środa, 9 sierpnia 2017

XVII - Kocie ścieżki

Ten rozdział nie należy do moich ulubionych. Jest za długi, zbyt mało się w nim dzieje, ogólnie nie jestem z niego zadowolona. Za to obiecuję, że kolejny wróci do dawnej konwencji! Czasami po prostu trzeba coś przegadać, by otworzyć sobie furtki... 
__________

Trening przebiegał jak zawsze – intensywnie fizyczny, z naciskiem na kreatywność w walce. Męczyłam uczniów do nieprzytomności, gdyż zauważyłam, że to daje najlepsze efekty, ponadto wiedziałam to z doświadczenia. Reala była dla mnie zbyt miękka, tylko moja dyscyplina wywindowała mnie na przeskoczenie roku. Gdybym miała więcej szczęścia i pod swoje skrzydła wziąłby mnie Profesor De, miałabym szansę uzyskać poziom Samela. Dziś to już bez znaczenia, zbyt wiele się zmieniło.
– Jest trochę lepiej – powiedziałam, kiedy zakończyłam trening – choć to dalej za mało.
Kasek uśmiechnął się pod nosem, patrząc na mnie zaczepnie. Wiedział, że jest moim pupilkiem, jedynym, z którym wiązałam jakiekolwiek większe nadzieje. Robił ogromne postępy w przyjemnie krótkim czasie. Liczył na pochwałę i postawienie za wzór, jednak to nie od niego zależało. W moim odczuciu wywyższanie kogoś czy pochwały nie były wskazane: osoba chwalona popadała w samozachwyt, a jej motywacja by się wybić ponad przeciętną opadała.
Adepci ruszyli ociężale w kierunku budynków mieszkalnych, ale Kasek został.
– Nie idziesz? – Przechyliłam głowę, obserwując go.
– Nie. – Odpowiedź była taka jak lubiłam, zwięzła, na temat.
– Zatem czego potrzebujesz?
Chłopak otworzył usta, by po chwili je zamknąć. Krótką chwilę milczał zapewne bijąc się z myślami.
– Chciałbym... – Przymrużył oczy. – Indywidualne treningi.
Stłumiłam chęć radosnego westchnięcia. Miałam nadzieję, że nie zaprzepaści swojego talentu, będzie rozwijał go intensywniej, pracował ciężej, jak niegdyś ja. Dodatkowym plusem było zostanie prawdziwą mentorką, mogącą chwalić się swoim wybitnym uczniem. Nie wiedziałam tylko jeszcze komu mam się tym chwalić.
– Hm – udałam zastanowienie – to wiązałoby się z poświęceniem ci większej ilości czasu... Nie wiem, czy już kwalifikujesz się do indywidualnego toku nauczania...
– Jeśli nie masz czasu, mogę zapytać o to Samela.
Przez moje ciało przeszedł nieprzyjemny prąd, a następnie zalała mnie fala gorących emocji: wściekłości, upokorzenia, tęsknoty...
– Samela? – powiedziałam, nim się opanowałam. Wokół mnie zaczęła narastać chmura cieni, a ja nie przejmowałam się nią całkowicie.
– Tylko... Jeśli nie masz czasu – w głosie pobrzmiewał niepokój. – Naturalnie, pytam najpierw Wielką Weirę, bo jesteś moim pierwszym wyborem...
Wzburzenie zaczęło powoli opadać, choć nadal miałam mu za złe wspomnienie Samela. Uwolniłam cienie, ciągle kipiąc wewnętrznie.
– Muszę to przemyśleć. Przegadać. Jutro się dowiesz. – Nie czekałam na jego odpowiedź. Zaklinałam jedynie w duchu los, by nie poszedł ze swoją prośbą do najważniejszego dla mnie Cienia. Opuściłam salę, pozostawiając Kaska samego ze sobą.

Tego dnia nie skierowałam się do razu do Izeli, by zdała mi raport odnośnie sytuacji, ale wybrałam się do Brena, który zwykle wiedział wszystko. Weszłam do jego gabinetu, decydując się jedynie na krótkie zapukanie i nieoczekiwanie na zaproszenie.
– O, co cię do mnie sprowadza? – zainteresował się, wychylając nos zza Księgi Światła, jak nazwaliśmy „Kroniki Jasności”. Wyglądał na... samotnego. Między palcami obracał coś czerwonego.
– Ty zawsze wszystko wiesz – podeszłam do biurka, po czym wsparłam dłonie na blacie.
– Bardzo mi miło, że tak uważasz – uśmiechnął się, jednak oczy nadal miał smutne.
– Nie wiesz, co z Profesorem De?
Bren uniósł zdziwiony brwi, zaciskając tajemniczy przedmiot w dłoni.
– Z De? A czego ty od niego chcesz?
– Potrzebuję z nim porozmawiać. Po prostu.
– Samel zajął się powracającymi mentorami...
