno. Nagle jej palce natrafiły na coś ostrego. Nie przebiło to skóry, jednak na pewno nie było normalnym dnem studni. Wyciągnęła to. Po oględzinach w słabym świetle sączącym się z otworu u góry uznała, że to sztylet. Prawdopodobnie nie do użytku, ale sztylet. Wsadziła go za pasek. Przymus zmuszał ją, by szukała dalej. „AMULET”. To niewątpliwie nie był amulet. Dalej przeszukiwała dno, jednak bezskutecznie. „AMULET”. 
– Ale tu go nie ma! – powiedziała dziwnie piskliwym głosem, przerażona własnym zachowaniem. Przymus nie ustępował. Starała się go zwalczyć, jednak na nic, ręce same nadal wyszukiwały uparcie przedmiotu w mule. Oddychała coraz szybciej, ogarniała ją panika.
– Samel, wyciągnij mnie! – pisnęła z rozpaczą, nie umiejąc okiełznać ciała. Dobrze, że choć nad głosem panowała.
– Wytrzymaj chwilę – zawołał i oddalił się. 
Serce Weiry łomotało, poczuła napływające do oczu łzy. Coś nią władało; coś, czego nikt nie znał, coś pozazmysłowego, nienamacalnego. Została sama, nie było Samela.
Dłonie przeczesywały uparcie dno. Jedynym plusem sytuacji było to, że głębokość wody w studni nie zmuszała jej do nurkowania. 
– Samel... – jęknęła, głos przestawał jej słuchać.
Chłopak wrócił po jakimś czasie, którego Weira nie potrafiła ocenić. Nadal nie znalazła tego, czego szukała. Chwilę później coś u góry zadźwięczało metalicznie. Obok jej twarzy opadła końcówka zardzewiałego łańcucha.
– Chwyć go! – krzyknął Samel.
– Nie mogę! – odpowiedziała drżącym głosem, nadal błądząc dłońmi po dnie.
– Schodzę po ciebie.
Chłopak zaczął podążać w dół, trzymając się łańcucha. Nogami oraz plecami opierał się o ściany studni, uważając, by nie spaść. Miał wrażenie, że ściany się zwężają. Na szczęście tylko tak mu się wydawało. Zatrzymał się przy Weirze i wyciągnął do niej dłoń.
– Chwyć mnie, zacznij się wspinać. Będę cię asekurował – powiedział do dziewczyny, nadal uparcie przeszukującej dno.
– Nie mogę!
Nie pytał więcej. Stanął na dnie, chwytając Weirę w pasie. Zaczął wspinać się z wierzgającą brunetką, która za wszelką cenę starała się uwolnić. Mięśnie mu drżały, a rdza na łańcuchu wrzynała się w skórę, mieszała z jego krwią.
– Zabierz mnie stąd! – prosiła dziewczyna.
– Próbuję – wysapał, zapierając się plecami o ścianę studni, usiłując nie spaść w dół. – Nie ułatwiasz.
– Zabierz!!!
Energia Samela zaczęła się kończyć, a do pokonania był jeszcze większy odcinek studni. Nagle Weira się uspokoiła. Sięgnęła ręką po coś, co zaczepione było o zadzior spękanego boku studni. Był to naszyjnik. Chwyciła go, czując, jak przymus ją opuszcza. Rozparła się rękami i nogami w studni.
– Możesz mnie puścić, utrzymam się – powiedziała, choć jej głos nie brzmiał pewnie.
– Wolałbym nie – zaprotestował Samel.
– Dam już radę. To... minęło.
– Wspinaj się pierwsza. – Podciągnął ją drżącą ręką, by mogła chwycić się łańcucha. 
Dziewczyna chwyciła naszyjnik z zęby i zaczęła wspinać się ku górze. Tuż przed wyjściem usłyszała w głowie głos, który nie znosił sprzeciwu. „Znajdź drugi i zakończ to.”
A potem w studni rozległo się coś w rodzaju westchnienia ulgi, czego ani Weira, ani Samel już nie usłyszeli.

