poniedziałek, 6 lutego 2017

III - W Akademii

 – Poradziłaś sobie bez zbroi i broni z Wilkiem, to w pełnym opancerzeniu z uzbrojeniem pokonasz wojsko – Izela pomagała mi założyć skórzaną górę ubioru – Wiesz, jak tam dojść?
Wiedziałam, miałam mapę. Niedzielę miałam spożytkować na pozbycie się Miza.
– Zauważą mnie, jak tam wejdę tak ubrana – zauważyłam.
– Założysz coś na to.
– Izela.
Westchnęła.
– Masz rację. Potrzebujesz pomocy. Bren to zorganizuje, w pełnej dyskrecji.
– Dam radę bez pomocy. Muszę to zrobić taktycznie. Do poniedziałku wrócę.
Zaczęłam zdejmować zbroję. Nie przyda mi się. Muszę szybko, z zaskoczenia zaatakować Mizara, zabić go, potem zwiać. Sprawa będzie zakończona. Nie rzucać się w oczy i przeniknąć do wroga, a co najważniejsze – nie wpaść na Hitcha. Gdy mnie zobaczy, podniesie alarm, bo na teren Akademii wroga nie można wchodzić. To nie terytorium neutralne.
– Myślę, że pomoc zawsze się przyda. Będziesz bezpieczniejsza.
Zostawiłam jej wypowiedź bez komentarza. Przebrałam się w jeansowe spodnie, pamiętając, z jaką łatwością ostatnio nóż przeszedł przez cienki, bawełniany materiał. Pod bluzkę założyłam gorset z sukni balowej, którą miałam na sobie na zakończenie drugiego cyklu. Nie był może szczególnie wytrzymały, ale zawsze to kilka drutów i trochę twardszego materiału. Głowy nie mogłam niestety ochronić, to zbyt by się rzucało w oczy. Zaciągnęłam na siebie długą, luźną, szarą bluzkę, która dobrze ukrywała przytwierdzone do gorsetu sztylety i noże do rzucania. Uwierały mnie, bo to nie było na nie miejsce, jednak były niezbędne. Już miałam wyjść, gdy przypomniałam sobie o tym, jak lustro odbijało miecz. Przyda się. Wzięłam puderniczkę z lusterkiem Izeli. Przyglądała mi się zdziwiona, jednak o nic nie pytała. Ona wie, że rzadko odpowiadam.
Pod budynkiem wykładowym czekał na mnie Bren. Miał dla mnie prezent.
– Tak, pierścionek- potwierdził, widząc moją zdziwioną minę -Ten mniejszy kamyk zbiera energię cienia z każdego możliwego miejsca.
– Z kolczastych cieni?
– Nawet z nich. Z nim powinno ci się udać znów wymazać pamięć dwóm, może i trzem osobom. Tylko nie przesadź, bo umrzesz...
Kiwnęłam głową. Bolało. Choć już znacznie mniej.
Założyłam pierścionek, po czym ruszyłam ku wyrwie w płocie.
– Na zewnątrz czeka na ciebie pomocnik!- zawołał jeszcze za mną.
I czekał.

