wtorek, 18 kwietnia 2017

VII - Cień, który za mną chodzi

Zadziwiające, że tak jeszcze niedawno stałam pod drzwiami pokoju Hitcha. Nie minęło nawet kilka dni, a dla mnie były to lata. Istne lata. Tyle się zmieniło od czasu, gdy za tą właśnie drewnianą izolacją od korytarza prowadziłam z nim rozmowę o planowanym zabójstwie – tak, teraz zaczęłam postrzegać „sprawiedliwość” jako zbrodnię. Gdyby jeszcze tydzień temu ktoś powiedział mi, że pójdę na teren Kolców, by zawierać z nimi układy, a co więcej – znajdę z jednym z nich nić porozumienia, jakiej jeszcze z nikim dotąd nie nawiązałam, uznałabym go za mocno poturbowanego. A tymczasem nie tylko znałam Kolca, którego nie chciałam zabić, ale i był dla mnie kimś ważnym.
Uniosłam nadgarstek i zastukałam w drzwi. Izela ma tajny kod stukania do Brena, zresztą on też tak puka do naszego okna, przemknęło mi przez myśl. Usłyszałam przytłumione kroki, po czym rozległ się – już nie przytłumiony – skowyt klamki. Czy to możliwe, by skrzypiała jeszcze bardziej?
– Weira... – Uniósł brwi,w jego oczach znów pojawiły się złote punkciki. – Czy Miz...
– Żyje. Obeszło się bez... śmierci.
– Ale jak? – Wcale mu się nie dziwiłam, że tego nie rozumiał. Gdybym sama tego nie przeżyła, nie uwierzyłabym.
– Możemy porozmawiać w środku? – Kiedy skinął głową, dodałam: – Do jakiego stopnia uważasz nasz konflikt za sensowny?

Siedziałam po raz kolejny na tym samym łóżku, z tym samym chłopakiem, w tej samej pozycji. Tym razem nie byłam tu jednak, bo tego wymagała ode mnie społeczność, ale dlatego, że sama zapragnęłam zmienić życie Cieni i Kolców. A, jeszcze jedno. Chciałam powstrzymać Mrok – moją matkę i twórczynię mojej rasy. Gdy starałam się ubrać w słowa to, co chciałam mu przekazać, oczy Hitcha robiły się coraz większe, choć pozornie nie widać w nich było zrozumienia.
– Życie bez tych chorych zasad, jak ludzie w Raweni, Hitch – skończyłam.
Chłopak powoli oparł się o ścianę, pod którą stało łóżko. Do tej pory siedział sztywno, ze ściśniętymi mięśniami.
– Brzmi jak plan – powiedział wolno, ważąc swoje słowa. – U nas jednak to się nie uda. 