Usiadłam na brzegu studni, po czym wyciągnęłam z niej, najszybciej jak umiałam, nogi. Chciałam od niej uciec. Wyplułam na trawę wisiorek, pozostawił mi w ustach żelazisty smak.  Nie mogłam jednak zostawić Samela.
Pochyliłam się nad studnią i omal nie zderzyliśmy się głowami. Usiadł zziajany na brzegu.
– Co to do cholery było?! – Parzył na mnie rozszerzonymi źrenicami. – Tam na dole, czemu wskoczyłaś... Wyjaśnij mi to! – zażądał, stawiając stopy na ziemi.
– Chodźmy stąd – powiedziałam cicho, nie potrafiąc opanować drżenia. Podniosłam z ziemi naszyjnik i złapałam Samela za dłoń, ciągnąc go byle dalej od studni. Nie protestował. Nie pytał.
Gdy uznałam, że jestem wystarczająco daleko od miejsca, które mnie przerażało, spojrzałam na niego. Jego klatka piersiowa nadal unosiła się i opadała intensywniej niż zazwyczaj. Musiał przecież mnie dźwigać przez połowę drogi.
– Nie mam pojęcia. Nie wiem. Coś... kazało mi tam wskoczyć. Kazało mi znaleźć to. – Wysunęłam w jego stronę wisiorek. 
Wziął go do ręki i zaczął się przyglądać. Sama z ciekawością zerknęłam na moje znalezisko. Był to niewątpliwie stary przedmiot. Nie zardzewiał, co sugerowałoby szlachetność metalu, choć smak, który nadal czułam, był zdecydowanie smakiem żelaza. Złożony został z licznych kółek przeplatających się ze sobą, tworzących większy okrąg. Łańcuszek, na którym wisiał, nie był niczym niezwykłym.
Miałam wrażenie, że Samel już nigdy się nie odezwie.
– Jeśli chciałaś jakieś cacko, mogłem dać ci sto razy ładniejsze, wystarczyło poprosić. – Spojrzał w końcu na mnie. – Chyba że to była twoja alternatywa treningu...
– Nie chciałam cacka! – zaprotestowałam. – Coś kazało mi to wziąć. Coś, co w mojej głowie kazało mi znaleźć drugi i coś zakończyć...
– Głosy w głowie to nic dobrego... – Obserwował mnie uważnie. – Dobry Mroku... Prowadzimy misję wariatki! – Wcisnął mi naszyjnik do rąk. – Położyłem życie na szali, straciłem pozycję i możliwość bycia Przywódcą Cieni dla majaczenia wariatki! – Zaczął się śmiać. Nie był to jednak radosny śmiech. Brzmiał bardziej jak rozpacz.
– Samel... Ja nie miałam tak nigdy. – Przełknęłam ślinę, mając nadzieję, że nie mijam się z prawdą. – Sądzę, że tam jest... było coś, co kazało mi to zrobić.
– Co? Duch byłego lokatora możnowładcy? – Wskazał się rozwalającą się budowlę.
– Nie wiem... – Przypomniałam sobie o broni włożonej za pasek. – Znalazłam jeszcze to. – Wyciągnęłam znalezisko.
– Co? – Odwrócił się do mnie i wyrwał mi drugi z przedmiotów. – Stary nożyk?
– Nie. – Pokręciłam głową. – To sztylet. Wydaje mi się, że taki jak nasz. 
Spoglądał na zanieczyszczone ostrze. Przetarł je mokrym rękawem. Metal zalśnił.
– Zdecydowanie nasz. – Obracał broń w dłoniach. – Starszego typu. Teraz mamy bardziej obłe rękojeści. Szybciej się je wyciąga i lepiej leżą w dłoni – dodał. 
Przetarł całość sztyletu rękawem, skupiając się na rękojeści.
– Skoro to broń dawnego typu, to powinna mieć tu jedną rzecz. – Wyciągnął przedmiot w moją stronę. – I gdybym nie wiedział, jakie masz uzbrojenie, nie uwierzyłbym ci.
Na rękojeści widniał wyrzeźbiony, lekko roztarty od częstego użytkowania napis: „Eral”.

