piątek, 24 lutego 2017

IV - Odkrycie

Hitch miał w pokoju zasłonięte zasłony. Wiedziałam, że Kolce uwielbiają światło słoneczne tak mocno, jak my nienawidzimy. Tak po prostu było. Nie analizowałam tego dłużej.
– Burza –  powtórzyłam po nim. Minęła już dłuższa chwila od ostatniego wypowiedzianego przez niego zdania. Zapewne myślał o konsekwencjach lub potępiał moje działanie. W końcu on pozwolił mi żyć, a Miz i tak nie pamiętał nic z naszego spotkania. Czy ja sama chciałam zemsty? Zasadniczo było mi to obojętne. Kazali mi go zabić, więc powinnam to zrobić. Prawda?
– Burze są groźne, Weiro. – Westchnął. – A Mizar jest młodym kretynem obdarzonym siłą. Jeśli założymy, że go pokonasz, zginiesz w ciągu kilku sekund. Moi cię zabiją. – Spojrzał na mnie, marszcząc brwi. – Nie chcesz umierać, prawda?
– Wcale nie muszę umierać – zauważyłam, obserwując jasne plamki w jego tęczówkach. Wcześniej ich nie zauważyłam, ale tworzyły one swojego rodzaju mozaikę o niesprecyzowanym deseniu.
– Właśnie wyjaśniłem ci, że jeśli nie Mizar cię zabije, wykończą cię nasi.
– Być może nikt nie zauważy. – Powieka mi drgnęła.
– To niemożliwe. Gdy ktoś z nas umiera, widać intensywny błysk jasności. Każdy zobaczy to w nocy. W dzień może mogłoby być zignorowane, gdyż różnica w natężeniu światła nie jest tak mocna. Poza tym nigdy nie wiadomo, gdzie Mizar będzie, szczególnie po zmroku.
– Mogę zabić go w dzień. – Niewyraźnie się uśmiechnęłam, testując ten grymas. Był niezręczny.
– W dzień wszyscy zauważą, że jesteś inna. – Pokręcił głową. – Wyprowadzę cię po zmroku i nigdy nie wracaj.
Tak. Mam nigdy nie wrócić, nie wykonując misji. Samel do końca życia by mi to wytykał, że nie wspomnę o tym, że nie wiem, jak miałabym być dobrym żołnierzem, zawalając swoją pierwszą misję.
Postanowiłam przemilczeć swoje myśli. Jeśli nie będzie o tym wiedział, nie udaremni mojego planu. O ile jakiś wymyślę.
Klamka w drzwiach przechyliła się z głośnym odgłosem naciąganej sprężyny, po czym za uchylonymi drzwiami pojawił się Miz.
– Hitch, dziś wypad do Raweni. Lata tam nie byliśmy. O.... – Zauważył mnie w końcu. – A kogo my tu mamy? No, no... świeży nabytek? – Uśmiechnął się i zwinnie wsunął do pokoju, zamykając za sobą drzwi. – Powinienem wiedzieć o tak uroczej osóbce. Przedstaw mnie – rzucił do Hitcha stanowczo zbyt władczym tonem.
– Mizar, Weira. – Jakiekolwiek ślady emocji zniknęły z twarzy i oczu Hitcha. Plamki w jego oczach też przyblakły. Nie dziwię się, że za pierwszym razem nie zauważyłam.
– Mi Amore, czy jesteś dziewczyną tego tu młodzieńca? – Usta Miza wykrzywiły się w lekko kpiącym uśmieszku. – A może dasz mi się porwać na małe tête-à-tête?
– Nie – odpowiedziałam, próbując wyobrazić sobie siebie jako czyjąś dziewczynę. Dziewczynę Hitcha. Szybko jednak wyrzuciłam to z myśli. Miałam idealną sposobność ku temu, by pozbyć się Mizara bez świadków.
Uniósł brwi, aż na jego czole pojawiły się poziome bruzdy.
– Odmawiasz spotkania ze mną? - spytał lekko zdziwiony. – Wiesz, jestem prawdziwym Wilkiem Alfa. – Mrugnął do mnie okiem.
– Mówię, że nie jestem partnerką tego mężczyzny – wyjaśniłam. – Dokąd mamy iść?
– Zobaczysz, słodziutka.
Objął mnie ramieniem, po czym wyszliśmy z pokoju, nie patrząc na Hitcha. Na korytarzu słychać było jedynie pogłos zdecydowanie nadającej się do wymiany sprężyny klamki i nasze kroki.