Mogłam się tego domyślić. W końcu sama odesłałam do niego De. Dlaczego zawsze najbardziej potrzebne okazują się osoby, o których istnieniu próbujemy zapomnieć?
– Czyli muszę do niego iść – przełknęłam gorzką pigułkę.
Burknęłam podziękowanie, ruszając w stronę wyjścia.
– Są w najsamotniejszym miejscu w Domu – powiedział cicho.
Zatrzymałam się i spojrzałam na niego pytająco.
– Są tajemnice, których nie mogę zdradzać, więc nie mogę bardziej pomóc – uśmiechnął się do mnie, tym razem z iskrą w oku. – Na szczęście, łap! – Rzucił do mnie czerwony przedmiot. Chwyciłam w dłonie szklaną kuleczkę. Odpowiedziałam Brenowi uniesieniem kącików ust.
Ruszyłam do podziemi, na poszukiwanie Samotni, kierując się do najbliższego z ukrytych wejść znakami na podłodze. Kiedy zatrzymałam się przed ścianą, w której to znikał szlak, nabrałam głębiej powietrza w płuca. Czy dobrze robię, decydując się na rozmowę z De? Myśli toczyły ze sobą walkę. Mimo, iż Profesor pozostawał w niewoli, dalej był dorosłym niebezpiecznym Cieniem, stawianym za wzór bohatera. Odczuwałam niepewność, gdyż reakcja De mogła być różna. Warto jednak spróbować.
Otworzyłam drzwi, które teraz nie były już tak ukrywane. Skoro swobodnie mogliśmy wychodzić, jaki sens miało ukrywanie ich? Pchnęłam drewno, mrużąc lekko oczy, gdy do uszu dotarł nieprzyjemny odgłos skrzypnięcia. Krokiem, wyrażającym znacznie więcej pewności siebie, niż sama miałam w sercu, wsunęłam się w ciemny korytarz, by w plątaninie tuneli odszukać więzienie. Zdołałam pokonać zaledwie kilka metrów, kiedy ciężkie drzwi zatrzasnęły się za mną, odcinając ostatecznie dopływ światła. Oczy lada chwila przyzwyczają się do ciemności. W końcu jestem Cieniem.
Ruszyłam dalej, tymczasowo obierając trasę dotykiem dłoni na wilgotnych ścianach. Chyba porastał je mech, gdyż miejscami były miększe, o delikatniejszej fakturze. Wsłuchiwałam się w dźwięki, jakie dostarczał uszom korytarz: krople wody z rzadka uderzające o podłogę, echo moich własnych kroków, rozchodzące się w ciemności.... Wzrok oswajał się z brakiem światła, zaczęłam widzieć – co prawda niewyraźnie – ściany, zakręty, rozgałęzienia. Stanęłam na środku skrzyżowania. W którą stronę powinnam iść? Możliwości były aż trzy. W myślach przywołałam ogólny plan Domu. Skoro podziemia są już pod nim, a do Samotni odsyłano nieposłuszne Cienie, więzienie nie mogło znajdować się daleko od domu. Weszłam tu drzwiami we wschodnim skrzydle, zatem nie ma najmniejszego sensu skręcać w prawo. Ta droga prowadzi zapewne poza interesujący mnie teren. Korytarz na wprost lub ten w lewo: obydwa mogły prowadzić do szukanego miejsca. Nie miałam aż tyle czasu, by wybrać zły kierunek. Rozsądniej było na chłodno przeanalizować, co wiem i z pewnym stopniem pewności obrać kierunek.
Samotnia znajdowała się głęboko. Tak głęboko, że nie dochodziły do niej dźwięki z góry. Wsłuchałam się w ciszę. Nadal słychać było oznaki życia. Trzeba zejść niżej.
Bezmyślnie obracałam w palcach kuleczkę tak, jak wcześniej robił to Bren, spoglądając to w lewo, to na wprost. W pewnym momencie wymknęła mi się z dłoni, spadając na kamienną podłogę. Hałas jaki przy tym powstał niemal mnie ogłuszył, dodatkowo pobudził serce do aktywniejszego działania. W tej chyli nie było mowy, żebym przeszła niezauważona... jeśli tylko ktoś inny również znajduje się w tych tunelach. Schyliłam się po kulkę niemal natychmiast, jednak powstrzymałam się przed podniesieniem jej. Czerwony przedmiot zwrócił moją uwagę na coś innego – na posadzce znajdowały się wyryte małe symbole. Napisy. Pochyliłam się, zapominając o nadal turlającej się kulce, zmierzającej niespiesznie „lewym” korytarzem. Korytarzem opisanym jako „Samotnia”. Nie umiałam powstrzymać uśmiechu, to było tak proste! Mentorzy – pewni swej pozycji i autorytetu, postanowili podpisać podłogi w sekretnych tunelach. Co najzabawniejsze, gdyby nie kuleczka, nie zauważyłabym drogowskazów. Przechodząc koło czerwonego przedmiotu podniosłam go, przerywając jego nieśpieszną samotną wędrówkę po nierównej podłodze.
