poniedziałek, 8 maja 2017

X - Dziewczę ze studni

Kolce miały zdobyć krew Światła, a Cienie Mroku. Tą uchwałą postanowiliśmy zakończyć nasze spotkanie. Moi ludzie – czy mam prawo tak ich określać? - skierowali się do wyjścia. Planowaliśmy podrzucić Izelę i Brena do Domu, uznając zgodnie, że lepiej, gdybyśmy zaginęli bez śladu dla wszystkich niewtajemniczonych Cieni. Samel otwarł drzwi a ja, wychodząc, patrzyłam na Hitcha. Przez to wpadłam na Profesora De.
– O, kogo my tu mamy – uśmiechnął się, choć jego oczy zdecydowanie nie wtórowały ustom. 
– Profesorze... – Samel również był zszokowany.
– Zawiodłeś mnie – mentor pokręcił głową w rozczarowaniu – Porozmawiamy o tym później, w Domu.
Do De dołączyła Reala i kilku innych mentorów, wyraźnie zdegustowani naszym zachowaniem. Było ich, jak szybko policzyłam, pięć osób. Czyli ucieczka nie wchodziła w grę. Cała misternie zaplanowana akcja, walka z Mizarem na nic. Teraz już nigdy nie będę mogła wykorzystać prawa zwycięstwa... 
– … i dlatego zostaniecie przykładnie ukarani – skończyła mówić Reala, choć początek jej wypowiedzi całkowicie mi umknął – Nie tylko za upuszczanie terenu bez zgody Mentorów, ale za spoufalanie się z Ludźmi.
Przykładne ukaranie oznaczało u nas dwie rzeczy. Pierwszą z nich była egzekucja, co stosowano jedynie w przypadkach wyjątkowo grożących rasie, a nie sądziłam, by postanowili pozbyć się nas, zwłaszcza Samela, już na stałe. Raczej chcieliby dać nam nauczkę, nieźle w kość, czyli zastosować wariant  drugi: zamknięcie w Samotni na minimum miesiąc. Znane były przypadki, gdy ktoś za wyjątkowo okrutny czyn dostawał wyrok nawet dekady w samotni. Podobno już po dwóch miesiącach Cień traci tam zmysły,  gdyż nie spotyka tam wcale innych ludzi. Nikogo. Ściany są wygłuszone, posiłki podawane  przy pomocy windy, jedynym dźwiękiem, jaki można usłyszeć jest kapanie wody z sufitu.  Mogłabym w niej posiedzieć, nie należę do osób szczególnie towarzyskich... Pomyślałam jednak o Izeli i Brenie. A nawet Samelu. Czy wytrzymali by to?
Niewiele myśląc, przywołałam Cieniste ostrze i zaatakowałam Profesora De, który stał najbliżej mnie. Samel otrząsnął się z szoku, po czym dołączył do mnie. Krzyknęłam do Brena i Izeli, żeby uciekali jak najdalej. Nie byli tak zaangażowani w sprawy z Kolcami jak my, więc mieli szansę uniknąć Samotni. Co do mnie... Wolałam zginąć niż wrócić do hermetycznego środowiska Cieni. Już nie potrafiłabym tam żyć, spodobało mi się podróżowanie po świecie, brak treningów, robienie rzeczy, które choć w moim odczuciu mają sens i są słuszne. Kątem oka, między jednym skrzyżowaniem broni a drugim, zobaczyłam oddalającą się parę. Gdybym miała na to czas, odetchnęłabym z ulgą.
Walka z Profesorem De przypominała wyreżyserowany pojedynek. Poza jedynym zaskoczeniem, jakie mogłam zastosować, czyli mieczem z cieni, każdy wypad, atak z boku, z góry był przewidywalny, w końcu sami nas tego uczyli. A zrobili to naprawdę dobrze – sytuacja pojedynku była patowa. Wyczuwałam, że niebawem jednak De zyska przewagę, bo dołączą do niego inni, a w starciu z nawet dwoma mentorami nie mam szans. Reala wyciągnęła sztylet, uderzając mnie w ramię rękojeścią. Mój Cienisty Miecz zadrżał, przez ułamek sekundy myślałam, że go stracę, odsłaniając się na kaskadę cięć. 
Nagle na twarz mojego przeciwnika wpadł spory jak na swój rodzaj, czarny kot, miaucząc przeraźliwie. Wraz z nim, obok mnie wyrósł Niedźwiedź, który machnął swoją ogromną łapą, rozbrajając  De. Kot zeskoczył z sykiem z twarzy Mentora, skacząc na Realę, która nie wiedząc, co się właściwie dzieje, próbowała odsunąć zwierzę od swojej klatki piersiowej. Ostre pazurki siekały jej skórę, rozrywając lekką, letnią bluzkę i przyozdabiając ją krwawymi plamami. Gdzieś po mojej lewej zaryczał Lew, nad głową załomotały skrzydła Orła. Nareb – mimowolnie odczułam ulgę. 
Reala ostatecznie złapała Kota za kark i cisnęła nim o ścianę, dysząc przy tym. Zwierzak odbił się od cegieł i spadł, lekko drżąc. Powoli przybierał swą ludzką postać. 
Nagle Mentorzy zrobili coś, czego nikt by się po nich nie spodziewał – De krzyknął coś w ich stronę, a oni zaczęli się wycofywać, by w końcu, najprościej mówiąc, uciec. Tylko zakrwawiony Profesor zatrzymał się na sekundę, odganiając sztyletem Orła, i krzyknął:
– Ayla o wszystkim się dowie! – schylił się, nie wyglądając już tak wyniośle, gdy ptak wbił mu szpony w kark, a on wydał z siebie coś pomiędzy stęknięciem a piskiem. Zrzucił z siebie napastnika, którego szpony trzymały kawałek skóry wyrwany wrogowi.