Postanowiliśmy napalić w piecu w kuchni, żeby wysuszyć ubrania. Słońce w całej swojej złośliwości, jak to miało w zwyczaju, postanowiło nie sprzyjać Cieniom i gdy tylko rozłożyliśmy rzeczy, by schły, ukryło się za chmurami. Nie mieliśmy zatem innego wyjścia.
– Dlaczego imię Eral przekonało cię do tego, żeby mi uwierzyć? – zapytałam, wysuwając dłonie spod koca w stronę pieca, który zaczął już wydzielać odrobinę ciepła.
– Dlatego, że to rzecz, której nie wiesz. Nikt nie chciał ci o tym opowiadać. Chyba ja też nie powinienem. – Wyciągnął przed siebie stopy.
– Skoro to mnie dotyczy, chyba powinnam o tym wiedzieć. – Nie ustępowałam.
Westchnął.
– Niektórych rzeczy wolimy nie wiedzieć. I tylko wydaje nam się, że chcemy poznać prawdę, a potem tego żałujemy. – Przeczesał rozpuszczone włosy palcami, by szybciej schły. Sięgały mu one troszkę za linię ramion.
– Mogę przyznać ci rację, gdy się dowiem. Albo być usatysfakcjonowana nową wiedzą.
Patrzył na mnie badawczo. 
– Dobrze. Powiem ci, co wiem, ale powiesz mi, co ukrywasz. Nawet przed Izelą.
Już miałam się zgodzić, gdy przypomniałam sobie, że jest jedna rzecz, którą ukrywam przed współlokatorką nie bez powodu. Czy Samel powinien o tym wiedzieć? 
Potarłam dłońmi twarz. Choć niedawno wstałam, czułam się okropnie zmęczona. Izela powtarzała, że podobno tajemnice męczą, dlatego mówi o wszystkim Brenowi. 
– Zgoda – powiedziałam w końcu, nie będąc pewna, czy to dobry pomysł. – Mów. – Zagryzłam wargę, czekając na coś, co mogło zmienić moje życie lub zszokować mnie tak, jak moja informacja zszokuje niebieskookiego.
– Więc, Mała – zaczął, przyjmując swoją minę wszystkowiedzącego. – Eral był twoim ojcem.

Po raz pierwszy wysłuchałam historii o moich rodzicach. Tych, których uznawano za moich rodziców – poprawiłam się. Dowiedziałam się o tym, jak zginął Eral i w jaki sposób przyszłam na świat.
– Nie spodziewałem się, że to ta studnia tutaj – dodał Samel. – Szczerze pomieszało mi się to kompletnie z historią o studni w Japonii. Twoja mama zadziwiająco je lubiła.
– Urodziłam się w studni? – Wolałam się upewnić.
Przytaknął.
– Uznano, że Glena się załamała i wolała zginąć, niż urodzić dziecko, które nie pozna Erala. Bardzo go kochała, po jego śmierci zrobiła się podobno kościotrupem. Przerażała.
Wbiłam wzrok w jedno z brudnych okien. Czy ta historia mną wstrząsnęła? Chyba nie. Mogła być może w połowie prawdziwa. A Glena była dla mnie tylko imieniem, świadomością, że ktoś taki istniał. Nie miałam dla niej żadnych uczuć. Może odrobinę byłam jej ciekawa.
– Twoja kolej – przypomniał Samel.
– Jeżeli sądziłeś, że twoja opowieść jest szokująca, posłuchaj tego.