*

– Nadal nieposłuszna i tajemnicza, mała Weira – arogancki uśmiech wpłynął na tak mi niemiłą twarz.
Miałam ochotę zawrócić. Dlaczego on? Czyżby Bren nie wiedział, co stało się kilka lat temu? Gdy Samel zaatakował mnie, bo weszłam w jego porze ćwiczeń na salę? Później publicznie mnie ośmieszył, wyrzucając za frak z budynku i twierdząc, że byłam niegrzeczną dziewczynką...
– Nie chcę twojej pomocy – wysyczałam, po czym ostentacyjnie go wyminęłam.
– Chcieć nie musisz. Masz ją dostać. Mi wolno wychodzić.
Kłamał. Ignorowałam go.
– Widzisz... My, z piątego roku, nie jak takie dzieciaki jak ty, możemy opuszczać teren kiedy chcemy – kontynuował, zastawiając mi drogę.
– To dlaczego nie wyszedłeś bramą? – spojrzałam na niego rozdrażniona, unosząc brew.
Zamilkł. Wiedziałam, że kłamał.
– Wsiadaj do samochodu – warknął, po czym zajął miejsce kierowcy.
By dojechać do Akademii Wroga, musieliśmy przejechać przez Raweni. Nie mijaliśmy miejsca, w którym wczoraj doszło do starcia. Samel się nie odzywał, ciszę przerywały tylko instrukcje GPS, wygłaszane kobiecym głosem. Nie wyobrażałam sobie, jak niby mamy we dwójkę się dostać do zakazanego dla nas miejsca. Co więcej, brakowało mi pomysłu, w jaki sposób sama mam się tam niepostrzeżenie dostać.
– Nie możesz tam iść ze mną – powiedziałam w końcu.
Chłopak, nie spodziewając się mnie usłyszeć, drgnął.
– Nie zamierzam. Zostanę w pewnej odległości, w razie czego przybędę na pomoc. To twoja misja. Twoja zemsta. Wpakowałaś się, mała.
Chociaż nie będę musiała na niego patrzeć. Miło.
Zatrzymaliśmy się przed ogrodzeniem, podobnym nieco do tego, które otaczało naszą akademię. Brakowało na nim znaków ostrzegawczych, a budynki było widać już przy nim, niedaleko.
– Nie stosują zabezpieczeń – wyjaśnił Samel – Od kilku lat integrują się z ludźmi. Uznali to za drogę do wygrania wojny – potarł czoło – Gdyby coś szło mocno nie tak uciekaj, będę tutaj. Jeśli nie będziesz miała jak uciec, kliknij na ten guzik – pokazał mi skórzany pasek z czerwonym kółkiem – Poda mi twoje namiary.
Zostałam właścicielką paska. Zawiązałam go wokół nadgarstka.
– Jeszcze jedno – zatrzymał mnie, gdy już nacisnęłam klamkę i zaczęłam wysiadać.
Uniosłam pytająco brew.
– Uważaj na siebie. I nie zdradź nas.