Prowadził mnie schodami, których wcześniej nie zauważyłam. Wspięliśmy się o piętro wyżej, niż szacowałam po ilości pięter widocznych z zewnątrz.
Po gabarytach pomieszczenia wywnioskowałam, iż jesteśmy na czymś w rodzaju maleńkiej, jednopiętrowej wieżyczki wychodzącej na dach.
Wyszliśmy na zewnątrz w momencie, gdy ostatnie promienie słońca chowały się za horyzontem. W duchu trzymałam kciuki, by w tej chwili ostrego cienia nie zauważył braku mojego. On jednak podszedł do barierki, oparł na niej obie ręce i podziwiał majestat ostatnich centymetrów czerwonej kuli.
– W takich chwilach... – odezwał się tak nagle, że aż drgnęłam. Dotąd stałam nieco za nim, nie bardzo wiedząc, czy pora na atak jest idealna, czy może powinnam chwilę poczekać. – ...czuję się władcą dnia i nocy. – Wyczułam, że jest uśmiechnięty.
Wyczułam też, że oczekuje ode mnie odpowiedzi. Nie miałam na nią pomysłu.
Zaczęłam szukać dłonią mojego noża. To był idealny moment. Blask słońca stał się bardzo intensywny, może ktoś uznałby rozbłysk za przywidzenie i nie zareagował na niego wcale, dzięki czemu dopiero zwłoki Miza będą dowodem zbrodni, jakiej dokonam? W tym czasie powinnam być już daleko, bezpieczna w samochodzie z Samelem lub w swoim pokoju z Izelą.
Dłonie zacisnęły się na gładkiej, chłodnej rękojeści. Jeszcze chwilkę... Zaczęłam się do niego powoli zbliżać, chcąc zadać szybki, skuteczny cios w plecy.
– Pamiętam cię, mały Cieniu. – Odwrócił się błyskawicznie, chwytając moją rękę i zatrzaskując ją w stalowym uścisku. Przez zaskoczenie i nagły ból moja dłoń wypuściła ostrze, które z brzękiem upadło na betonową podłogę.
Słońce zaszło na dobre..
Wpatrywałam się w postać Miza, jego głowę będącą ciemnym kształtem na różowo-pomarańczowym niebie, które z każdą sekundą robiło się jaśniejsze. Chwilowe odrętwienie mi przeszło. Chwyciłam lewą ręką za przegub trzymającej mnie dłoni i szybko ją wykręciłam. Miałam bardzo elastyczne kończyny po niezliczonych treningach uwalniania się z pęt. Mizar wydał z siebie jęk, jego uścisk lekko zelżał, a to mi wystarczyło. Wyrwałam dłoń, od razu rzucając na niego Mrok. Liczyłam, że gdy oślepnie, uda mi się podnieść nóż oraz wydobyć drugi, którego może się nie spodziewać. Efekt wywołany zaklęciem trwał u niego jednak absurdalnie krótko, nie dając mi więcej niż sekundy na zadziałanie. Nie zdążyłam jeszcze do końca wyjąć zapasowego noża, gdy on już przyciskał mnie do ściany, unieruchamiając skutecznie. Próbowałam zbombardować go atakami Mroku, coraz silniejszego, jednak on w trybie natychmiastowym odganiał od siebie zaklęcia.
– Jak? – wycharczałam, gdy zaczął mnie dusić.
– Każde zaklęcie nas uodparnia na wasze czary. Musiałem nieźle oberwać od ciebie, mały Cieniu, w ciągu ostatnich dni, które to są dla mnie plamą w pamięci. Jestem niemal odporny na twój Mrok. – Zaśmiał się kpiąco. – Zabawne, że pamiętałem tylko tę twoją przydługą grzywkę. Nawiedzała mnie co kilka minut, może nawet sekund... A gdy zobaczyłem w pokoju Hitcha, że nie masz cienia, wiedziałem, że to ty. – Przysunął usta do mojego ucha. – Nie zginiesz tutaj, mały Cieniu. Zabawimy się w polowanie! – Jego śmiech był w moich uszach nieco obłąkańczy.
Walczyłam o każdy kolejny oddech, w mojej głowie robiło się coraz jaśniej, jakby moje myśli zalewała biała farba, blokując im swobodny przepływ. W pewnym momencie biel wygrała i mnie pochłonęła.