Jeśli chodzi o sensacyjne wiadomości, wygrałam z Samelem. Bezsprzecznie. Początkowo wątpił w to, co mówię, jednak w miarę opowieści przyznawał, że wiele rzeczy ma sens.
– Profesor De, gdy nawiązywała się rozmowa o tobie, mówił, że nie masz nic wspólnego z Eralem. Nikt nie widział ani odrobiny podobieństwa. Przede wszystkim on był bardzo dowcipny – rzucił, spoglądając na piec. 
Milczeliśmy stanowczo zbyt długą chwilę. 
– Czy powinienem teraz jakoś szczególnie cię traktować? – zapytał w końcu.
– Niby dlaczego? – Spojrzałam na niego zdziwiona.
– Skoro Mrok jest naszym bóstwem, to ty jesteś półboginią.
– Raczej nie. – Pokręciłam głową. – Jestem raczej nieudanym zabiegiem. – Wstałam, by sprawdzić, czy moje spodnie wyschły już całkowicie.
– Jesteś dla siebie za ostra. – Chłopak poszedł w moje ślady.
Wzruszyłam ramionami, pakując broń.
– Zajmijmy się lepiej tym. – Wskazałam amulet, leżący na podłodze między nami. – Myślę, że to coś ze studni stanowczo chciało, by ktoś zajął się amuletem. Ustalmy, co to właściwie jest. 
– Trzeba by przejrzeć jeszcze raz archiwa w Domu. – Samel wsunął sztylet w pochwę. – A z tym może być pewien problem, bo nie mamy już tam wstępu.
Podniosłam amulet. Przejechałam palcem po kółeczkach. 
– Skoro to należy do Cieni, a mamy znaleźć drugie... Sądzę, że w równym stopniu owocne okażą się archiwa Kolców.
– Masz rację, Mała. – Poklepał mnie po głowie. – Kontaktuj się ze swoim lubym. Odwiedzimy Akademię po raz kolejny.