*

Pokonanie płotu było dziecinnie proste. Skierowałam się do największego budynku, który, według moich przypuszczeń, powinien być Akademią.
Wokół niego aż roiło się od Kolców. Niepewna, czy aby mnie nie zaatakują, zauważając mój brak cienia, postanowiłam trzymać się terenów osłoniętych dachami czy koronami drzew. Przy okazji mój pierścionek mógł pozbierać trochę energii. Dotarłszy do docelowego budynku, rozczarowałam się. Napis na nim głosił „Biblioteka”. To nie to miejsce. Za to tuż koło niego znajdowała się prosta mapa okolicy z zaznaczonymi ulicami i najważniejszymi elementami. Wnioskując po skromnym planie, znajdowałam się jakieś dwie przecznice od Akademii.
Trzymając się obranej wcześniej strategii, szybkim marszem pokonywałam dzielącą mnie odległość od celu od cienia do cienia. W pewnym momencie zauważyłam, że siedząca na ławce przy deptaku trójka kolców bacznie mnie obserwuje.
Mój plan miał jednak efekty uboczne. Musiałam wyglądać dziwnie, przemieszczając się dziwną ścieżką. Zatrzymałam się wpół kroku, po czym nerwowo przestąpiłam z nogi na nogę. Mojej tożsamości chronił jedynie cień drzewa, właściwie to drzewka. Na pewno podejrzewają, że coś ze mną nie tak. Ja bym podejrzewała.
Choć starałam się nie patrzeć w ich stronę, czułam wzrok na sobie. Skrzyżowałam ręce poniżej klatki piersiowej, by umożliwić sobie szybkie wyciągnięcie broni.
Teraz muszę się zastanowić, co dalej. Miałam co prawda pierścień, jednak nawet z większą ilością mocy nie pokonam trójki Kolców naraz, a co dopiero reszty, która przybiegnie im na ratunek.
Dziś umrę.
Jeden z Kolców powiedział coś do reszty, jednak nie usłyszałam co. Zerknęłam w ich stronę. Na ławce siedziała dziewczyna i chłopak, a drugi chłopak właśnie z niej wstawał. Dreszcz przebiegł po moim kręgosłupie. Zacisnęłam dłonie na rękojeściach.
Chłopak szedł niespiesznie w moją stronę.
Rozejrzałam się może zbyt energicznie dookoła, szukając jakiejś logicznej drogi ucieczki.
Każda droga była najeżona Kolcami. To jest właśnie dzień mojej śmierci.
– A kogo my tu mamy? – zapytał chłopak, a ja aż podskoczyłam. Nie brzmiał groźnie, bardziej jak ktoś zaciekawiony. Odwróciłam się ku niemu, tracąc na ułamek sekundy równowagę. Moja zbyt długa już grzywka zsunęła się na twarz. Nie mogłam jej odgarnąć, gdyż wiązałoby się to z puszczeniem rękojeści. Na to nie mogłam sobie pozwolić.
Obserwowałam wroga spod włosów, nie odzywając się.
– Nowa? – zapytał, gdy dotarło do niego, że raczej nie zaszczycę go odpowiedzią.
Poczułam namiastkę ulgi. Istniały dwa logiczne wyjaśnienia jego pytania. Pierwsze z nich to to, że nie rozpoznał we mnie Cienia. Drugie, że pogrywał ze mną. Pierwsze było logiczniejsze.
Puściłam prawą ręką rękojeść, po czym wolną ręką odgarnęłam włosy.
Skinęłam twierdząco głową.
– Tak myśleliśmy, wyglądasz na zagubioną – uśmiechnął się, unosząc lewy kącik ust – Jestem Nareb, opiekun ostatniego roku – wyciągnął do mnie dłoń.
Wlepiłam w nią wzrok, nie wiedząc, co powinnam zrobić. Znaczy... Wiedziałam co POWINNAM zrobić, ale nie mogłam się do tego przemóc.
– Nieśmiała – chrząknął – W końcu się ośmielisz. Spokojnie, Akademia pomoże przezwyciężać własne słabości. Jeśli tylko zechcesz- opuścił w końcu dłoń i schował ją do kieszeni – Jak masz na imię?
– We... – urwałam. Jeśli moje imię wyda się dziwne? Jeśli jest ono naznaczone Mrokiem? – Wiktoria – dokończyłam. Teraz początek „We” wydawał się nielogiczny. Przejrzy mnie! – Mówią na mnie Wera – uzupełniłam. Słyszałam to imię w Raweni.
– Wera – powtórzył po mnie, ściągając brwi ku sobie – To nie jest czasem kompletnie inne imię? – spoważniał całkowicie.
Musiałam coś wymyślić.
– To... Mam na imię Wiktoria. Tylko moja koleżanka tak do mnie mówiła i... i tak mówią teraz wszyscy.
Serce załomotało mi. Nie brzmiało to przekonująco.
Uśmiech powrócił na jego twarz.
– Ci znajomi...
– Ta...
– Wiesz, gdzie jesteś zakwaterowana? – zmienił nagle temat.
– Jeszcze nie.
– Zaprowadzę cię do portierni. Tam zostaniesz zakwaterowana i otrzymasz klucz – objął moją talię a ja drgnęłam, wystraszona – Nic ci nie zrobię – popchnął mnie w stronę budynków, tym samym nasłonecznionych miejsc...
Wtedy zdarzył się cud. Chmura zasłoniła słońce. Zmówiłam w myślach krótką modlitwę do Mrok, bo to musiała być jej ingerencja.