Gdy otworzyłam oczy, nikt nie krępował moich ruchów. Dookoła panowała ciemność, wiał lekki, nocny wietrzyk. Drzewa szeleściły leniwie. Usiadłam na trawie, rozglądając się dookoła, zaniepokojona. Co się właściwie stało...?

Obraz z chwili przed utratą przytomności aż zaiskrzył. Od razu skierowałam dłonie ku nożom, które były przymocowane do mojego paska. I je tam znalazłam. Zdezorientowana wstałam, rozglądając się niepewnie dookoła. Nikogo nie widziałam, choć... czy ten krzak nie miał kolczastego cienia?
Upewniłam się, że mam przy sobie wszystkie rzeczy, które mieć powinnam. Z niemałym zdziwieniem zauważyłam, że faktycznie wszystko jest na swoim miejscu.
– Mizar?! – zawołałam, choć mój głos zadrżał.
Czy byłam martwa? Czy tak jest po śmierci? Ciało miałam lekko obolałe. W szczególności szyję. Czy po śmierci czuje się ból?
– Mizar? Hitch?! – spróbowałam głośniej, jednak bardziej to wychrypiałam, niż wykrzyczałam.
Odpowiedziała mi cisza. Kompletna cisza. W dodatku nie miałam pojęcia, gdzie jestem. To było przerażające. Nie rozumiałam całej tej sytuacji. Wyciągnęłam noże i ruszyłam przeszukać zarośla.
Z właściwą dla swojej rasy zwinnością dopasowywałam się do plam cienia tworzących się od blasku księżyca pod drzewami. Nikogo nie znalazłam. Tylko drzewa, krzewy, trawa i gdzieś w oddali sowa. Cała polana, na której się znajdowałam, była bezpieczna. Ruszyłam więc w stronę księżyca, przesuwając się jak cień. Gdyby nawet ktoś próbował mnie śledzić, to mogłoby udać się to jedynie innemu cieniowi. Ani jednemu Kolcowi. Dla nich w nocy byłam niewidoczna.
Przemknęłam w ten sposób odległość około dwóch kilometrów, tak mówiła mi intuicja. Wtedy nacisnęłam czerwony guzik na pasku.
Ku mojej zgrozie zaczął on pulsować lekkim, czerwonym światłem. Cudownie, teraz na pewno zostanę zauważona. Przycisnęłam do niego dłoń, starając się ukryć w ciemności i jego, choć w sumie nie miałam pojęcia przed kim.