Uświadomiłam sobie, że miałam nadzieję na powodzenie dopiero, gdy ją straciłam po jego słowach. Chciałam zapytać „dlaczego?”, tylko czy powód miał sens? Również oparłam plecy o ścianę. Była chłodna, przyjemnie chłodziła mnie przez cienki materiał mojej koszuli. Miłe doznanie, mocno fizyczne, przy którym nie trzeba myśleć. Zwalczyłam chęć wyłączenia uczuć, które to stosowałam przez całe swoje życie. W końcu mogło być inaczej... Nie miałam nawet pojęcia, że moje życie jest szare – było mi w nim dobrze, nie znałam innego. Gdyby nie wyjście z Izelą i Brenem, byłoby mi dobrze. Czy to ich wina? Czy powinnam być na nich zła?
Nie. Nie zrobili niczego, co mogłoby mi zaszkodzić. Sama chciałam dowiedzieć się, co jest za drugim płotem, oni mi pomogli, bo mnie lubili z jakiegoś tajemniczego powodu. Mój malutki świat zrobił się większy, potem odwiedziny na terenie Kolców i ich niewymuszone niczym interakcje ze mną... U nas tak nie było, bo tak naprawdę rozmawiałam z Izelą, Brenem i Realą. Reszta unikała interakcji ze mną, a ja za tym nie tęskniłam. Jakoś żyłam: treningi, odżywianie, sen. Spojrzałam na Hitcha. Teraz chciałam, by było inaczej. Chciałam zjeść kanapki z nim, w lesie, spokojnie, jak równi sobie, bo przecież Kolce i Cienie nie różniły się tak od siebie.
Pytanie „dlaczego” nabrało sensu, więc je zadałam.
– Nasza społeczność jest zadowolona z sytuacji. Zwłaszcza że od blisko dekady mamy luz. Jak chcemy, to możemy wyjść.
„Kolce panoszą się w Raweni”.
– Czyli to nasza wojna. Musimy walczyć o inny ustrój. – Pokiwałam głową ze zrozumieniem. – Dzięki za informacje, Hitch. Nic tu nie zdziałam. – Wstałam z łóżka, po czym ruszyłam do drzwi.
– Weiro... – Jego głos zatrzymał mnie w pół kroku. – Przykro mi, że nie mogę pomóc. – Usłyszałam skrzypnięcie łóżka. Wstał.
Odwróciłam się do niego. Pokój był mały, a my staliśmy blisko siebie; patrzyłam na niego, badając jego twarz. Nie wyrażała emocji, moja pewnie też.
– Pomogłeś. Teraz mam więcej informacji, muszę się do nich zastosować.
– Myślałem o tym, co się z tobą stanie.
– Też o tobie myślę. – Te słowa wypłynęły z moich ust zbyt łatwo, nie były zamierzone ani niezbędne. Zmieniałam się bardzo szybko. Czy Reala teraz też powiedziałaby, że nie mam duszy?
– Lubię o tobie myśleć. – Ściągnął brwi.
– Izela lubi myśleć o Brenie. – Wypowiedzenie tego na głos nie miało sensu. Nie znał Izeli, Brena też nie. Czy zrozumie, co chciałam mu przekazać? I co właściwie chciałam mu przekazać?
Uniósł dłoń, odsuwając z mojej twarzy kosmyk grzywki, która – jak to miała w zwyczaju – zasłaniała moją twarz.
– Chcę, żebyś dokonała tego, czego pragniesz.
Nie odpowiedziałam, tylko odwróciłam się i wyszłam.