*

Całością problemu związanego z byciem prowadzoną przez Nareba była jego obecność. Doprowadził mnie do budynku, co było znacznym ułatwieniem, bo widać wszyscy go znali, niektórzy unosili kciuki w górę, inni po prostu mu machali. Stałam się jakby mniej wyrazista przy nim. Miało to jednak ogromny minus. Przy zakwaterowywaniu wyda się, że nie powinno mnie tu być, tym samym zrozumie, że coś ze mną nie tak. I cały plan się nie powiedzie.
– Dam radę sama – powiedziałam, gdy podeszliśmy do budynku o szyldzie „Akademik”.
– Pomogę ci, mogę nawet załatwić dla ciebie lepszy pokój – puścił do mnie oczko – Taki na parterze, żebyś nie musiała biegać na wyższe piętra tymi swoimi cienkimi nóżkami.
– Ja... – nie mogłam się powstrzymać i spojrzałam w dół, na własne nogi, jakbym robiła to po raz pierwszy. Były odziane w spodnie, mimo to przy nagich łydkach Nareba prezentowały się jak wykałaczki. Ze zdziwieniem dotarł do mnie fakt, że właściwie to jestem strasznie drobna. Moje oczy się rozszerzyły. Jestem wątła, jak mam poradzić sobie w walce z Kolcem? Ostatnio Miz był po piwie, sprawa była łatwiejsza, teraz, gdy stanę z nim oko w oko... Jeśli nie uda mi się skrytobójczy plan... Nie mam z nim szans. Przecież był wilkiem.
Wilki to u Kolców najwyższa pozycja. Byli najsilniejsi, umieli najszybciej się poruszać, mieli instynkt zabójcy. Przed nimi drżeli nawet instruktorzy. U nas też zdarzali się fenomenalni ludzie. Dawno nikt taki się nie zjawił, jednak znany jest jako legenda ostatni poziom Mroku. Zmiana w cień. Obdarowany tymi zdolnościami umie rozpłynąć się w powietrzu, po czym znów pojawić się w cielesnej formie. Chyba powinnam jednak wezwać Samela.
– Muszę to zrobić sama – powiedziałam pewnym głosem, bardziej do siebie niż do Nareba – To moja ścieżka. Podążam nią sama.
Chłopak uniósł ręce w poddańczym geście.
– Jak wolisz – zaczął się wycofywać – Jak coś, siedzę tam, na ławce – posłał mi ostatni półuśmiech, po czym poszedł w stronę swoich znajomych.
Odwróciłam przodem do Akademika. Nie wpadłam na to dotąd, jednak miało to sens – Miz prawdopodobnie był w Akademiku lub poza nim. Przecież dzień wolny nie dotyczył tylko naszej rasy. Był ogólny dla świata. Jednak wejście głównym wejściem jawiło mi się jako zły pomysł. Wolałabym nie rzucać się w oczy.
Dookoła zaczęło robić się jaśniej. Słońce wygrało walkę z chmurą. Wbiegłam do budynku. Nie było odwrotu.

Przy wejściu siedziała kobieta, na oko w wieku około pięćdziesięciu lat. Miała na sobie żółty sweter, brązowe włosy spięte w luźny warkocz, na jej nosie zaś znajdowały się okulary do czytania. Podniosła na mnie wzrok zza gazety.
– Gość?
Polubiłam ją. Nie marnowała słów, wyrażała się prosto i składnie.
– Tak.
– Wyjdź przed północą.
Tyle. To było najłatwiejsze z czym przyszło mi się zmierzyć dzisiaj. Skierowałam się ku schodom, wiedząc, że Mizar może być dosłownie wszędzie, a jednocześnie licząc się z tym, iż wcale go tu nie ma.