W myślach podziękowałam Brenowi.
Tunel schodził powoli w dół. To był dobry znak – zagłębiałam się w podziemia. Szłam tak minutę, może dwie, gdy po ścianach przebiegła smuga światła. Latarka.
– Kto tam jest? – Usłyszałam głos, którego nie udało mi się od razu zidentyfikować.
Przylgnęłam do kamiennego pionu, przywołując wiązki mroku, by mnie zasłoniły przed niepożądanym zauważeniem. Zamarłam. Teoretycznie nie robiłam nic złego: miałam status mentorki. Tylko nie wiem, co odpowiedziałabym na pytanie w jakim celu się tu znalazłam. Sama tego nie wiedziałam. Wiodła mnie intuicja.
Serce łomotało mi tak bardzo, że miałam wrażenie, iż powoduje sporą ilość hałasu.
– Halo! – Głos odezwał się ponownie. Tym razem rozpoznałam go. Nareb.
– Nikogo tu nie ma, spokojnie. Czemu miały być? – Tym razem od razu wpadłam na to, kim jest drugi osobnik. Izela. Dlaczego przyszła tu z Kolcem?
Kroki zbliżały się do mnie nieubłaganie. Powstrzymałam odruch oddychania, skupiając się na przyzwaniu jeszcze większej ilości cieni ze świadomością, że nic innego nie może już mnie ukryć przed „przyłapaniem”. W myślach już tworzyłam usprawiedliwienia, gdy nagle skręcili. Zadziwiająca akustyka: musieli znaleźć się na skrzyżowaniu, a ja to odczułam, jakby byli niemal za mną. Już miałam ruszyć dalej w swoją stronę, ale odwaga i zdecydowanie opuściły mnie. Najciszej, jak potrafiłam, rozpoczęłam wędrówkę w drogę powrotną. Innym razem udam się do Profesora. Gdy zrozumiem właściwie, dlaczego odczuwam tak silną potrzebę zobaczenia się z nim.

Wróciwszy do mieszkania zauważyłam kilka niepokojących rzeczy. Po pierwsze – zostawiłam drzwi zamknięte, a teraz były one otwarte. Po drugie – tuż pod nimi widniały ślady zaschniętego błota. Jakby ktoś otrzepał buty tuż przed wejściem do mieszkania. Zmarszczyłam czoło. Popchnęłam uchylone drzwi, ostrożnie zaglądając za nie. Miałam nadzieję, że nikt mnie nie zaatakuje z zaskoczenia. Choć tak właściwie... Chciałam, aby ktoś to zrobił. Potrzebowałam prawdziwej walki, by wyładować negatywne emocje. Rozczarowałam się, widząc wychodzącego z kuchni Hitcha.
– Jesteś – zauważył, jakby znajdowanie się w moim mieszkaniu było czymś naturalnym. Nawet teraz, gdy odzyskał swą ludzką postać. – Pogrzebałem z Parsą w zbiorach bibliotecznych. Chciałem na coś się przydać, wiesz, w tej całej kampanii zabezpieczającej przed powrotem Wielkiej Dwójki...
Uśmiechnęłam się lekko. Któż by się spodziewał, że z niego aż taka gaduła?
– To miło, Hitch – powiedziałam, przechylając głowę. – Znajdujesz dla siebie nowe miejsce? – Moje pytanie zdecydowanie nie zabrzmiało jak pytanie. Chłopak skinął głową.
– Tak. I szczerze: zdecydowanie wolę być statycznym „Przeszukiwaczem” książek niż beznadziejnym wojownikiem. W szperaniu po bibliotece mam szansę być naprawdę dobrym. – Nieokreślony grymas przebiegł przez jego twarz. – Ale nie po to tu jestem. Dogrzebaliśmy się do takiej wzmianki... – Sięgnął do kieszeni, wyjmując zapisaną ołówkiem kartkę. – Chciałem, żebyś to ty dowiedziała się pierwsza. Zanim... No wiesz, przekażemy to Narebowi. Ostatnio stał się jakiś dziwny.
Ruszyłam w stronę pokoju, a mijając Hitcha wyjęłam kartkę z jego dłoni. Podążył za mną i usiedliśmy na fotelach. Rozwinęłam papier, spoglądając na okrągłe literki, wyglądające niemal jak drukowane. Zerknęłam na Kota. Czyżby to było jego pismo? Przeczytałam notatkę. Traktowała o „Księdze Światła”, a konkretniej mapie w niej zawartej. Podobno prowadziła do dawnej Świątyni Jasności.
– Znam tę pozycję. Bren nad nią siedzi. Po co mamy szukać jakiejś zapomnianej budowli? – zapytałam, zerkając bez wyrazu na Hitcha.