Samela znalazłam w dziwnych okolicznościach. Stał z kilkoma Kolcami, z których ust wydobywały się kłęby dymu. Widziałam kiedyś już takie coś – Profesor De miał w zwyczaju wieczorami wychodzić przed salę ćwiczeń i zapalać mały, biały przedmiot, potem wciągać z niego dym i go wypuszczać. Gdy pogoda była bezwietrzna, kłębił się on i sprawiał wrażenie gęstego, gdy zaś wiał wiatr, to rozpraszał jego konsystencję. Reala powiedziała kiedyś do niego, żeby rzucił to świństwo, a on odpowiedział, że palenie to jedna z niewielu przyjemności zewnętrznego świata, która jest mu dana i że papierosy zwalczają stres w niepewnych czasach.
Jeden z kolców wyciągnął w stronę Samela paczkę papierosów.
– Jak mogłeś nigdy nie palić? - Śmiał się, a Cień sięgnął po poczęstunek.
– Widzisz, w naszych rejonach nie jest to popularne. – Zaśmiał się. – Ale trzeba poszerzać horyzonty!
W jednym z Kolców rozpoznałam Nareba, który to chciał być dla mnie pomocny podczas pierwszej wizyty w Akademii. Zauważył mnie niemal w tym samym momencie, w którym ja jego.
– Wera! - ucieszył się, zostawiając chłopców. Samel odpalał papierosa zgodnie z instrukcją doświadczonego znajomego. Zaczął kaszleć, a Kolce wybuchnęły śmiechem, klepiąc go po plecach.
– Nareb... – Skinęłam do niego głową na znak powitania.
– Jak zakwaterowanie? Podążyłaś własną drogą? – W jego głosie pobrzmiewało rozbawienie. Zapamiętał mnie.
– Tak, dokonałam tego. – Uśmiechnęłam się. Chciałam uderzyć w żartobliwy ton, jakim on do mnie mówił. Spodobało mi się żartowanie ze znajomym. – Palicie?
– Jak widać. – Zaśmiał się, obejmując mnie ramieniem i prowadząc do reszty. – A ty, tajemnicza Wiktorio, jesteś osobą palącą? Na marginesie – mamy kolejnego nowego, coś nasza Akademia cieszy się popularnością! Musisz go poznać.
– Nie palę. – Pokręciłam głową. Odgarnięta przez Hitcha grzywka ponownie opadła na moje oko. Dziwne, że w ogóle o tym pomyślałam. – Zawsze chciałam spróbować – wyznałam szczerze. Chciałam, naprawdę. Profesor De palił i był kimś wielkim. Może to z papierosa brała się jego niezwykłość?
– Nadrobisz, masz jeszcze sporo czasu. Jedenasty rok?
Spojrzałam na niego, nie wiedząc dokładnie, o co mu chodzi. Potaknęłam zachowawczo.
– Patrzcie, kto nas zaszczyci swoim towarzystwem! – rzucił do kolegów. – Wera, nasz nowiuteńki nabytek! Ładna, co?
Samel spojrzał na mnie załzawionymi oczami, nadal cicho pokasłując przy kolejnych pociągnięciach papierosa. Pozostali rzucili swoje imiona, które starałam się zapamiętać. Bau, Parsa, Umef. Pierwszy z nich był długi. Nie wysoki, długi. Jego ręce były długie, włosy długie, korpus długi, nogi długie, palce długie... Jak wąż. Pewnie swoją drogą nim był. Oczy miały kolor bladożółty, a kosmyki wyrastające z jego głowy szaro-blond barwę. Drugi, Parsa, przywodził mi na myśl Hitcha, tylko takiego „otwartego”. Nie był może identyczny, jednak bardzo podobny. Umef, ten ostatni, miał ciemniejszą skórę niż pozostali, okrągłe, orzechowe oczy, wysuniętą lekko dolną szczękę i krótką brodę. Ogólnie był brązowy i włochaty. I zdecydowanie bardziej umięśniony niż jego koledzy, nawet Nareb, który do najmniejszych nie należał, ale wyglądał na mniej groźnego. Być może to przez jego błękitne oczy i płowe włosy.
– Nie czaruj, Blondasku! – Parsa zaśmiał się, puszczając do mnie oko. – Nie strasz dziewczyny, daj jej żyć!
– Ona się nie wystraszy. – Samel odkaszlnął.
– Skąd wiesz? – Bau spojrzał na niego z góry.
– Dorastaliśmy razem – wyjaśnił Cień. – WERA rzadko się bała. Chyba to się nie zmieniło pod moją nieobecność, co? – Rzucił papierosa na ziemię i przydepnął go, by zgasić tlącą się końcówkę.
– Oczywiście, że nie. – Wbiłam wzrok w niedopałek. Nie wiedziałam, jak dużo mogę powiedzieć o moich relacjach z Samelem, wersje musiały się zgadzać.
– Ładniutka chciałaby posmakować zacnych wyrobów tytoniowych. – Nareb zdawał się nie zauważyć tego dialogu. – A wiadomo, że papieros nie smakuje nigdy lepiej niż z piwem. Zapraszam was do Raweni na imprezę integracją!
Rzuciłam Samelowi spanikowanie spojrzenie. Nie tak miało być, nie mamy jak wymienić informacji. 
– Świetny pomysł! Idę tylko za potrzebą – rzucił Cień, po czym ruszył w stronę budynków mieszkalnych. – Będę za chwilę, zaczekajcie!
– To ja pójdę po bluzę. – Potarłam ramiona, choć nie było mi zimno. I nie miałam pojęcia, skąd wykombinować jakiś dodatkowy ciuch.
– Jest prawie dwadzieścia siedem stopni… - Bau uważnie mnie obserwował.
– Nie zrozumiesz baby. – Umef wzruszył potężnymi ramionami. – Im zawsze zimno.
Posłałam mu wdzięczny uśmiech, po czym biegiem ruszyłam za Samelem, by ustalić fakty, a potem do pokoju Hitcha. Tylko jego tu znałam i mogłam poprosić o pożyczenie bluzy.