Gdy zniknął ostatni Mentor, a Orzeł wrócił, siadając na płocie i zmieniając się na powrót w Nareba, pozwoliłam Mieczowi się zdematerializować, a sama podbiegłam do Hitcha, którego pierś unosiła się i opadała powoli. Parsa, jeszcze z lwią grzywą, obserwował brata uważnie.
– Czy.. Będzie z nim dobrze? – przełknęłam ślinę, nie będąc pewna, czy chcę znać odpowiedź.
– Zawsze na cztery łapy – powiedział Lew, badając uważnie stopień uszkodzenia ciała poszkodowanego – Powinno być z nim wszystko dobrze. Gdyby to w ludzkiej postaci tak oberwał, nie miałby szans przeżycia.
Patrzyłam nieco zdezorientowana na Parsę, nie do końca rozumiejąc, co przybrana forma ma do obrażeń. Wyjaśnił mi krótko:
– Koty są przystosowane do upadków z wysokości, dlatego są lekkie – skinął na Umefa, już nie Niedźwiedzia, a zawołany podniósł Hitcha, bezceremonialnie przerzucając go sobie przez ramię.
Nareb stanął za mną i położył dłoń na moim ramieniu.
– Nie możemy zaoferować wam azylu, musicie radzić sobie jakoś sami – jego głos był o pół tonu niższy niż zazwyczaj – Jedyne, co mogę zaoferować, to mój telefon. Dzwońcie do któregoś z nas, postaramy się przybyć jak najszybciej – urwał na chwilę, a ja odwróciłam się w jego stronę. Dłoń spoczywająca na moim ramieniu opadła w dół – Teraz naprawdę wam wierzę.
Nasi sojusznicy odeszli w stronę Akademii, a ja stałam razem z Samelem przez lokalem, w którym wszystko się zaczęło. W którym pierwszy raz spotkałam Hitcha, w którym on mnie uratował i przed którym o mało przeze mnie nie zginął. Samel odchrząknął.
– Zbierajmy się, musimy wymyślić, gdzie się schować. Będą nas szukać – wyrwał mnie z zamyślenia.
– Tak, masz rację – powiedziałam, choć wcale mnie to w tej chwili nie interesowało. Nie uratowałam Hitcha przed uderzeniem, a on był przecież Kotem... Był słaby, a rzucił się z pazurami, by pomóc mi w walce. Choć tak niewiele mógł.
Gdy odchodziliśmy w stronę samochodu, rzuciłam ostatnie spojrzenie na lokal. Jego szyld nosił nazwę „Zdrajca”.