Nie wiedziałam, ile czasu siedziałam ukryta w ciemności, ale gdy Samel mnie znalazł, moja dłoń była poważnie zdrętwiała od ukrywania światła, a na niebie pojawiła się pierwsza szarość poranka.
– Jaśnie pani dalej wynieść nie mogło?
Zignorowałam jego pytanie i ruszyłam w kierunku, z którego przyszedł.
– Pokonałaś chociaż Wilka? - kontynuował przesłuchanie. – Czy spaprałaś to całkiem?
Zatrzymałam się i posłałam mu obojętne spojrzenie.
– Nie wiem, co stało się w nocy.
– To zastanawiające, bo musiałaś tu iść ładne godziny. Wytłumaczysz mi właściwie po co? Miałaś załatwić go w siedzibie ścierw i wracać. A jest poniedziałek. W sumie już wtorek.
Zatrzymałam się. Gdzie zniknął cały dzień? Jak mogłam go przegapić? To wręcz niemożliwe, bym tak długo leżała nieprzytomna...
Co zadziwiające, nie odczuwałam głodu ani pragnienia.
– Samel, jest poniedziałek –  rzuciłam do niego przez ramię.
– Nie. Doskonale wiem, ile na ciebie czekam. Gdy wrócimy, będziemy mieć przesrane. Głównie ty. – Wyprzedził mnie, trącając barkiem, gdy mnie wymijał. – Oby Mrok miał cię w opiece, jeśli również zostanę ukarany. Będziesz się spowiadać w samochodzie. Mamy do niego z trzy kilometry, więc postaraj się iść szybko. I na przyszłość, o ile ona nastanie, ściągaj mnie w miejsca, do których da się dojechać.
Stłumiłam w sobie chęć uderzenia go w szczękę, by zatracił ten swój arogancki ton. Zaczęłam myśleć nad tym, co czeka mnie w domu...

*

– Myślałam, że nie żyjesz! – Izela nie chciała mnie puścić. Tuliła mnie, jakby to było coś normalnego. Jakby tęskniła, martwiła się... Bo pewnie tak było. To w jej stylu.
– Właściwie to nie wiem, czy żyję. – Spojrzałam na nią, mówiąc do niej powolnym, wyważonym tonem.
– Zdecydowanie żyjesz, Weiro. Uwierz mi, że żyjesz. Ale nie wiem, co będzie, gdy spotka cię Reala.

*

Szłam korytarzem, z każdym krokiem coraz wolniej. Wiedziałam, że konsekwencje mnie nie ominą. Nie było w tym nic dziwnego. Nie to odwlekałam.
Pomimo intensywnych wydarzeń ostatnich dni nadal gdzieś mnie kłuło, że powiedziała o mnie, iż nie mam duszy. Sama przed sobą musiałam przyznać, że to nic poważnego w skali niepamiętania całego dnia z życia czy uniknięcia śmierci, i to dwukrotnie, w dodatku poza murami Akademii. Nawet najwolniejsze tempo musiało w końcu doprowadzić mnie do gabinetu mentorki.
Uniosłam dłoń i zastukałam w drzwi.
– Wejść – usłyszałam głos Reali.
Nacisnęłam klamkę i weszłam do pomieszczenia.
– Weiro.
Ton mentorki nie brzmiał zachęcająco. Suchy, zimny. To samo mówiła jej twarz.
– Mentorko... – Schyliłam głowę na znak szacunku.
– Spodziewałam się tego po każdym, jednak nie po tobie. Wiedzieliśmy, że Izela i jej znajomi wychodzą na zewnątrz. Zresztą to nie pierwszy raz.
Te słowa mnie zdziwiły. Wyjścia nie były tajne. Jak to możliwe, że zgadzali się na takie precedensy? Spojrzałam na nią uważnie, przechylając głowę.
– Nie dziw się, wiemy o wszystkim. Pozwalamy wam na wyjście na zewnątrz, byście nauczyli się, jak to jest z ludźmi. – Westchnęła. – Oficjalnie takie coś nie może mieć miejsca. Nie jesteście przygotowywani. 
– Kolce panoszą się w Raweni – powiedziałam, gdy tylko na chwilkę zamilkła.
– Wiem, Weiro. Powiedz mi, co stało się na zewnątrz, że zniknęłaś.
Milczałam, wbijając wzrok w podłogę. Nie istniał żaden powód, by nie powiedzieć prawdy Reali. Skoro wyjście Izeli i Brena było zauważone, a co najważniejsze – akceptowane, mogłam zaszkodzić jedynie Samelowi, którym nie przejmowałam się wcale mimo jego pogróżek.
Jednak nie chciałam mówić Reali, co się stało.
– Piłam gorzki, musujący płyn, potem zasnęłam i źle się czułam – powiedziałam w końcu. Kłamstwo było marne, jednak nigdy dotąd nie kłamałam. Miałam nadzieję, że moje tłumaczenie zostanie przez nią zaakceptowane.
– Gorzki, musujący napój. – Mentorka powtórzyła, patrząc na mnie badawczo. – Wiedziałam, że wychodzicie, jednak nie spodziewałam się, że spożywacie alkohol. To może zachwiać wasze zdolności. Porozmawiam o tym z Profesorem De. – Na jej czole pojawiły się bruzdy. – Jesteś ostatnią osobą, po której bym się tego spodziewała. Idź spać. Chcę cię widzieć na treningu z samego rana. Popołudnia będziesz spędzać w zbrojowni. Ktoś musi naprawiać broń.