– Otóż, nie znasz tej książki – powiedział powoli, badając moją reakcję.
– Znam. Korzystaliśmy z niej gdy ty... Cóż. Byłeś opętany – przypomniałam, oddając mu kartkę.
– Mamy „Kroniki Jasności”, a to zupełnie co innego.
Westchnęłam.
– No dobrze, a po co nam druga książka?
Na usta Hitcha wkradł się lekki, niemal niezauważalny uśmieszek.
– Gdyż, jeśli znajdziemy „Księgę”, będziemy mieć mapę. Gdy zaś zlokalizujemy Świątynię... Tam jest najlepszy punkt do zrobienia czegoś ze Światłem i Mrokiem.
Chwilę analizowałam jego słowa.
– Ale co ty chcesz właściwie z nimi zrobić? – zapytałam.
– Cóż. Świątynie to miejsca skupienia mocy, czyż nie?
Przytaknęłam.
– Uważamy, że może przydać się – urwał, szukając odpowiedniego słowa. – Taki magazyn energii. – Wbił we mnie spojrzenie jasnych oczu. Czekał na moją reakcję, wydając się podekscytowany odkryciem.
– Idźcie z tym do Nareba. Niech razem z Izelą uznają, co powinniśmy z tym zrobić – odpowiedziałam, po dłuższej chwili.
Chłopak podniósł się z fotela, kierując do drzwi. Wstałam, kierując się za nim. Zatrzymał się w progu drzwi i zawahał chwilę. Chciał mi coś powiedzieć, wyczuwałam to. Musiał się bić z myślami, sądząc po czasie milczenia. Uniosłam brew.
– Weiro, tak sobie myślałem... Wiem, że to z Samelem skończyło się niedawno, ale... – urwał.
– Ale..? – zachęciłam go.
– Czy nie chciałabyś spędzić czasu tak tylko we dwójkę? Mam wrażenie, że coś... – przełknął ślinę. Na policzki zapewne wpłynąłby mu rumieniec, gdyby nie był Hitchem.
– Mówisz o tym porozumieniu, jakie między nami się narodziło przy fontannie? – oparłam się bokiem o ścianę.
– Tak. – Odetchnął.
– Hitch, nie trzeba się umawiać z kimś, kogo widziało się pod prysznicem. – posłałam mu lekki uśmiech. – Jeśli kiedykolwiek poczujesz potrzebę spędzania ze mną czasu, po prostu do mnie przyjdź. Nie trzeba niczego udziwniać, jak by to określiła Izela: konwenansami. To, co dzieje się dookoła jest wystarczająco dziwne.
– Racja. – Uśmiechnął się, wychodząc na zewnątrz. – Do zobaczenia, Weiro.
Izela i Nareb musieli dość szybko opuścić tunele pod Domem, gdyż nie minęło zbyt dużo czasu, gdy czyjaś pięść załomotała do drzwi mojego pokoju. Zdążyłam zaledwie wziąć prysznic i przebić pęcherze od miecza, które podeszły limfą podczas prowadzenia zajęć z grupą, kiedy uporczywe stukanie zmusiło mnie do otworzenia drzwi. Nacisnęła klamkę, spodziewając się zobaczyć tam blondynkę, z którą to mieszkałam latami w jednym pokoju. Instynkt mnie nie zawiódł.
– Weiro, jak bardzo lubisz być mentorką? – zapytała, mijając mnie w progu i wchodząc do mieszkania. Rozejrzała się dookoła i ostatecznie na miejsc rozmowy wybrała kuchnię. Usiadła przy stole, wyciągając spod pachy teczkę, której dotąd nie zauważyłam.
Przyjemnie zaskoczyło mnie to, że nie zaczęła od swoich zwyczajowych długich wstępów a od razu przeszła do konkretów.
– Bywały w moim życiu lepsze rzeczy, ale nawet podoba mi się nowe zajęcie. – Wzruszyłam ramionami.
– Fenomenalnie! – Klasnęła. – Chciałam załatwić to sama, tylko wiesz: stałam się teraz samozwańczym przywódcą i nie mogę ot tak zostawić tu wszystkiego samego. – Zamachała dłońmi, wskazując na ogrom odpowiedzialności, jaki na niej spoczął. – Pomyślałam, że byłoby idealnie, gdybyś wraz z innymi ruszyła na poszukiwanie tej książki, co to ją Parsa z Hitchem odkryli. Ustalili już, że niemal na pewno nie ma jej w zasobach Akademii, więc trzeba szukać jakiejś starszej siedziby Kolców. W tym pomoże już „Kronika”. Jest w niej wzmianka, że co ważniejsze woluminy nie zostały przeniesione do nowego miejsca.
– Czyli zostawili je w zapomnianym miejscu? – przewróciłam oczami. – Genialne.