Nareb nie wydawał się zachwycony pomysłem naszych odwiedzin, a tym bardziej szperaniem w starannie poukładanych manuskryptach i drukach znajdujących się w podziemiach Akademii Kolców. 
– To balansowanie na bardzo cienkiej linie. – Jego głos nie wyrażał entuzjazmu. – Mam nadzieję, że tego nie spieprzycie. Wyjdę po was przed bramę. 
Gdy podjechaliśmy, faktycznie go zobaczyliśmy.
– Sprawa wygląda tak. Wprowadzam was do Archiwum, a wy szukacie tego, co was interesuje. Nie hałasujcie, nie zwracajcie na siebie uwagi. Nie chcę również być wyklęty. – Skrzywił się. – Przed zamknięciem po was przyjdę – poinstruował nas. – Co do noclegu, zagadam z kilkoma osobami. Myślę, że nic się nie stanie, jak skorzystacie z prysznica. 
Szliśmy za nim, a Samel co jakiś czas kiwał głową lub mruczał „yhm”, sporadycznie dodając do repertuaru „dobrze”. Mieliśmy zaczekać na Nareba przed budynkiem mieszkalnym dla adeptów, bo uznał, że spokojnie możemy zatrzymać się w jakimś nieużywanym pokoju. Wyszedł po kwadransie, wręczając nam po karteczce. Mi wręczył dodatkowo kluczyk.
– Wasze chwilowe tożsamości. Jesteście rodzeństwem, przeczytajcie kilka faktów o sobie. – Uśmiechnął się. – I starajcie się nie wpadać na Mizara. Jest trochę rozhisteryzowany, ale już na chodzie. Pokój 314 to trzecie piętro. Przyjdę do was za chwilę, złapię tylko coś do jedzenia. 
Jako że miałam już jakieś rozeznanie w budowli, poszłam przodem. Otworzyłam drzwi. Pokoik nie dobiegał zbytnio wyglądem od tego, w którym mieszkał Hitch. Stały w nim dwa łóżka, ściany obite były boazerią, szafa pamiętająca lepsze czasy, stolik z trzema i pół krzesłami – pół, gdyż jedno zdecydowanie nie nadawało się do siedzenia, trzymało się w kupie chyba jedynie dzięki swojej własnej sile woli. Po lewej stronie pokoju, tuż przy oknie, znajdowały się drzwi, jak się domyślałam, do łazienki. Samel też na to wpadł i, rzucając sztylety na łóżko, skierował się właśnie do niej. Przyznam, że sama najchętniej wskoczyłabym przed nim pod prysznic, jednak po co wszczynać bezsensowne zatargi?
Usiadłam na jednym z łóżek. Skrzypnęło. Chyba tu wszystko musiało skrzypieć. Zaczęłam zdejmować wysokie, wiązane buty, zauważając, że stanowczo przydałoby się je wymienić. Podeszwa już odchodziła. Spodnie również potrzebowały naprawy. Bluzka była jedną wielką plamą. Postanowiłam pod prysznicem zrobić przepierkę. 
Gdy oswobodziłam się z obuwia, rozległo się pukanie w drzwi.
Wstałam i bezszelestnie podeszłam, by otworzyć. Za nimi stał Hitch. Miał niewielkie, gojące się już rozcięcie brwi. Dolna warga również była pęknięta. Poza tym wyglądał na całkowicie zdrowego. Odetchnęłam z ulgą. Gdzieś w głębi duszy się o niego martwiłam.
– Nareb powiedział mi, że przydadzą się wam ubrania. – Wręczył mi sporych rozmiarów reklamówkę. – Nie wiem, jakiej wielkości nosicie buty... – urwał, unikając mojego wzroku. – Ale w magazynie mamy spory wybór rozmiarów. Na pewno coś dobierzecie. Umef powiedział, że reszta ubrań powinna na was pasować – skończył, po czym odwrócił się i ruszył korytarzem.
– Hitch! – zawołałam za nim, rzucając na podłogę reklamówkę i idąc szybkim krokiem w jego stronę. – Chciałam ci podziękować!
– To tylko ubrania – Zatrzymał się i spojrzał na mnie beznamiętnie.
– Nie o to mi chodzi. Mówię o obronie przed „Zdrajcą” – przypomniałam sobie nazwę lokalu.
– Nie broniłem cię. – Zmarszczył brwi. – Zawsze rozpoczynamy walkę od mojego ataku. – Hitch wzruszył niedbale ramionami. Poszedł w swoją stronę. 
– Nie wymagaj od niego wyższych uczuć. – Głos Nareba zza moich pleców przyprawił mnie niemal o zawał serca. – Koty nigdy ich nie miały. Przyniosłem wam ręczniki, chemię pod prysznic, no i kilka kanapek – kontynuował, a ja nie chciałam się do niego odwrócić. Obserwowałam sylwetkę Hitcha, który właśnie skręcał. Czy on nie czuł tego porozumienia między nami?
Gdy stanął przede mną, dopiero zareagowałam.
– Dziękuję Nareb. Za wszystko. – Przełknęłam ślinę, ciągle sparaliżowana szokiem, jaki wywołały we mnie słowa Hitcha. – Postaramy się za wszelką cenę nie zwracać na siebie uwagi...
– Jeśli chcesz pozostać anonimowa, to lepiej weź prysznic. Wyglądasz jak po przegranej wojnie. – Uśmiechnął się i puścił do mnie oko. – Jak pojęcie i się ogarniecie, przyjdźcie po mnie do 612.
– Dobrze, przyjdziemy. – Pokiwałam głową, domyślając się, że ma na myśli numer pokoju. 
Nareb szybkim krokiem skierował się do klatki schodowej, a ja wróciłam do pokoju. Samel nadal się mył. Uchyliłam na chwilę drzwi do łazienki i wsunęłam mu przez nie ręcznik. Położyłam się na łóżku, które uznałam już za swoje i patrzyłam bezmyślnie w sufit. Nie chciałam analizować, dlaczego czułam się tak źle.

Zabiegi higieniczne mojego towarzysza trwały wystarczająco długo, bym zapadła w sen. Nie omieszkał obudzić mnie, rzucając na mnie mokry ręcznik. Zauważyłam, że zdążył się już przyodziać w nowe ubrania. Przyniesione przez Hitcha. Ścisnęło mnie w żołądku.
– Idź się szybko myć, nie jesteśmy tu na urlopie – mruknął do mnie. – Mam nadzieję, że pozdrowiłaś ode mnie swojego kochasia? Słyszałem, jak go wołasz...
– Zamknij się, Samel. – Wzięłam ubrania, ręcznik i akcesoria prysznicowe, po czym weszłam do łazienki, nieco zbyt mocno zamykając drzwi.