Pierwsze piętro było długim korytarzem z wieloma drzwiami, symetrycznie rozmieszczonymi po obu jego stronach, w równych odstępach od tych sąsiadujących z nimi. Z szybkiego rachunku wyszło mi, że jest ich dwadzieścia. Pięter było szesnaście. Na parterze pokojów nie było. Mam zatem szacunkowo trzysta dwadzieścia pokojów do sprawdzenia...
Zaczęłam iść korytarzem, oglądając tabliczki z nazwiskami lokatorów. Nie bez zdziwienia zauważyłam, że w pokojach mieszkały zarówno dziewczyny jak i chłopcy. U nas byłoby to nie do pomyślenia. Na ani jednych drzwiach nie znalazłam imienia Miza.
Sprawdzałam kolejne piętra, czasem mijali mnie roześmiane, pachnące piwem grupki kolców, witających mnie lub ignorujących, z czego drugi wariant odpowiadał mi bardziej.
Dotarłam na dwunaste piętro, gdy mój wzrok zatrzymał się na imieniu „Hitch”. Mieszkał z dwoma dziewczynami, które przyozdobiły swoje imiona serduszkami i kwiatkami.
Hitch. Przełknęłam ślinę. Powinnam stąd odejść, on by mnie rozpoznał. Jednak musiałam choć spróbować wybadać, czy z samych drzwi dowiem się czegoś więcej o chłopcu jak ja.
Przysunęłam się do drzwi, by spróbować wyczuć jego zapach. Wciągnęłam głęboko powietrze. Czułam jedzenie. Czasem Izela brała takie coś ze stołówki, mówiła na to chipsy. Nigdy tego nie próbowałam, choć namawiała mnie niejednokrotnie. Rozpoznałam też zapach wody po goleniu – Bren używał jej zawsze, gdy miał spotkać się z Izelą. Usłyszałam kiedyś, jak mówił kolegom, że laski na to lecą. Cóż. Znam przynajmniej jedną, która dowodzi trafności tezy. Wyprana pościel, lekka nuta świeżego potu... Wyobraziłam sobie, jak Hitch robi pompki. Od razu odpędziłam od siebie tę myśl, bo była bezsensowna.
Nagle usłyszałam coś w pokoju. Brzmiało jak kliknięcie długopisem, po czym nastąpiło stuknięcie i dźwięk rozprężających się sprężyn, krok, głośniejszy krok...
Nie zdążyłam w porę zareagować. Drzwi się otworzyły. Zielono-niebieskie, martwe oczy spojrzały na mnie, po czym rozbłysły i się zwęziły.