– Chciałam zauważyć, że niby ma istnieć analogiczna książka u nas, a my nawet nie mamy o niej wzmianki, więc nie krytykuj Dzieci Światła.
– Dobrze. – Uniosłam ręce w poddańczym geście.
– Przyniosłam ci do wglądu informacje. – Rozpoczęła rozkładanie na stole papierów. – Chciałabym, byś najlepiej teraz się z nimi zapoznała. Reszta zgodziła się ruszyć na poszukiwania.
– Zdefiniuj resztę.
– Parsa, Ayla, Samel i Umef. – Wyliczyła Izela.
– No to sobie doskonale dadzą radę! – powiedziałam ze sztucznym entuzjazmem. – Nie jestem tam potrzebna, wolę poświęcić czas na prywatne lekcje dla Kaska.
– Weiro – ton blondynki zmienił się na cieplejszy. Taki, jakim kiedyś zwracała się do mnie zawsze: pobrzmiewała w nim troska. – Co się stało między tobą a Samelem?
– Długo by opowiadać. Wskoczyłam chwilowo na miejsce Ayli, tyle.
Izela przyglądała mi się uważnie, próbując odgadnąć jakie emocje mi towarzyszą. Jednak ja skutecznie je ukrywałam.
– Nie rozumiem, dlaczego tak nagle wszystko się rozpadło – powiedziała w końcu.
– A ja nie rozumiem, dlaczego spędzasz tyle czasu z Narebem. Już dawno nie widziałam cię z Brenem. – Oparłam dłonie o blat stołu, pochylając się nad Izelą. Z niewyjaśnionego powodu odczuwałam potrzebę zrobienia jej przykrości, a zarzucenie jej zaniedbywanie chłopaka wydawało mi się do tego odpowiednie.
– Nikt tego nie rozumie – szepnęła, unikając skrzyżowania spojrzeń. Szybko zaczęła zbierać papiery i upychać je w teczkę. Poderwała się z krzesła, kierując do drzwi.
– Nie wybieram się w teren, mogę przyjąć obowiązki tu,w Domu – rzuciłam do niej na odchodnym, chcąc zakończyć wszelkie wątki naszej zdecydowanie nie uroczej pogawędki.
– Zapamiętam. Postaraj się ogarnąć, Weiro. Stałaś się wroga, a my swoich wrogów już mamy i nie chcemy, by ich przybywało. – zatrzasnęła za sobą drzwi, pozostawiając mnie w pustym mieszkaniu.
Objęłam się rękami uświadamiając sobie, że udało mi się osiągnąć najwyższy z możliwych poziomów samotności.

– Co mam ze sobą zabrać? – Ayla rzucała się w panice po swoim pokoju, wpychając do torebki niezliczoną ilość niekiedy wręcz absurdalnych przedmiotów. – Samel, poradź! – Rzuciła koszulką w półleżącego na łóżku w jej pokoju chłopaka. Wyrwał się z zamyślenia.
– Broń. Weź broń. I żywność – poradził, przecierając twarz dłońmi. Sam nie rozumiał, dlaczego zgodził się na towarzyszenie Ayli. Z drugiej jednak strony misja odnalezienia „Księgi” była dobrym pretekstem, by utrzeć nosa Weirze. Pozwoli rudowłosej nieco się pokleić. Niech mała brunetka wie, co poczuł, widząc Hitcha w jej mieszkaniu. Oko za oko.
– Ale nie wiem, czy mam brać więcej niż trzy pary skarpetek – poskarżyła się, robiąc nadąsaną minę. – Wiesz, że nigdy nie brałam w takim czymś udziału. Powinieneś być bardziej pomocny!
„Jak ja z nią wytrzymywałem?” przemknęło chłopakowi przez myśl.
– Weź ile chcesz, pamiętaj, że musisz wszystko nosić ciągle ze sobą, więc ogranicz ilość zbędnych rzeczy. – Podparł się na łokciu.
– Dziękuję. – Uśmiechnęła się Ayla, rzucając na łóżko obok Cienia. Przysunęła do niego twarz, uśmiechając się. – W końcu mamy czas pobyć troszkę czasu razem... – wymruczała, przejeżdżając palcem po nosie chłopaka.
Naśladując jej ton, Samel przejechał dłonią po owalu jej twarzy.
– O, tak. Razem z Parsą i Umefem...
– Wszystko psujesz! – Ayla zerwała się na równe nogi, stając nad chłopakiem i podpierając się pod boki.
– Jeszcze tupnij dla efektu – zasugerował Cień, czemu towarzyszył śmiech.
Rudowłosa zmrużyła oczy. Samel żartował z nią. To dobry znak. Chyba zaczęła do odzyskiwać. Powstrzymała tryumfalny uśmiech.
– Jakiż to cięty język! – Przeczesała powoli dłonią swoje włosy.
– Jak zawsze. – Chłopak wzruszył ramionami, nagle tracąc zainteresowanie dziewczyną.