Opuściłam pokój Raeli z uczuciem ciężkości w żołądku. Z jednej strony spodziewałam się kary, która będzie straszna, a czyszczenie i naprawianie broni było czymś przyjemnym w moim odczuciu. Z drugiej strony... To dziwne, gdy nie mówi się prawdy. Najpierw skłamałam, podając moje imię, teraz odnośnie wydarzeń poza Akademią... Nigdy dotąd nie rozumiałam, po co nie mówić o tym, co miało miejsce. Przecież to najprostsza metoda przekazania informacji, nie wdzierają się wtedy w nią szumy. 
Nagle doznałam poczucia triumfu. Czy bezduszna osoba może nakładać prawdę?
Zaczęłam biec do pokoju, odczuwać pracę mięśni i ból ran jak nigdy dotąd. Jakbym zaczęła żyć... Jakby ciągle czegoś w moim życiu brakowało. Mroczna energia we mnie buzowała, a ja... mogłam wszystko. Tak mi się przynajmniej w tamtej chwili wydawało.
Wbiegając do pokoju, zamknęłam zamaszyście drzwi, co spowodowało ich trzaśnięcie. Izela siedząca na moim łóżku podskoczyła, patrząc na mnie szeroko otwartymi oczami. Jej białka były zaróżowione.
– Weiro? Co się stało? – zapytała, zrywając się na równe nogi i posyłając mi wyczekujące spojrzenie.
– Mam zająć się bronią. – Wzruszyłam ramionami, po czym poszłam do łazienki, a konkretnie do lusterka i zaczęłam analizować mój wygląd. Byłam sobą. Weirą. Taką, jaką widziałam od zawsze. Czy coś się we mnie zmieniło?
Sięgnęłam do spinki, która utrzymywała moje włosy. Opadły mi one na plecy, kończąc się już za linią pośladków. Przeczesałam włosy palcami. 
Moje oczy... były inne. Tlił się w nich jakby maleńki ognik. W pierwszej chwili wystraszyłam się, uznając to za zainfekowanie Światłem, jednak niejednokrotnie widywałam takie ogniki w oczach Izeli. 
Spojrzałam na siebie inaczej niż dotąd. Jak na istotę, która może żyć w społeczności, może mieć przyjaciół, a może i nawet się zakochać. Równą Izeli, Brenowi, Reali. Niewiele się od nich różniłam. Miałam oczy, nos, usta, włosy, ręce, nogi, korpus, uszy... Byłam jak oni.
Wyczułam obecność współlokatorki w progu drzwi do łazienki. Odwróciłam się do niej i lekko uśmiechnęłam, gdy wpatrywała się we mnie badawczo.
– Miałaś rację, Izelo. Żyję i chyba nigdy wcześniej nie byłam równie żywa – powiedziałam.
– Co tam się stało, Weiro?