Wpadłam do jego pokoju bez pukania, gdyż czas naglił. Powinnam była jednak poczekać na zaproszenie, gdyż w momencie, gdy klamka drzwi dotknęła ściany, moje oczy ujrzały nagie plecy chłopaka. Szybko naciągnął na siebie koszulkę, lekko skrępowany. I tak zauważyłam. Stwierdziłam, że zapytam później.
– Potrzebuję bluzy – powiedziałam bez wstępów. 
– Jest gorąco. – Podrapał się po głowie.
– Idziemy do Raweni. Integrować się. – Przestępowałam z nogi na nogę. Czasu nie było zbyt dużo, a nie chciałam tu zostać bez Samela. Musieliśmy trzymać się razem.
– Nie radzisz sobie w Raweni. Zwłaszcza przy alkoholu. Idę z wami. 

Samel i jego nowi znajomi czekali na mnie. Przyjemnie.
– Kogo to wyniosło bez Miza. – Parsa pokręcił głową z niedowierzaniem, patrząc na Hitcha, który w odpowiedzi opuścił głowę. 
– Powinieneś docenić brata. – Nareb szturchnął kumpla.
– Brata? – Spojrzałam na Parsę. No tak, dlatego byli do siebie podobni.
– Ekipo, ruszamy! Nie chcemy przecież, żeby zajęli nasz ulubiony stolik! – zarządził Nareb, a my za nim zwyczajnie wyszliśmy z Akademii.

Było tak, jak zapamiętałam, tylko widniej. Słońce jeszcze nawet nie zamierzało chować się za horyzontem, a ja miałam nadzieję, że miejsce, w którym siądziemy, będzie miało rozproszone światło, gdyż utrzymywanie cienia przez tak długi czas było wyczerpujące. Widziałam kilka razy, że Samel miał problem z powstrzymaniem rozpływania się kształtu pod nim i starałam się choć trochę pomóc mu w kontrolowaniu ostrości, co jednak wcale nie pomagało mi. Gdyby w tej chwili przyszło mi stoczyć walkę, byłaby to raczej przegrana. 
Lokal, do którego weszliśmy, miał duże okna, na których naklejone były półprzezroczyste obrazki. Odetchnęłam, widząc, że cień Kolców zaledwie majaczył, tylko gdy szczególnie się go wypatrywało, zatem mogliśmy z Samelem odrobinę odetchnąć. Usiedliśmy, a Bau, Hitch i Umef poszli po piwo. 
We wcześniejszej rozmowie sam na sam z Cieniem wyraziłam swoją obawę, że nie znajdziemy sojuszy wśród Kolców. On kazał mi się uspokoić i pozwolić działać sobie. Miał inny pomysł. Sądził, że wie, jak przekonać naszych Może-Już-Nie-Wrogów do tego, iż wolni nie są. Nie pozostało mi nic innego niż czekanie.
– W końcu będziemy mieć jakąś dziewczynę w paczce. – Nareb sięgnął po jeden z kufli, które przynieśli chłopcy. Upił łyk, a pianka osadziła się na jego górnej wardze. Starł ją wierzchem dłoni.
– Dlaczego dotąd nie mieliście? – Obejmowałam kufel rękami, nieco zdziwiona tym stwierdzeniem. Uświadomiłam sobie, że niewiele dziewcząt-Kolców udawało mi się dotąd poznać. Na terenie Akademii można było za to nawiązać kontakt z wieloma przedstawicielami płci brzydkiej.
– Nie wypada tego mówić. – Umef zaśmiał się. – Chyba tylko tego można zazdrościć Cieniom.
– Tego?
– Skąd wy właściwie jesteście? – Bau nie po raz pierwszy zbyt uważnie mi się przyglądał.
– Z południa – odpowiedział może nieco zbyt szybko Samel, jednak nie zwrócili na to szczególnej uwagi. – Nie wypada o tym mówić przy kobietach. Prawda, Wero?