– Tak łatwo mi się nie wywiniesz! – Usiadła ponownie na łóżku. – Za dogadywanie mi należy ci się kara...
Samel rzucił w jej stronę pytające spojrzenie.
– Żądam w ramach zadośćuczynienia zabrania mnie nad wodę. Chcę popływać – zadecydowała.
– Dobrze, tylko szybko się spakuj. Jutro już nie będzie czasu na takie bzdury.
„Bzdurą to jest ta twoja chwilowa fascynacja tym dziwadłem” – pomyślała Ayla, zdumiewająco szybko kończąc pakowanie. Jednak podjęcie decyzji nie było aż tak trudne.
Odstawiwszy spakowany plecak oznajmiła chłopakowi swą gotowość do wyruszenia.

Uczucie osamotnienia nie towarzyszyło mi szczególnie długo. Musiałam przejść w tryb aktywności, toteż postanowiłam poinformować Kaska, iż ma być gotowy na treningi indywidualne już z samego rana. Opuściłam mieszkanie, nie zadając sobie nawet trudu, by zmykać drzwi. Skoro Kotu to nie przeszkadzało, to zapewne nikt nie miał problemu z naruszaniem mojej przestrzeni. Nie miałam niczego do ukrycia.
Zbliżałam się już do Domu, gdy zauważyłam Hitcha. Stał przy Parsie, który zaciągał się papierosem z taką lubością, jakby zaznawał najlepszej przyjemności na świecie. Zboczyłam z obranej ścieżki, chcąc się z nimi przywitać.
– O, kogóż to widzę! – Lew ruszył w moją stronę, by przywitać mnie kumpelskim klepnięciem w ramię. – Dokąd to się wybierasz?
Wskazałam palcem budynek Domu. Parsa wyglądał normalnie – już nie miał problemów z opanowaniem przemiany w zwierzę, co znaczyło, że Kolce wróciły do dawnej siły. Zapewne to samo spotkało dawnych mentorów.
– A musisz? Dawno nigdzie nie wyskakiwaliśmy. Myślałem o jakimś piwku, czy coś... – Lew spojrzał na mnie pytająco. – Tęsknię za wolnością.
– Domyślam się. – pokiwałam głową. – Mogę iść.
– Jesteśmy – zagrzmiał za mną głos Umefa. Kiedy odwróciłam się, zauważyłam, że jest z nim Nareb, Bren i Izela. Blondynka uśmiechała się niezręcznie, gdy chłopak obejmował ją ramieniem. Orzeł wydawał się lekko rozdrażniony, natomiast Niedźwiedź jako jedyny z przybyłych emanował dobrym nastrojem.
– Jak mi się piwa chce! – zawołał, wymijając nas. Zmierzał w stronę Raweni, a my podążyliśmy za nim.
– Masz chyba tyci problem z procentami, Misiu. – Parsa przydepnął niedopałek nogą, komentując wypowiedź Umefa.
– Cierpię na zniszczenie światopoglądu – burknął Niedźwiedź. – Miałem nadzieję na fajne babeczki dzięki tej przyjaźni z Cieniami i co? Niby ładne, ale nadal całkowicie niedostępne.
– Nic dziwnego, skoro mówisz o nich „babeczki”! – Zaśmiała się Izela, naśladując ton Umefa.
– Taa... A ja sądzę, że chodzi o uprzedzenia rasowe. Podobają wam się Cienie i nic na to nie poradzimy. – Rozłożył ręce w geście bezradności.
– Wcale tak nie jest! – zaprotestowała Izela.
– Powiedziało dziewczę, co chodzi z Cieniem. – Parsa przewrócił oczami. – Wiesz, Miśku, gdybym pomieszkał nieco w Domu, na pewno wiele dziewcząt by dla mnie straciło głowę. Wiesz, ten mój urok! – odrzucił włosy.
Przestałam śledzić tok tej rozmowy. Nie interesowały mnie tego typu tematy. Zwolniłam nieco, by zyskać dystans z towarzyszami. Hitch poszedł w moje ślady.
– Coś się dzieje? – zapytał.
– Nie, wszystko w porządku. Ekipa poszukiwawcza wyrusza w teren. Gratuluję, znalazłeś coś interesującego. – Spojrzałam na Kota.
– Nie doceniłaś mnie. – Szturchnął mnie lekko w ramię.
– I to powód, żebyś mnie bił? – przechyliłam lekko głowę.
Hitch się zaniepokoił.
– Nie chciałem cię krzywdzić...
Roześmiałam się.
– Żartowałam, spokojnie!
Chwilę milczeliśmy, jednak nie była to uciążliwa cisza. Odnosiłam wrażenie, jakby pomiędzy mną a Kotem odnawiała się ta subtelna więź, która łączyła nas na samym początku znajomości. Nasza rozmowa nie należała do najambitniejszych, to fakt. Miała za to inna cudowną cechę: była naturalna.