Izela przekazała Brenowi informację, że zostaje dziś na cały dzień ze mną w pokoju. Kazała mu wytłumaczyć swojemu mentorowi, że źle się czuje. Wiedziała, że może na niego liczyć.
Usiadłyśmy na wykładzinie, pomiędzy naszymi łóżkami. Podwinęłam nogi.
– Masz mi wszystko opowiedzieć. – Izela wydawała się niepewna w stosunku do mnie.
Bawiąc się końcówkami włosów, zaczęłam opowiadać. Zdałam jej raport.
– Dotarłam do Akademii razem z Samelem. On został i na mnie czekał. Mimo drobnych problemów spowodowanych słońcem udało mi się dotrzeć do ich siedzib. Znalazłam tam pokój Hitcha. On w nim był i zatrzymał mnie, odradzając zabicie Mizara. Mizar przyszedł. Zaprosił mnie na dach i chciałam tam go zabić. Pamiętał mnie. Wytrącił mi broń, po czym mnie dusił. Straciłam przytomność, ocknęłam się w lesie... Po znacznie dłuższym czasie, niż sądziłam. Całkiem sama. Nic mi nie zginęło, stan fizyczny uważam za zadowalający. Wróciłam do domu. Zawiodłam.
Izela przechyliła głowę.
– Nie wmówisz mi, że zawalenie misji wywołało u ciebie tę... – Szukała odpowiedniego słowa. – ...iskrę. 
Ponownie się do niej uśmiechnęłam. Z każdym kolejnym wyszczerzem mięśnie działały chętniej i stawał się on szerszy. Ponadto ciężko było ten grymas opanować – sam się wciskał na usta.
– Okłamałam Realę. - Zagryzłam wargi, tłumiąc radosne wykrzywienie ust. – I jest mi z tym dobrze. Czuję się taka silna, Izelo! – Mój głos zabrzmiał zaskakująco głośno. – Pokonałabym teraz nawet Wilka. Muszę tam wrócić i skończyć, co zaczęłam.
Energia we mnie buzowała. Zobaczyłam, że z mojego ciała zaczyna wydobywać się cień. Z całego ciała, nie tylko z dłoni.
– Co ty robisz?! – Izela była zaniepokojona, powoli zaczęła się ode mnie odsuwać.
– Nie kontroluję tego, samo się dzieje. – Obserwowałam, jak moje włosy się unoszą, przeplatają ze smugami cienia. Jakby były żywe.
– Spróbuj przestać!
Nie wiedziałam jak. Moja moc... była cudowna. Czułam energię Mroku niemal jako ból. Musiałam znaleźć dla niej upust. 
Skoncentrowałam się na lewej dłoni. Zaczęła się na niej tworzyć kula ciemności, wszystkie wiązki cienia dołączały do niej niczym węże. Starając się opanować niesforne nitki Mroku, powoli podniosłam się z podłogi i podeszłam do okna. Gdy chciałam je otworzyć, uprzedziły mnie mroczne kłącza. Cisnęłam nimi przez otwarte okno. W zetknięciu z ostrym, przedpołudniowym słońcem zaczęły syczeć i znikać. Izela obserwowała wydarzenie zza moich pleców.
– Co to było? – zapytała drżącym głosem. – CO TO BYŁO? – powtórzyła, tym razem już krzycząc.
– Nie wiem. Ale pochodziło ze mnie. – Odwróciłam się do niej, położyłam dłonie na niej ramionach i wyszeptałam: – Nie mów o tym na razie nikomu. Nauczę się to wykorzystywać.
Teraz to ja czułam się starszą osobą. Izela sprawiała wrażenie małej dziewczynki.