*

– Jeszcze niecałe dwie godziny – Hitch nerwowo przechodził jednej strony pokoju na drugą. I z powrotem.
– Do czego?
– Żebyś stąd wyszła! – zatrzymał się, po czym dłońmi potarł twarz – Prosisz się o śmierć, zdajesz sobie z tego sprawę? – rzucił mi wściekłe spojrzenie.
– Muszę...
– Nie obchodzi mnie, co musisz! – usiadł na łóżku obok mnie. Nie miał na sobie koszulki. Na stoliku leżał zeszyt i długopis. Nie wiem, co pisał – Masz więcej się tu nie pokazywać. Rozumiesz? W ogóle jak ty tu weszłaś? Nikt nie strzeże tego terenu? Aż tak im odbiło? – wsunął palce między włosy i zmierzwił je. Gdy opuścił dłonie, loki pozostały w nieładzie. Stłumiłam w sobie chęć przygładzenia ich.
– Gdzie Miz?
– Po co ci Mizar?.. – jego głos brzmiał, jakby był zrezygnowany. Nagle wyprostował się, a jego mięśnie się napięły. Pozycja do ataku – Nie zrobisz tego.
Wiedział, co planowałam. Być może było to oczywiste.
– Muszę. Tak trzeba. To on złamał regulamin – zagryzłam wargi. Dlaczego mu to mówiłam?
– On jest moim przyjacielem. Jest irytujący, bezczelny i buntowniczy, jednak dla mnie to brat – wsunął się głębiej na łóżko i oprał plecami o ścianę – Wiesz, że wystarczy jeden mój krzyk, a zbiegną się tu ogromne ilości naszych? Nie wyjdziesz stąd wtedy żywa. Zresztą, gdy ktokolwiek cię zobaczy, raczej kto nie zobaczy twojego cienia, zmasakruje cię.
– Wiem. To moja misja. Muszę to zrobić.
– Uniemożliwię ci to. Gdy tylko zajdzie słońce wyjdziemy stąd, wyprowadzę cię z Akademii i nigdy więcej się tu nie pokażesz. Dostaniesz życie za życie Miza.
– Sądzisz, że bym go pokonała w walce? – zapytałam, nim zdałam sobie sprawę z niewłaściwości pytania.
– Nie wiem. Jest Wilkiem.
– A kim ty jesteś?
Spojrzał na mnie jak na kogoś niespełna rozumu.
– Sądzisz, że ci powiem?!
– Tak.
Potrząsnął głową z niedowierzaniem.
Jesteś nie-nor-mal-na – przesylabizował, patrząc na mnie jak na kogoś niespełna rozumu – Albo taka głupia, albo tak bezczelna. Nie pyta się Światłych o to, kim są. Jedynie Wilki się tym chwalą, reszta utrzymuje to w sekrecie.
Przechyliłam głowę na bok, słuchając go i wwiercając się w niego spojrzeniem.
– Ty nic o nas nie wiesz, prawda? – zrozumiał w końcu, nawiązując ze mną kontakt wzrokowy – Nie wiesz, czemu walczymy?
Pokręciłam przecząco głową.
Nabrał powietrza głęboko w płuca, po czym powoli je wypuścił.
– Wiesz, że ja też nie wiem?
Zapadła głucha cisza. Słychać było tylko nasze oddechy, a gdy uważniej się wsłuchać, bicie serca. Wciągnęłam ostrożnie dłoń do jego dłoni. Położyłam moje palce na jego śródręczu i nagle do mnie coś dotarło.
– Jesteś Kotem, prawda?
Hitch wpatrywał się badawczo w moją rękę, po czym zmienił ułożenie dłoni, splatając ze mną palce.
– Skąd ten pomysł? – zapytał. Brzmiał, jakby był tak samo zaskoczony naszym kontaktem fizycznym jak ja, choć sama go zainicjowałam.
– Tylko Kot rozumie Mrok.
– Czy ja cię rozumiem? Jesteś samobójczynią! – spojrzał mi w oczy – A przy okazji chcesz zabić mnie.
– Nie, Hitch. Chcę zabić Miza.
Pochylił się ku mnie, przykładając drugą dłoń do mojej twarzy.


– Gdy zabijesz Wilka, rozpęta się burza.

5 komentarzy:

  1. Ojojoj... Hitch i Weira faktycznie są do siebie podobni. Nie chcą toczyć bezsensownych walk, a Weira nawet go dotknęła - sama z siebie. Brawa dla tej pani! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Muszę poprzypominać sobie poprzednie rozdziały, bo niewiele pamiętam. W każdym razie - wróciłam! Jej!
    Masz kreatywny pomysł na fabułę, no i ten motyw z cieniami. Super.
    " Wiedziałam co POWINNAM zrobić, ale nie mogłam się do tego przemóc." - przed co przecinek.
    Bardzo mi się podobało, szybko się czytało. Aż z przyjemnością patrzę na te rozdziały do nadrobienia. Ile masz już w sumie stron opowiadania?
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za znalezienie literówki ;)
      Ogólnie mam 102 strony, jak na razie ;)

      Usuń
    2. O Jezu, ile mi to zajmie... xD
      Piszesz dwunastką?

      Usuń
    3. Nie wszystko jeszcze opublikowane ;) Przecież nie musisz wszystkiego czytać xD

      Usuń

Szablon wykonała prudence.