Już w połowie drogi zorientowaliśmy się z Hitchem, że nie dotrzemy do Raweni. Nasz krok był coraz wolniejszy, znajomi znajdowali się coraz dalej, a my nie spieszyliśmy się. Ostatecznie położyliśmy się w trawie.
– Lubię gwiazdy – stwierdził Hitch, opierając głowę na ramionach.
– Dlaczego? – Wpatrywałam się w jasne punkty na ciemnym niebie.
– Są taką stałą. Ludzie umierają, przyjaźnie się kończą, romanse rozpadają... A gwiazdy są. Może nie zawsze w tym samym miejscu...
– …. ale zawsze możliwe do odnalezienia – dokończyłam za niego. – Hitch... Jak to jest być kotem? – zapytałam nagle.
Cisza poinformowała mnie, że zastanawia się nad odpowiedzią.
– Nie umiem tego określić... – odezwał się w końcu. – Transformacja lekko boli, ale to ból do zniesienia. Coś jak zakwasy po zbyt wyczerpującym treningu. A potem jest się... no, kotem.
– Teraz wiem już wszystko! – Roześmiałam się i wyciągnęłam ręce ponad głowę, rozkładając się w przyjemnie chłodnej trawie.
– Nie da się odpowiedzieć na to pytanie – upierał się.
– Na każde pytanie da się odpowiedzieć.
– A jak to jest być Cieniem? – Uniósł się do pozycji siedzącej. Ciężar ciała oparł na lewej ręce, górując nade mną.
Skierowałam na niego wzrok.
– Mrocznie. – Przygryzłam wargę, szukając uzupełnienia odpowiedzi. – Trochę jak nosić w sobie noc.
– Noc jest chłodna i nieprzenikniona. Łatwiej się ukryć w ciemnościach. – Hitch pokiwał głową, na znak, że zrozumiał, co mam na myśli. – Bycie Kolcem jest całkiem inne. Masz w sobie żar słońca, wszystko jest intensywne. Ale za nic nie umiem określić jak to jet być kotem. Jestem mniejszy i wysuwam pazury. Ot, cała różnica.
Westchnęłam.
– Tęskniłam za tobą. Choć sama o tym nie widziałam. – Usiadłam odwzorowując pozycję Hitcha, tyle że w lustrzanym odbiciu.
– Za mną się nie tęskni. O mnie się zapomina.
Na twarzy chłopaka wcale nie było widać ani krzty smutku. Powiedział to w taki sposób, jakby informował, iż do obiadu wypił herbatę. Bez emocji.
– Nie prawda! – Błyskawicznie odwróciłam się i klęknęłam przed nim, zmuszając go, by patrzył wprost w moje oczy. – Może nie mówiłam o tym, ale nie zapomniałam cię! – „tak do końca” dokończyłam w myślach.
– A co możesz pamiętać? – Zaśmiał się gorzko. – Nie robię w życiu nic, co zasługiwałoby na zapisanie we wspomnieniach.
– Pamiętam jak obroniłeś mnie przed Mizem. Jak odradzałeś mi zaatakowanie go. Naszą rozmowę w twoim pokoju. Jak dotknąłeś mojej twarzy. – Gdy wypowiadałam wspomnienia na głos, każde z nich pojawiało się barwnym obrazem w mojej głowie. Zamrowiło mi w żołądku, gdy uświadomiłam sobie, jak blisko teraz się znajdujemy. Zerwałam kontakt wzrokowy, patrząc znów w niebo. – Ty też lubisz łączyć gwiazdy w rysunki? – Zmieniłam temat, zaniepokojona własną reakcją.
– Tak. – Hitch przysunął się do mnie, wskazując palcem jasne punkty. – Czasem nawet w napisy. Teraz tam – mówił przesuwając dłoń – czytam, że powinienem przestać się bać.
– Bać? – powtórzyłam, odwracając ku niemu twarz. Byliśmy stanowczo zbyt blisko.
– Tak.
– A... czego konkretnie? – drążyłam temat.
– Urocza para, prawda? – To zdecydowanie nie był głos Hitcha. Należał za to do całkowicie przemoczonej, rudej, nieznośnie ładnej dziewczyny Samela.
Przepiękna. – Cień zacisnął usta w wąską linię. Z niego również spływała woda. Domyśliłam się, że byli nad pobliskim stawem. Że też musieliśmy na nich wpaść... Czy raczej oni na nas. Ayla patrzyła na mnie z satysfakcją, a Samel objął ją w talii, ciągnąc w stronę drogi. Mnie z zaskoczenia sparaliżowało, nie byłam w stanie powiedzieć czegokolwiek. Para zatrzymała się, po czym dziewczyna złożyła pocałunek na ustach chłopaka, a on go odwzajemnił i ruszyli dalej.