Ustaliliśmy, że najrozsądniejszym i dostępnym na tę chwilę miejscem noclegowym będzie dawne więzienie Mizara. Lokalizacja była nietypowa, a mój towarzysz stwierdził, że wedle wszelkiej logiki, nawet jeśli mentorzy znali nas od podszewki, nie będą nas tam szukać. To nie my wymyśliliśmy to miejsce, a Mrok. Musieliby zatem znać jej tok rozumowania. Dojechaliśmy najbliżej, jak to było możliwe, ukrywając samochód wśród drzew. Jego kolor był wyjątkowo niezdatny do kamuflażu, zatem, mimo małych gabarytów pojazdu, zmuszeni byliśmy użyć wiele ulistnionych gałęzi do ukrycia go. 
Domek był niewielki i zaniedbany. Ziejąca pustka w miejscu, w którym kiedyś było okno, wpuszczała do niego wiatr. Sama nie widziałam, czy bardziej przeszkadza mi przeciąg, czy wilgotny zapach pleśni i grzybów, który królował wewnątrz. Ostatecznie jednak Samel podjął decyzję o zastawieniu okna, ustalając nieprzyjemny zapach za „konieczny dyskomfort”. W pokoiku, do którego wchodziło się ze starej kuchni, w której stał wyglądający na niestabilny kaflowy piec, stało nadjedzone przez korniki łóżko, rozpadająca się szafa, podłoga zaś przyozdobiona była porozrzucanymi gazetami, w zaawansowanym stopniu rozpadu. W kuchni znalazłam w starym kredensie kilka słoików z owocami. Wyglądały na zdatne do jedzenia, aczkolwiek długo się zastanawialiśmy, czy dobrym pomysłem byłaby ich konsumpcja. 
Koce były w fatalnym stanie, jednak po oględzinach całego domku, odkryliśmy jeszcze mniejszy pokoik, w którym to zapewne nocował Mizar. Z ulgą sięgnęłam po torbę z żywnością. Noc postanowiliśmy spędzić właśnie w najmniejszym pomieszczeniu, które nie rzucało się w oczy, poza tym gołe ściany nie cuchnęły tak intensywnie jak zbutwiała materia i rozpadające się meble. 
Miz otrzymał od Mrok zestaw koców, które leżały w nieładzie na sienniku – jak podejrzewałam – całkiem świeżym, gdyż pachniał sianem, nie stęchlizną. Położyłam się na nim z lekko czerstwym rogalem w ręce, przeżuwając go dokładnie, czując smak jak nigdy dotąd. Kontemplowałam sufit. Samel położył się obok mnie, jednak on ułożył się na boku, podpierając głowę ręką, nie jak ja, na plecach. Wiedziałam, że jest zajęty jedzeniem, jednak czułam jego wzrok na sobie. 
– Powiedz mi jedną rzecz – rzucił w końcu.
Było to dla mnie do tego stopnia niespodziewane, że mimowolnie drgnęłam i spojrzałam na niego. Postanowiłam udawać, że wcale mnie nie wystraszył.
– Hm? – uniosłam brew, przełykając.
– Co ty w nim widzisz?
Zauważyłam, że niewiele zjadł. Wpatrywał się we mnie. Wyglądał na lekko zirytowanego.
– W kim? – odwróciłam się na bok, odzwierciedlając jego pozycję.
– W Kocie. – zabrzmiało, jakby wypluł słowa, a nie wypowiedział.
– Mówisz o Hitchu? – to raczej nie było pytanie – On... On jest taki jak ja.
– Nie jest taki jak ty. 
Podniósł się z siennika i odłożył niedojedzone pieczywo na rozłożoną reklamówkę. Już na mnie nie patrzył. Słusznie założył, że nic nie powiem. Kontynuował.
– On jest kimś, kto w najlepszym przypadku będzie w stanie zareagować na coś poprawnie. Czasem może zdarzy mu się zabłysnąć, jak w barze na przykład, ale... To dalej jest ktoś mierny. Ty nauczyłaś się nowego wymiaru Mroku, jesteś kimś, nawet mentorzy tak sądzą.
– Reala mówiła, że nie mam duszy – wtrąciłam mu się.
– Może tak się wydawać. Też uważałem cię za nie w pełni rozwiniętą, tylko sporo zyskujesz przy bliższym poznaniu. Mam wrażenie, że myślisz o wiele więcej niż mówisz. Czy... to przeze mnie?
Również usiadłam Czy pytał o to, jak wpłynęło na mnie gnębienie mnie zarówno przez niego, Aylę i całkiem spore grono jego znajomych? Sama nigdy nad tym się nie zastanawiałam, to było częścią życia. Oni uprzykrzali mi życie, ja to ignorowałam, zazwyczaj, czasem jedynie miałam nieprzyjemne myśli na ich temat. Takie, które wyrażone doprowadzały Izelę do śmiechu. Chyba jednak nigdy nie powodowały u mnie zmiany tego, kim jestem.
– Nie – odpowiedziałam w końcu, po dłuższym namyśle – Zawsze byłam taka. Mrok mówiła, że jestem jak Glena.
– Skąd Mrok wie, jaka była Glena?! Twoja matka ją znała? Nie było wzmianek o jej spotkaniach z Mrok...
– Cicho. Znała, ale nie drążmy tego tematu – zagryzłam wargi, chcąc uchronić się przed kłamaniem na temat Mrok i Gleny – A skąd ty wiesz tyle o Hitchu?
– Nie wiem, obserwacje – machnął niedbale ręką – Chcę wiedzieć o tym, o czym ty wiesz. Widzę, że coś ukrywasz – opadł ciężar ciała na rękach i zbliżył się do mnie, zatrzymując swoją twarz stanowczo zbyt blisko mojej. Mogłabym policzyć jego rzęsy, gdyby miało to jakiekolwiek znaczenie. Zwróciłam nawet uwagę na to, że jego oczy były jasnoniebieskie. 
– Co ukrywam? – przyjęłam postawę obronną. A jak wiadomo, najlepszą obroną jest atak – Czemu nie ma tu Ayli?
– Co tak interesuje cię Ayla? – zmarszczył czoło. Mój wybieg zadziałał. Krew zaczęła szybciej krążyć mi w żyłach. Z gniewu? Tylko czemu?
– Ciebie powinna interesować, przecież „piękna z was para” – ostatnie słowa wypowiedziałam naśladując tak dobrze mi znaną manierę głosu dziewczyny Samela.
– Ayla to Ayla. Nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia – powiedział, po czym spojrzał na mnie z konsternacją – Już nie ma – dodał znacznie ciszej.
Przełknęłam ślinę. Coś niepokojącego działo się z moim ciałem, coś, co pchało mnie do mojego niegdysiejszego wroga, coś, co sprawiało, że jego twarz, oczy mnie hipnotyzowały. Jego oddech był równie płytki jak mój, spojrzałam na lekko rozchylone usta. Poczułam, że na twarzy pojawiają mi się wypieki, jak po treningu.
– Samel – szepnęłam, gdy patrzyliśmy sobie prosto w oczy, nienaturalnie, dziwnie przyjemnie. Czy mogłam wsunąć palce w jego długie, ciemne kosmyki, które wymsknęły się ze związującej je frotki? Dlaczego chciałam to zrobić?
– Tak? – uśmiechnął się niepewnie.
– My... Znaczy ja. Ja wezmę pierwszą wartę – odsunęłam się od niego, wstając. Strzepnęłam z siebie okruszki, pozostałe po konsumpcji rogalika, czując, że nogi mi drżą, a w żołądku pojawił się ucisk.
Samel tkwił chwilę w bezruchu, wyglądając, jakby był w tym samym stanie co ja, po czym, nie patrząc na mnie, skinął głową. Jego ton głosu znów nabrał arogancji, której przez całą rozmowę w nim brakowało. Dopiero teraz to do mnie dotarło.
– Jak coś, krzycz, Młoda – położył się na sienniku – Tym razem będziesz musiała zaufać wojownikowi z prawdziwego zdarzenia, bo Kotek nie przybiegnie z odsieczą.