Kompletnie nie miałam pojęcia, o czym mówią. Niewiele w ogóle wiedziałam o Kolcach.
– Gdyby nie te ograniczenia... – Umef uśmiechnął się krzywo. – Cienie mają szczęśliwe geny. 
– Ale i tak to wrogowie. – Samel się wciął. – Nie cierpię ich.
– Masz bardzo radykalne poglądy. Dogadałbyś się z Mizem. – Nareb ponownie się napił. Tym razem wziął dużego łyka.
– Są plagą... – kontynuował Samel.
– A przestań. – Blondyn uniósł dłoń. –My tu jesteśmy raczej entuzjastami nowych czasów, jeśli Cień nie wejdzie nam w drogę, po co zaprzątać sobie nim głowę? Gniją w tej swojej norze, unikając świata zewnętrznego... Ciemnogród. Kiedyś może wejdą w erę światła, a póki co... Są tylko psycholami, którzy rzucają się na nas bez powodu. Dzisiaj wystarczy nie łazić po ich okolicy i szansa na atak jest marna. Owszem – byłoby bez nich prościej. Gdy wyłażą z Nory, to są upierdliwi. – Nareb oparł łokieć o stół. – Dlatego trzeba się zbroić za każdym razem. 
– A ja lubię to w pewnym stopniu. – Powoli, niemal sycząc, Bau cedził słowa. – Szuje zabili moją siostrę.
– Miała pecha i zbyt małe zdolności. Każdy z nas kogoś stracił – uciął temat Nareb. – Pewnego dnia oni wybiją nas lub my ich. A teraz po co sobie zajmować czas truciem głowy? Korzystajmy z chwili! Kiedyś na pewno wybuchnie ostateczna walka. Pewnie niebawem, bo Światło się ujawnił.
– Ta wojna jest bezsensowna – powiedziałam, zastawiając z przerażeniem usta. Niezależnie od stopnia wzburzenia, nie powinnam była tego mówić. Wkopałabym się!
– Bezsensowna? Rozwiń myśl. – Nareb kończył już pić swoje piwo. Dziwne, ja ledwie upiłam kilka łyków.
– Bo... Właściwie zaczęło się od tego, że to Światło i Mrok ze sobą walczyli... prawda?
– Do czego zmierzasz? – Bau się wyprostował.
– No a my... Dlaczego mamy ze sobą walczyć? W sensie z Cieniami?
– Mordują nasze rodziny, są krwiożerczy, kryją się w ciemnościach...! Nie da się z nimi porozumieć! - Bau uderzył pięścią w stół, aż szkło na nim postawione zadźwięczało.
– My mordujemy ich – zauważył Samel. Na jego policzki zaczął wstępować gniewny rumieniec.
Nie podobał mi się rozwój sytuacji. Zaczęło robić się groźnie.
– Samel... – upomniałam go. Ale Bau już podłapał temat.
– Sprawiedliwości musi stać się zadość! Będzie pięknie, gdy zapłacą za swoje mroczne sprawki!
– Dość! – Nareb poderwał się z siedzenia i rzucił kuflem w ścianę za nami. Szkło rozsypało się z głośnym trzaskiem. Krople niedopitego alkoholu zrosiły nasze włosy.
Zapadła cisza. Wzrok pozostałych ludzi zgromadzonych w lokalu skierował się na nas. 
– Nic wam się nie stało? – zapytał cicho. Wyglądało na to, że czuł się niezręcznie po swoim wybuchu.
Zaprzeczyliśmy kręceniem głowy.
– Summa summarum, wszyscy jesteśmy po jednych pieniądzach. – Nareb usiadł z powrotem na krześle, a Hitch po cichu wstał i poszedł do barmanki, która przyjęła rekompensatę pieniężną za kufel. Dziewczyna podała Kolcowi miotłę z szufelką.
Podczas gdy Hitch sprzątał szkło, Umef uśmiechnął się krzywo.
– Ale baby to mają klasę.