Czysta i pachnąca wyszłam stamtąd po pewnej chwili. W ślad za mną z pomieszczenia wydobyło się nieco oparów gorącej wody. Samel siedział po turecku na drugim z łóżek, polerując jeden ze sztyletów. 
– Jadłeś? – zapytałam. Mój głos był matowy.
– Nie, czekałem na ciebie. Przecież nie mogę odmówić sobie przyjemności spożywania z tobą posiłków. – Zaśmiał się, jednak jego spojrzenie było zimne. – Nawet jeśli jesteś bezczelna.
– Bezczelna? – Uniosłam brwi, sięgając do reklamówki z kanapkami. Rzuciłam mu jedną, a on złapał ją w locie. 
– Bezczelna. Stroisz fochy, a nasza sytuacja jest nieciekawa. 
– Nie stroję fochów. – Zagryzłam wargi. – Są rzeczy, o których nie chcę rozmawiać.
Samel ugryzł kanapkę i przeżuwał ją niespiesznie.
– Pan Idealny nie jest idealny? – rzucił między kęsami.
– Być może jest. Jednak nie dla mnie – ucięłam temat, zagłębiając zęby w chlebie.
– Cieszy mnie to – powiedział pod nosem. Nie zadałam sobie trudu, by odpowiedzieć.

Po skończonym posiłku poszliśmy do Nareba, który razem z Parsą i Umefem siedział w pokoju 612. W piątkę zeszliśmy do Archiwów znajdujących się w podziemiach Akademii. Po drodze zgarnęliśmy po parze butów. Nie były one tak ciche, jak nasze, gdyż Kolce z natury nie są równie ciche jak Cienie. 
– Mamy jakieś cztery godziny do zamknięcia. – Nareb zakasał rękawy. – Pomożemy wam. Powiedzcie, czego szukamy.
Wyciągnęłam spod bluzki amulet. Uznałam, że najbezpieczniejszy będzie na mojej szyi, ukryty pod ubraniem.
– To będzie ten dział. – Wskazał na jeden z regałów. – Widziałem tam kilka pozycji o talizmanach. 
Zajęliśmy się poszukiwaniem podobnego talizmanu w opasłych tomiskach, bogato zdobionych rycinami. Tumany kurzu unosiły się z książek przy każdym szybszym ruchu, zatem karty trzeba było obracać powoli. Systematycznie przerzucaliśmy strony, wyszukując choć wzmianki o zawieszce z kółek. W pewnym momencie oderwałam wzrok znad ilustracji, gdyż poczułam się nieswojo. Parsa wpatrywał się we mnie pustym wzrokiem, nie mrugając. Jego oczy były bardziej okrągłe niż zazwyczaj, a na twarzy pojawiło się kilka lwich wąsów. Zerknęłam na jego dłonie. Paznokcie były znacznie bardziej masywne niż ludzkie. Transformacja jednak nie została kontynuowana.
– Parsa, co jest? – zapytałam, a głos mi zadrżał.
– Widziałem już kiedyś podobny amulet... – powiedział, po czym się otrząsnął. – Tylko nie wiem, co to mogłoby oznaczać. 
– A gdzie go widziałeś? – Nareb przechylił głowę, wpatrując się w przyjaciela.
– Nie mogę na razie powiedzieć. – Pokręcił wolno głową. – Bo nie wiem, co to by oznaczało dla osoby, która go prawdopodobnie ma.
Wyczuwałam zagrożenie. Co prawda Parsa wrócił już do normalnej ludzkiej postaci, jednak nadal coś mnie w jego zachowaniu niepokoiło.
– Powinniśmy sprawdzić w innym dziale – powiedział w końcu i zerwał się z miejsca. Niemal pobiegł do rajki zatytułowanej „Kroniki Jasności”, następnie zaczął uparcie śledzić wzrokiem grzbiety tomów manuskryptów. W końcu jego spojrzenie zatrzymało się na pozycji opisanej jako „Wybrani”. Wyciągnął księgę, a my obserwowaliśmy go z zaciekawieniem. Zauważyłam, że Samel przysunął się do mnie, a jego dłoń spoczywała na rękojeści sztyletu. Nie ufał nadal Kolcom, zresztą czemu tu się dziwić... Po reakcji Parsy nadal czułam się niepewnie. 
Chłopak wertował strony, nie przejmując się faktem, że niektóre ze stron rozsypują się ze starości. Nareb i Umef wrócili do przeglądania talizmanów, natomiast my tylko z pozoru przeszukiwaliśmy  obrazki. Obserwowaliśmy Lwa. Gdy znalazł coś, co go wyraźnie zainteresowało, wyjął miecz. 
– Co ty wyprawiasz?! – krzyknął Samel, a broń Parsy zapłonęła jasnością. Zamierzył się na książkę.
„Spali ją” – przemknęło mi przez myśl. Tam musiało być coś ważnego, czego nie chciał nam ujawnić!
Zerwałam się z miejsca, jednak nie miałam szans na zablokowanie ciosu w księgę. W chwili desperacji rzuciłam Mrokiem w Parsę. Jego miecz zgasł, a on zamrugał zdezorientowany. 
– Co ja tu robię? – zapytał, rozglądając się po pomieszczeniu. 
Nareb rzucił mi groźne spojrzenie.
– Miało nie być kłopotów.
– Chciałam powstrzymać go...
– Rozumiem. Dlatego nie wyciągam konsekwencji.
Nareb wstał od stolika i podszedł do Parsy.
– Musimy ci trochę poprzypominać – powiedział do przyjaciela, kierując go ku wyjściu. – Posprzątajcie tutaj. – Te słowa zdecydowanie przeznaczone były dla nas.
Zebrałam tomy leżące przede mną, wnosząc je na odpowiednie miejsca. W moje ślady poszli zarówno Samel, jak i Umef. Gdy uporaliśmy się z układaniem, na stoliku została tylko jedna pozycja – „Wybrani”. Niedźwiedź wziął ją w swoje duże dłonie, następnie wsunął pod koszulkę.
– A to czytadełko pójdzie z nami do łóżka. – Uśmiechnął się do mnie, a jego oczy zalśniły.