Że też nie zauważyłam, jak nasza skrytka była mała. Wyszłam z niej jak najszybciej, nagle stała się stanowczo za ciasna dla nas dwojga. Bilans zaistniałej przed chwilą sytuacji był dla mnie na plus. Ostatecznie Samel przestał wypytywać o Glenę i Mrok, co ułatwiło mi utrzymanie mojego pochodzenia w sekrecie. No i tego, że z założenia miałam być opakowaniem na Mrok, nie Cieniem. Nie podobało mi się to w ogóle. Mimo wszystko, czułam się, jakbym i tak coś przegrała. 
Chłodne, nocne powietrze owiało mi twarz, gdy wyszłam przed domek. Usiadłam pod ścianą, ignorując nocną rosę, która wsiąkała w spodnie. Potrzebowałam ochłodzenia. Przywołałam do siebie nieco cieni, które skutecznie zamaskowały moją pozycję, pomimo że księżyc świecił zadziwiająco intensywnie.
„Co ty w nim widzisz?” – przypomniałam sobie. Co widziałam w Hitchu? Uratował mi życie, dwukrotnie. Choć nie... Wcale nie uratował. Za pierwszym razem pozostał bierny, gdy potrzebowałam pomocy w starciu z Mizarem. Po prostu mnie nie zaatakował. Skoro poradziłam sobie z Wilkiem, poradziłabym sobie z Kotem. To było samozachowawcze. Gdy powiedziałam, że idę zabić Miza, choć sądziłam, że równie dobrze to on może zabić mnie, Hitch nie przejął się tym aż tak. Dziś rzucił się na Profesora De, razem z innymi. Czy gdyby był sam, pomógłby mi?
Przeczuwałam, że nie. Gdyby było naprawdę groźnie, pewnie zostałby w lokalu. Parsa by mu nie pozwolił na nic groźniejszego. Nawet ja to wywnioskowałam.
Ciekawe, od czego zależało, jakim zwierzęciem jest Kolec?
Nagle rozległ się jazgotliwy dźwięk, a kieszeń moich spodni zaświeciła. Serce niemal mi stanęło. Jeśli ktoś teraz by przechodził i nas szukał, to zdecydowanie ściągnęłoby jego uwagę na mnie. Na ekranie wyświetlał się napis „Kiciuś”. Szybko odebrałam, przyzywając jeszcze więcej Cieni.
– Tak? – zapytałam. Zadziwiający zbieg okoliczności. Czy można kogoś wywołać myślami?
– Hej Weira. Tak się zastanawiam, czy udało wam się gdzieś przekimać – w słuchawce rozbrzmiał głos Nareba. No tak. Przecież nie mógł zadzwonić z własnej komórki, którą to ja trzymałam w ręce.
– Tak, daliśmy radę – odpowiedziałam, starając się mówić możliwie najciszej.
– Słabo cię słyszę. Chciałem w sumie jeszcze przekazać, że będę chciał, żebyście nauczyli nas przywoływać miecze. W związku z nowym zaostrzeniem regulaminu nasze są nam zabierane i rozdane będą jedynie w przypadku konieczności – niemal słyszałam, jak przewraca oczami. Zaostrzenie regulaminu. To ma sens. Dlatego ani jeden z Kolców nie użył dziś broni. Zwyczajnie jej nie mieli.
– To będzie w tych okolicznościach niezbędne – odpowiedziałam – Przyjedźcie jutro tam, skąd zebraliście Mizara.
– Nie ma problemu, jak uda nam się wyrwać zadzwonię.
Usłyszałam sygnał zakończonego połączenia. Spojrzałam jeszcze raz na ekran, który po chwili zgasł. Trzeba będzie wymyślić coś, by urządzenie nas nie demaskowało. Zadziwiające, że niekiedy brak kontaktu z kimkolwiek jest bezpieczniejszy...