Wieczorem po kolacji wyszłyśmy do zagajnika, w którym zawsze ćwiczyliśmy walkę w warunkach o ograniczonej przestrzeni. O tej porze zwykle nikt tam nie ćwiczył – zajmowaliśmy się wtedy czytaniem książek lub grami. Upewniłam się, że na pewno nikogo nie ma.
– Powinnam spróbować to wykorzystać – powiedziałam do Izeli.
– Jak to robisz?
– Próbuję to ustalić, Iz. – Po raz pierwszy zwróciłam się do niej zdrobnieniem. Aż zabawne, że ją to zdziwiło. W skali dziwności dzisiejszego dnia to nie zasługiwało nawet na uwagę.
Wyciągnęłam przed siebie ręce. Skupiłam się na nich, przesłałam całą energię Mroku w śródręcze. Aż zamrowiły. Wokół dłoni zaczęła kotłować się ciemność. Wypływała z najciemniejszych miejsc, oplątywała moje palce. Stała się materialna.
– Możesz... nią czegoś dotknąć?
Słysząc głos współlokatorki, niepewnie pokiwałam głową. Miałam już spróbować złapać nią liść, gdy wpadłam na inny pomysł.
Wyobraziłam sobie miecz na kształt mieczy Kolców.
Cienie zaczęły się ze sobą przeplatać, po chwili powstał z nich nieco zdeformowany kształt ostrza. Nie można było nim nic przeciąć, jednak miałby szansę na stanie się równym z mieczami Kolców. Czy powstrzymałby uderzenie Miza?
– Izelo... – Przysunęłam do niej miecz. Dziewczyna niepewnie wyciągnęła po niego rękę.
– Jest taki chłodny – powiedziała, gdy jej palce dotknęły ostrza. – Nigdy o czymś takim nie słyszałam. Nie czytałam. Nie wiedziałam, że się da...
Ujęła rękojeść. Cienie lekko zadrżały, jednak ogólna forma miecza została utrzymana.
Patrzyłyśmy na broń. Broń, która wydawała się dla nas stworzona, gdyż w istocie mogła być tworzona przez nas. Skoro ja to potrafiłam, Izela też powinna móc, zwłaszcza że umiała utrzymać miecz.
– Dlaczego nigdy nie walczyliśmy mieczami? – zapytałam ją, wpatrując się w cienie, które zaczęły powoli uwalniać się z niewoli.
– Nie mam pojęcia. Musimy poszperać na ten temat.
Wpatrywała się w ostrze intensywnie, a miecz zaprzestał rozpływania się w powietrzu. Gdy oplotła go kolejna wiązka cienia, dziewczyna wypuściła broń z ręki. Bezszelestnie rozpłynęła się, nim dotknęła ziemi.
– Mam wrażenie, że nie o wszystkim nam mówią.
– Nie było o czym mówić, nim się tobą zaopiekowałam, Córeczko – rozległ się za nami obcy, zachrypnięty głos.

2 komentarze:

  1. Cześć i czołem!
    Od jakiegoś czasu krąży plotka, że blogosfera umiera śmiercią naturalną. Coraz większa ilość autorów zaczyna pisać do szuflady bądź przenosi swoje wypociny na Wattpada. Cieszymy się, że wciąż jesteś z nami i zapraszamy cię do poznania opinii o swojej pracy.
    Pozdrawiamy cieplutko,
    Ekipa ocenialni http://wspolnymi-silami.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Dużo się działo w tym rozdziale :) Weira niestety zawiodła... Ale odkryła w sobie zupełnie nową moc. Do tego nauczyła się kłamać, nieźle. Ciekawa jestem co się działo kiedy znalazła się na tej polanie.
    Mizar jest okropny, niech Weira wreszcie się go pozbędzie. I niech zrobi to szybko , zanim to on pozbędzie się jej jako pierwszy.
    Czekam na kolejny rozdział. Pozdrawiam i weny życzę :)

    p.s.
    Dostosowałam wygląd mobilny na Królestwie, teraz powinno czytać się dobrze :D

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonała prudence.