W drodze z Archiwum dopytywałam się Umefa, gdzie jest teraz Parsa. Miałam wyrzuty sumienia z powodu rzucenia Mroku na jego umysł, jednak nic innego nie przyszło mi do głowy w tak szybkim czasie. Miałam nadzieję, że uda mi się wyciągnąć z niego zamroczenie w ten sam sposób, w jaki przywoływałam Cienisty Miecz. 
– Szczerze to nie wiem, ale znając życie, pewnie jak zwykle wszystko, co warte uwagi, dzieje się w pokoju Nareba – odpowiedział Niedźwiedź, drapiąc się po głowie. – Pójdę do siebie i zajmę się znalezieniem tego, co Parsa chciał usunąć. To mogą być ważne informacje.
– Pójdę z tobą. – Samel skinął na mnie. – A ty leć zrobić coś z Parsą. Taktycznie zapytaj go o naszyjnik, nim spróbujesz odwołać Mrok. Wtedy nie będzie wiedział, dlaczego ma nam o nim nie mówić.
– Dobrze. – Skinęłam głową i ruszyłam do pokoju Nareba.
Pokonując klatkę schodową, wpadłam na lepszy pomysł niż zwyczajnie zapytanie, czy widział gdzieś ten naszyjnik. Wtedy wzbudziłabym u niego podejrzenia co do tego, po co mi ta wiedza potrzebna. Miałam nadzieję, że fortel się powiedzie, a Nareb zrozumie, o co mi chodzi. 
W pokoju zastałam trójkę osób, nadplanowym był Hitch, którego aktualnie nie miałam ochoty oglądać. Powstrzymując się przed opuszczeniem pomieszczenia, wyciągnęłam naszyjnik.
– Parsa, nie wiesz może, czy ktoś tego nie zgubił?
Chłopak spojrzał przymrużonymi oczami na błyskotkę w mojej dłoni. Hitch chwycił się za serce. Gdy na niego zerknęłam, zauważyłam, że wpatruje się stanowczo zbyt uważnie w przedmiot. Jakby go rozpoznawał.
– Kim, do cholery, jest ta dziewczyna? – zapytał Lew, marszcząc brwi i spoglądając dla odmiany na mnie.
– Dostałeś Mrokiem, to nasza przyjaciółka – wyjaśnił Nareb. – A wiesz coś o naszyjniku?
– Nie zajmuję się bibelotami dla dziewczyn. – Skrzywił się. – Jak ona ma na imię?
– Jestem Weira. – Podeszłam do niego i wyciągnęłam do niego naszyjnik – Proszę cię, to ważne. Widziałeś gdzieś ten naszyjnik? – Przykucnęłam koło siedzącego na łóżku chłopaka. – To ważne...
– Nie, nie widział – odpowiedział za niego Hitch, wyraźnie zirytowany. – Daj spokój mojemu bratu, Cieniu – prychnął na mnie.
– Co się z tobą dzieje? – Parsa wyglądał na zdezorientowanego. – Ona jest Cieniem?
– Tak, ale spokojnie. – Nareb starał się uspokoić kolegę z amnezją. – Wszystko wyjaśnię ci później. Powiedz, co wiesz o naszyjniku.
– Widziałem go wczoraj, tak mi się zdaje. – Podrapał się po głowie.
Nagle Hitch zaatakował mnie pazurami. Zaczął drapać moje ramiona, wydając z siebie wściekłe prychanie.
– Zaatakowałaś mojego braaaaaata! – Jego słowa brzmiały jak miauczenie, choć można było je zrozumieć. Wydobywały się z głębi gardła, jak u rozdrażnionego kota.
– Nic mu nie będzie, postaram się to cofnąć... – broniłam się, jednak cienka bluzeczka nie stanowiła dobrej osłony przeciw pazurom. Nie chciałam używać już tego dnia zaklęć. To rozdrażniłoby go jeszcze bardziej. Z pomocą przyszedł Nareb, który chwycił Hitcha za kark i odciągnął ode mnie. Przechodząc w postać kota, napastnik znacznie się zmniejszył, zatem wisiał teraz nad ziemią, wymachując na wpół kocimi łapami, sycząc, prychając i fukając. 
Orzeł bezceremonialnie otworzył drzwi i zamknął za nimi wściekłego Hitcha. 
– Nie rozumiem, co się dzieje. – Parsa z niedowierzaniem kręcił głową. – Co w niego wstąpiło? Nigdy się tak nie zachowywał...
– Mam wrażenie... – Moje ręce drżały, a głos był niepewny. Krew z przedramion brudziła podłogę, na której leżał upuszczony przeze mnie amulet. Podniosłam go z niej i wstałam.
– Jakie wrażenie? – ponaglił mnie Nareb. – Że to ma związek z amuletem?
Pokiwałam głową.
– Możliwe – zgodził się Parsa. – Pewnie sądził, że mu go ukradłaś.