Noc mijała spokojnie. Zbyt spokojnie. Oczy mi się zamykały. Na samym początku każdy dźwięk wydawał mi się podejrzany. Z upływem czasu nauczyłam się je rozróżniać. Szelest liści, opadające szyszki drzew iglastych, nocne zwierzęta, czasem, w oddali dźwięk samochodu przejeżdżającego drogą, która wcale nie była przecież daleko od nas. Niekiedy świdrujący dźwięk skrzydełek owada, który gdzieś sobie leciał. Ziewnęłam. Byłam już bliska zaśnięcia, gdy usłyszałam, że Samel wstał. Każdy jego krok wydawał się hałasem, choć przecież jako Cienie poruszaliśmy się niemal bezszelestnie.
– Zmiana – powiedział, lekko zaspanym głosem – Chłodno.
Faktycznie było chłodno. Zauważyłam to dopiero, gdy się ruszyłam. Zadrżałam. Nie uszło to uwadze mojego towarzysza.
– Skoro tak zmarzłaś, mogłaś obudzić mnie wcześniej. Albo wziąć koc.
– Mogłam – zgodziłam się, po czym weszłam do domu. 
Ze spokojem położyłam się na sienniku, który teraz pachniał również Samelem. Miejsce, w którym leżał, nadal było ciepłe, tak samo jak koc, którym się przykryłam. Zasnęłam.