Hitch pomachał mi dłonią przed twarzą, gdyż nie mogłam oderwać wzroku od odchodzących.
– Weiro? – głos brzmiał niepewnie.
Odtajałam, gdy tylko Samel zniknął za drzewami. Odwróciłam się do Kota, chwyciłam go za koszulę i przyciągnęłam bliżej do siebie. W odwecie za to, jak zachował się Cień, musiałam zrobić to samo. Pocałowałam Hitcha. Choć na początku był bierny, w ostatniej chwili zareagował na zetknięcie ust. Przeprosiłam go, następnie zerwałam się na równe nogi i pobiegłam w głąb lasu.

– A mówiłam, żebyś się nią nie przejmował? – Ayla wtulała się w Samela, gdy zbliżali się do Domu.
– Nie przejmuję się – głos chłopaka był zimny, suchy. Ręka obejmująca dziewczynę zdawała się mu kawałkiem drewna, całkowicie nie pasowała do jej talii.
– Czy to oznacza, że do siebie wróciliśmy? – Rudowłosa nie zauważała odrętwienia Cienia.
– Tak Ayla. Wróciliśmy.

Dobiegłam do brzegu jeziora. Zatrzymałam się przy jednym z pni rosnących tuż przy lustrze wody drzew. Oddychałam ciężko, z trudem łapiąc oddech, choć bieg wcale mnie nie zmęczył. Byłam znów Cieniem w pełnym wymiarze, wspomaganym przez noc. Koło mnie przysiadł kot, powoli zmieniając się na powrót w Hitcha.
– Czy ja aż tak fatalnie całuję? – Jego mina wyrażała niepokój.
– Nie, nie... – Potrząsnęłam głową. – Nie zdążyłeś mnie nawet pocałować. – Uśmiech, który przywdziałam na twarz musiał być tak nieprzekonywujący jak sądziłam, bo Kot pokręcił głową.
– Nie mówmy już o tym. Powinnaś ochłonąć, przejdźmy się. – Wyciągnął dłoń w moją stronę. Była dość drobna jak na chłopaka, niemal trzykrotnie mniejsza od tej Umefa.
Niepewnie wysunęłam ku niemu palce, a Hitch zamknął je w uścisku. Odciągnął mnie od drzewa, uważając, by nie wrzucić mnie przy tym do wody. Szliśmy wolno, okrążyliśmy staw kilkukrotnie, Kot mówił do mnie o różnych rzeczach, a ze mnie emocje w końcu wyparowały i noc znów stała się miła. To on zadecydował, że czas wracać do Domu, a ja zaproponowałam, by został u mnie na noc. Zajął miejsce obok mnie, leżąc od strony ściany, zupełnie jak w czasach, gdy sądziłam, że jest najzwyklejszym czworonogiem. Nie puścił mojej dłoni dokąd nie zasnęłam. Gdy otworzyłam oczy, już go nie było.

*

Zwierzęcej natury nie sposób w sobie zdusić. Kot na zawsze pozostaje kotem, niezależnie od tego, w jakim stopniu jest udomowiony, Hitch otworzył okno, a następnie przyjąwszy zwierzęcą postać, po gzymsie przedostał się na dach budynku. W poświacie księżyca, na tle nocnego nieba stała postać. Jej postura nie była szczególnie duża, jednak nawet przy zbyt słabym jak dla oka Kolca świetle widać było, iż mięśnie ma doskonale rozwinięte od wysiłku fizycznego. Osoba ta miała na sobie dopasowaną koszulkę z krótkim rękawem oraz być może zbyt obcisłe w nogawkach dżinsowe spodnie. Blond włosy zaczesane były do tyłu, lśniąc w świetle księżyca.
Czekający na dachu wyrzucił spalonego jedynie do połowy papierosa, rozdeptując go podeszwą.
– Nie wydurniaj się Kiciuś. Mów mi co i jak! – zażądał blondyn.
Hitch już po chwili wyprostował się w całkowicie ludzkiej postaci.
– Szukamy „Księgi Światła”, to tak chyba z najważniejszych rzeczy. A co innych informacji....
Kot zdał szczegółowy raport ze wszystkiego, co tego dnia udało mu się ustalić. Chciał być jak najlepszym informatorem, a co jak co – zapamiętywać to on zawsze umiał.
Blondyn pokiwał głową na znak, że wie już wszystko, co mogłoby go zainteresować.
– Tu masz zadania na najbliższy tydzień. Nie mogę tak często się tu pokazywać, więc dzienne raporty składać mi będziesz pod zapisanym adresem.
– A kiedy będę mógł zacząć żyć własnym życiem? – zapytał, gdy blondyn odwrócił się, by zeskoczyć z bloku.
– Wtedy, kiedy wszystko będzie tak, jak być powinno. – postać zeskoczyła w dół, zostawiając Hitcha w świetle wschodzącego słońca.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon wykonała prudence.