Dalsza rozmowa przebiegła w luźniejszej atmosferze. W dużej mierze dlatego, że Bau otrzymał jakąś wiadomość i musiał wracać do Akademii razem z Parsą, a oczy Samela zalśniły po kolejnym piwie. Doszliśmy do kilku wniosków.
Pierwszym z nich było to, że wraz z zawartością alkoholu w organizmie język staje się bardziej skory do rozmowy, a konwenanse i sekrety tracą na sile. Kolcom podobały się kobiety-Cienie, gdyż ich same miewały bardzo często zbyt bujne owłosienie, a metamorfoza z dziewczyny w zwierzę była odstręczająca.
– Nasze kobiety... – Głos Umefa był głośniejszy niż dotąd. – ...mają tak, że po prostu na tle ludzi i Cieni wyglądają dziwnie. 
– I to pewnie przez to, że poród przeżywają najsilniejsze... Czyli Niedźwiedzie, Wilki, Lwy... – dodał Nareb, kręcąc końcówką płynu w kuflu.
– Nie podobają mi się, odkąd poznałem ludzkie kobiety. Choć nawet one nie są tak subtelne jak Cienie. – Umefowi odbiło się głośno. – Widziałem kiedyś jedną w akcji. Szybka, precyzyjna, a przy tym lekka jak strużka dymu.
– Masz szczęśliwe geny – rzucił Nareb, jakby przypominając sobie o mojej obecności. – Wyglądasz jak bardzo ładna ludzka kobieta. Wręcz nawet jak Cień.
– Dziękuję. – Uznałam, że to wypadałoby powiedzieć. Samel omal nie zakrztusił się pitym właśnie płynem.
– Gdybyśmy się pogodzili... – zaczęłam, ignorując zachowanie Cienia.
– To na niebie byłaby tęcza! – Umef zaśmiał się. – Daj spokój, z nimi nie da się dogadać. Jak tylko zobaczą nasz cień, to chwytają za cokolwiek ostrego albo ciskają w nas mrokiem. 
– A próbowaliście? – Broniłam swojego.
– Ciężko próbować się „dogadać” na ślepo i z nożami powbijanymi w ciało. – Nareb zgrzytnął zębami. – Mam wrażenie, że oni nie są w ogóle cywilizowani, a my podobno jesteśmy zwierzętami.
– To może ich nie atakujmy? – zasugerowałam.
– Taa... Dajmy się pochlastać. – Umef wybuchnął śmiechem. – Pij, dziewczyno. Jesteś ładna, to się nie odzywaj.
Samel był dziko rozbawiony. Czy może być coś lepszego od poniżania mnie?
– Jesteś chamem. – Nareb wystąpił w mojej obronie. – Gdyby dało się z nimi rozmawiać, to bym chętnie porozmawiał. 
– O, zaprzyjaźnić się z babeczką. – Umef zarechotał.
Hitch się skrzywił. Nie wiedziałam, co go tak zdegustowało. 
– Idę po piwo. Ktoś jeszcze chce?
– Ja mówię pas. – Nareb podsunął w jego stronę pusty kufel. Byliśmy ostatnimi gośćmi, którzy marudzili przy stole.
– Ja poproszę. – Samel podsunął banknot w stronę Hitcha. – Weź też Młodej.
– A ty się nie upominasz, a ja ci coś obiecałem – przypomniał sobie Nareb. – Zapraszam panią na pierwszego papieroska! – Wstał i podszedł do mnie, chwiejnie się skłaniając. – Służę ramieniem.
Zaśmiałam się, gdyż wydało mi się to komiczne. Przecież nie dlatego, że w głowie szalał alkohol. Nie do końca zgrabnie zebrałam się z krzesełka i oparłam dłoń o wyciągnięte do mnie przedramię. Wyszliśmy na zewnątrz, gdzie królowało ciepłe światło ulicznych latarni. W prawej dłoni trzymałam papierosa, lewą osłaniałam płomień zapalniczki Kolca, który instruował mnie. Gdy zaczął się tlić, Nareb nie zgasił zapalniczki, tylko przyglądał mi się.
W gardle mi zaschło. Nie przywołałam mroku, nie uformowałam cienia, zauważył!
– W blasku ognia wyglądasz tak... ludzko. Jakby te migotliwe cienie idealnie z tobą były zżyte. 
Gdy tak mówił, starałam się przywołać ciemność, jednak w moim stanie było to niemożliwe. Nie chciała mnie słuchać, błądziła gdzieś dookoła, nie chcąc się skupić.
– Musisz wciągnąć ten dym, inaczej się to mija z celem – poinstruował mnie, przywołując moje myśli do rzeczywistości. 
Pociągnęłam papierosa i zaczęłam się dusić. Kaszlałam tak, że zrobiło mi się niedobrze,  z oczu ciekły łzy.
Nareb był dziwnie cichy.
– Nie wydam was – powiedział w końcu.
Nie wyda czego?!
– Co? – wyrzuciłam między jednym kaszlnięciem a drugim.
– Nie powiem, że jesteście Cieniami. Ale macie zniknąć z Akademii. Właściwie to nawet do niej nie wracać. Co robicie?
Atak kaszlu momentalnie mi przeszedł, było mi zarazem gorąco i zimno.
– Ja... my... ale głównie ja...
– Do rzeczy – ponaglił mnie.
– Chcę obalić rządy Światła i Mroku.

2 komentarze:

  1. Taka otwarta i wesoła Weira mi się podoba :) Ma duszę i to całkiem przyjemną, mimo wszystko...
    Wiedziałam, że ich udawanie kogoś kim nie są, nie przejdzie na dłuższą metę.
    Pędzisz z tymi rozdziałami jak szalona, co bardzo mnie cieszy :)
    Zazdroszczę Ci weny, bo u mnie ostatnio straszny zastój. Dzień mogę uznać za dobry, jeśli uda mi się zapisać dwa zdania. Nie wiem co się dzieje :(
    Czekam na ósemkę - mam nadzieję, że będzie nieco dłuższa, bo po każdym Twoim rozdziale czuje lekki niedosyt. Za krótko!
    Pozdrawiam i życzę jeszcze większej weny <3

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonała prudence.