– Kto to się obudził – usłyszałam, gdy tylko uniosłam powieki. Samel kucając pił  wodę z zaśniedziałego kubeczka – Już dawno świt, a ty się wylegujesz – zanurzył palce w kubeczku i prysnął we mnie cieczą. Była lodowata.
– Czemu nie trzymasz warty? – usiadłam, ścierając z siebie wodę. Miałam ogromną ochotę wziąć prysznic, jednak było to niemożliwe w aktualnych okolicznościach. Czułam się brudna.
– Jest widno. Poza tym skoro wcześniej nie przyszli, to teraz nie przyjdą już na pewno – stanął. Stawy w jego kolanach strzeliły – Brakuje mi ruchu. Poza tym musimy zorganizować więcej jedzenia, cieplejsze ubrania. Idziemy w teren.
– Skąd masz wodę? – zapytałam go, gdyż poczułam niewypowiedziane wprost pragnienie.
– Mamy studnię – wzruszył ramionami – Łap – rzucił we mnie kubkiem, którego nie zdążyłam złapać. Zawartość wylała się na moją bluzkę. Przewrócił oczami –Refleks pierwsza klasa, Młoda. Zbieraj się.
Zostawił mnie samą, trzymającą puste naczynie, z ziębiącą plamą na koszulce. Odstawiłam kubek na bok siennika i zacisnęłam dłonie w pięści. Ten Cień niewypowiedzianie mnie denerwował.
Założyłam na siebie bluzę, którą musiałam w nocy z siebie ściągnąć, a czego nie pamiętałam, wsunęłam na stopy buty, sznurując je tak, by opinały kostki nie uciskając ich. Chwyciłam w dłoń kubek, po czym poszłam w ślady Samela. 
Światło na zewnątrz raziło mnie w oczy. Słońce pokazywało całą swoją moc. Wywnioskowałam z tego, że jest zapewne coś koło południa. Ładnie mi się pospało. Mrużąc oczy podeszłam do studni, która istotnie znajdowała się niedaleko od domku. Zardzewiałe wiadro stało na jej brzegu, uczepione długim, równie zardzewiałym łańcuchem. Było niemal pewne wody. Zanurzyłam w nim naczynie i napiłam się lodowatej wody, która aż załupała w zęby, które swoją drogą z chęcią bym wyszczotkowała. 
Grzywka opadła mi na oczy. Właśnie ją odgarniałam, gdy poczułam stuknięcie w ramię.
– Broń się – ramię owinęło się wokół mojej szyi. Właścicielem głosu był nie kto inny jak Samel.
Nadepnęłam piętą na jego śródstopie, uderzyłam napastnika kubkiem w głowę, potem oswobodziłam ręce, by chwycić obiema dłońmi trzymające mnie przedramię. Wczepiłam w nie palce, odciągając od siebie i wysuwając się z uścisku. 
– Ty się broń – syknęłam na niego, zamierzając się na niego łokciem. Chciałam trafić w środek klatki piersiowej, by na chwilę stracił możliwość oddychania. Był jednak szybszy, zablokował mój cios. Podciął mi nogi i nim sama wyratowałam się przed upadkiem, chwycił mnie i przechylił nad studnią.
– Przegrałaś, Mała. Mogę wrzucić cię w studnię i po tobie – zacmokał, po czym postawił mnie pionowo.
Studnia. Jakieś dziwaczne skojarzenie przemknęło mi przez myśl, zbyt szybko, bym dokładnie je zrozumiała, wystarczająco długo, by pojawił mi się w głowie pomysł nie do powstrzymania.
– To dobry pomysł – uśmiechnęłam się do niego zadziornie, po czym bez jego pomocy wskoczyłam do studni.