4 komentarze:

  1. Nieźle. To jest zdecydowanie mój ulubiony rozdział. Jaram się wszystkim co miało w nim miejsce...

    Zacznę od akcji ze studnią.
    Co to było w ogóle? To dziwne zachowanie Weiry? Jakby coś ją opętało... Tylko co? Znalazła tam jakieś tajemnicze przedmioty, a ja uwielbiam tajemnicze przedmioty! Tajemnice są super! Hahaha.

    Po tym rozdziale jeszcze bardziej kocham Samela. Bywa wścibski, ale ma przy tym ten swój urok. Pamiętam, że w pierwszych rozdziałach, kiedy go opisywałaś, myślałam, że będzie takim hiperdupkiem i że będę go nienawidzić. A tu taka niespodzianka!
    I te jego teksty... "Twój kochanek", "Pan idealny"... No no no, ktoś tu jest zazdrosny :D

    Końcowa akcja z Hitchem i Parsą - mistrzowsko to wymyśliłaś. Więc to Hitch ma drugi amulet? Nieźle...

    Czekam na kolejny rozdział. Czekam czekam czekam...
    Pozdrawiam <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciałam walnąć zwrotem akcji ^^ chyba mi wyszło :D Dziękuję, Esnami :*

      Usuń

Szablon wykonała prudence.