Dom Cieni, 17 i pół roku wcześniej

Została sama na świecie. Dziecko, które nosiła pod sercem niebawem miało się narodzić, przybyć do tego okropnego świata walki, krwi. W którym każdy dzień to niepewność, a kolejne etapy życia wyznaczane są przez białawe blizny, które „przyozdabiają” coraz to inne części ciała. I niewiele w nim chwil radości.
Nie. Jej dziecka to nie czeka. Ona urodzi się jako powłoka dla Mrok. Nie będzie jej jako jej. Urodzi się pustą skorupą. 
Jej dłonie wyglądały niczym kości obciągnięte skórą. Oczy były zapadnięte, włosy rzadkie. Z każdym ich przeczesaniem na głowie było ich coraz mniej. Glena zauważyła, że coraz bardziej przypomina szkielet, który pokazywany był adeptom w czasie nauk o anatomii. Była równie koścista i biała. Tylko jedna rzecz ją odróżniała. Właśnie skóra. Brzuch był za to w idealnym stanie. Dziecko zgarniało wszystkie składniki odżywcze, jakie próbowała przyswajać Glena. Dla niej nie zostawało nic. 
Gdy tylko pomyślała o tym, że jej rola na tym okropnym świecie zakończy się na tym, że urodzi opakowanie dla wszechmocnej twórczyni ich rasy, po czym, czego była pewna, wyzionie ducha, w samotności. Jedynie dodatkowa porcja Mroku w jej organizmie trzymała przy życiu inkubator dla płodu. Bo tym właśnie była: inkubatorem. I wcale jej nie odpowiadała wizja tego, że umrze bez Erala u boku. Z nim wszystko było łatwiejsze. Do zniesienia. Zwłaszcza w ciągu kilku ostatnich miesięcy. Teraz jego nie było. Została sama na świecie.

Ostatnie tygodnie przed porodem Gelna spędziła w bogatych zasobach bibliotecznych. Jako kobietę w ciąży, wyglądającą niczym żywy trup, wpuszczano ją niemal wszędzie. Nie była zagrożeniem, a bibliotekarzowi było jej zwyczajnie żal. Zwłaszcza, że dziecko, które miało się narodzić pozbawione było możliwości poznania Erala – własnego ojca, który przez stracenie życia w źle zaplanowanej akcji przeciw Kolcom stał się – jak i inni biorący w niej udział – bohaterem Cieni. Pogrążona w żałobie brzemienna swobodnie, wzbudzając litość, szperała w najskrytszych archiwach pod pretekstem chęci zbliżenia się do Mrok. Tak naprawdę szukała czegoś zupełnie innego. Pamiętniki Pierwszych Cieni były jej ulubioną lekturą. Współcześni przedstawiciele rasy nie mieli dość mocy, by wykonać choć jeden z zapisywanych w starych tomach rytuałów. Ona była jednak wzmocniona energią cienia. Jej mogło się to udać. 
Zaledwie kilka dni przed porodem udało jej się znaleźć to, czego szukała. Skoro Mrok mogła przejąć inne ciało, tak samo jak pierwsi przedstawiciele, dlaczego nie mogła zrobić tego ona, Glena? Swojego drugiego życia nie zmarnowałaby, jak tego. Zajęłaby naczynie, które w sobie nosi i uczyniłaby wszystko, co w jej mocy, żeby żyć inaczej. By uczynić rytuał potrzebowała jedynie ciemnego miejsca, które nie pozwoliłoby na rozproszenie się jej własnej energii, która powinna wniknąć w powłokę. I kogoś, kto przyniósł by ją z powrotem do Domu. Przecież jako noworodek sama by sobie nie poradziła. Przygotowała się do zadania. Wiedziała już, jak to rozegrać.

Reala nie miała nic przeciwko spełnieniu prośby swojej koleżanki. Walczyły przecież nieraz ramię w ramię, czym złym byłoby wyjście na nocny spacer? Glena spakowała potrzebne rzeczy – amulet odrodzenia, wiszący jako relikt dawnych czasów na ekspozycji w bibliotece, sztylet, na który miała rzucić zaklęcie Mroku i deskę do pływania – nie wymienioną w rytuale, był to już jej własny pomysł. Zdobyć ją nie było trudno, poszła po prostu na basen, na którym najmłodsze Cienie uczyły się sztuki utrzymywania na wodzie. Wszystko zapakowała do plecaka. Wszystko, co musiała wykonać podczas rytuału powtarzała jak mantrę. Miała jedną jedyną szansę, by tego dokonać. Pierwsze skurcze już były odczuwalne, gdy wychodziła wraz z Realą na nocny piknik do lasu. Miała nadzieję, że wszystko się uda. 
Zatrzymały się na poboczu, gdy Glena o to poprosiła. Ruszyły przed siebie. Towarzyszka radośnie opowiadała o tym, jaki to De jest cudowny i że chyba się w nim zakochała, ale ona miała misję. Zatrzymały się przed opuszczonym domkiem, w którym to kiedyś spotykała się z Mrok. Przy domku była studnia, to właśnie o nią chodziło Glenie. 
Nim Reala zdążyła się zorientować, ciężarna bez zastanowienia wskoczyła w studnię, wykorzystując ten sam motyw, jaki już raz zastosowała w Japonii. 
Reala krzyczała coś do niej z otworu, jednak gdy Glena się zmaterializowała, nie miała czasu na słuchanie. Wyciągnęła deskę, założyła na siebie amulet. Skurcze się nasilały. Poród się rozpoczynał. 


Wyciągnęła dziecko z lodowatej wody. Nie zwracała uwagi na ból, w odrobinie światła, rzucanej przez księżyc, spojrzała na stworzenie, które wydała na świat. Które miało stać się nowym wcieleniem Mrok. Ale stanie się jej wcieleniem. Liny, które zrzucone zostały przez Realę, De i kogoś jeszcze, kogo tak dobrze nie znała, uderzyły ją po ramionach. A ona nie przejmowała się tym zupełnie. Wyciągnęła sztylet i przywołała ostatkiem sił cienistą otoczkę na sztylecie. Z każdą sekundą jej serce biło wolniej, nie była pewna, które z uderzeń będzie tym ostatnim. Wbiła ostrze w swoje serce, a jej dusza wypłynęła z ciała. Straciła całą świadomość tego, co się dzieje.

3 komentarze:

  1. Zaczęłam czytać... Mimo wszystko początek wydawał mi się dość spokojny. Zostaną ukarani, no dobrze. Posiedzą sobie trochę w samotni... No ok.
    A tu nagle wydarzyło się coś czego całkiem się nie spodziewałam. Szok! Weira zaatakowała Profesora De! Poważnie?! Rozkręca się, no nie powiem...
    Z Weirą i Samelem nie byłoby za dobrze, gdyby nie pojawiło się wsparcie. Ale, że Mentorzy uciekli? Poważnie?

    Czyżby Samel był zazdrosny o Hitcha? Ojojoj, chyba jest zazdrosny :) I mogło się coś między nimi stać, ale Weira oczywiście musiała wypalić z tym, że pierwsza zajmie wartę... A miałam nadzieję, że jednak coś będzie. Nadzieja matką głupich. :(
    Ogólnie ryjek mi się cieszy kiedy Samel nazywa Weirę "młoda" albo "mała" :D
    Za to końcówki jakoś nie ogarnęłam... Przebłyski jakieś miałam, ale nie wiem czy wszystko dobrze zrozumiałam. 5 godzin snu to dla mnie zdecydowanie za mało. Czytam te słowa, rozumiem co znaczą, ale nie chcą ułożyć się w spójną całość.

    Tak czy owak rozdział udany. Coś o Glenie w następnym? Liczę na to, że może wtedy uda mi się ogarnąć nieco więcej.

    Pozdrawiam <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bałam się trochę reakcji, gdy zagram Samelem w ten sposób, ale to takie miłe, że zostało to pozytywnie przyjęte :D Co do Gleny - myślę, że jeśli ten rozdział zdawał się mętny odnośnie jej wkładu w tę historię, to epilog wyjaśni go dogłębnie. Bo opowiadanie zmierza już do końca, jestem w trakcie kończenia ostatniego już rozdziału :)

      Pozdrawiam <3

      Usuń
  2. Wciągający rozdział :D z niecierpliwością czekam na kolejne :) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonała prudence.