środa, 1 lutego 2017

I - Weira

 – Na dziś starczy, Weiro. – Reala, moja prywatna nauczycielka, mentorka na czas ostatnich lat w Akademii, uznała, że pora zakończyć trening. Nie chciałam, nie byłam zmęczona. Z niechęcią odłożyłam sztylety na wyznaczone miejsce, po czym westchnęłam.
– Wolałabym jeszcze poćwiczyć. – Zerknęłam na nią spod rozwianej, zbyt długiej grzywki, pamiątce z drugiego cyklu, kiedy to moja współlokatorka uznała, że przycięcie sobie nawzajem włosów to genialny pomysł i świetna zabawa. Zabawa w fryzjera okazała się jednak błędem i od pół roku miałam problem z okiełznaniem jej dzieła. Przeszkadzało.
– Domyślam się, ale pora na obiad. – Reala była nieustępliwa. – Poza tym ja też chciałabym mieć dzień wolny. Mogę udostępnić ci salę ćwiczeń na wieczór, ale podejrzewam, że więcej niż godziny nie załatwię. Profesor De ma swojego ucznia, niezwykle obiecującego, który niebawem skończy ostatni cykl, więc wyciska z niego siódme poty.
Nie musiała mi o tym mówić. Nie interesowało mnie to.
– Pobaw się lepiej z przyjaciółkami. W waszym Domu dzisiaj podobno impreza!- Mrugnęła do mnie porozumiewawczo. Nie wiedziałam, co ma na myśli. Ja się nie bawię, jestem w trzecim cyklu.
Wyszłam z sali ćwiczeń najwolniej, jak umiałam. Było to pewnie dziecinne zachowanie, jednak czy powinnam się tym przejmować? Przeskoczyłam w końcu rok w cyklu, byłam najmłodsza w tym przedziale. Naturalnie, nie byłam taka niezwykła jak Samel, uczeń Profesora De. On przeskoczył dwa lata w pierwszym cyklu i rok w drugim. Nazywali go mistrzem mroku, a on zadzierał nosa, zarzucając ciemną kitkę przez ramię, spacerując po stołówce nieśpiesznie oraz rzucając nam, zwykłym uczniom, spojrzenia przez ramię. Nie lubiłam go. Ludzie nie lubili mnie. Ludzie kochali Samela.
Weszłam do Domu, od razu kierując się pod prysznic. Zignorowałam spojrzenie mojej współlokatorki, to samo zresztą zrobiłam z jej powitaniem. Irytujące, że gdy wchodzisz do pomieszczenia, osoba znajdująca się już w nim wymaga prostej procedury:
„ – Witam!
– Witam.”
Jakby to miało wszystko zmienić, ocieplić relacje i co najmniej zlikwidować połowę problemów świata.
Rozebrałam się, zdejmując z siebie przylepione potem ubranie: dopasowane spodnie ze skóry wzmacnianej impregnatem, będące zarazem miękkie, oraz bluzkę z bawełny, szafirową, zasuwaną na suwak. Na niej znajdował się delikatny, jednak niezwykle wytrzymały pancerz ze skóry, tak jak spodnie, w kolorze granatu. Był prosty, coś w stylu gorsetu, tylko nie krępował ruchów i miał naramienniki chroniące przed cięciami miecza z góry.
My nie walczyliśmy mieczami. Oni walczyli. A ja nie wiedziałam dokładnie, kim są Oni, ani dlaczego z nimi walczymy i jaki jest tego cel. Urodziłam się w Akademii, a nie znałam odpowiedzi na tyle pytań jej dotyczących... Moja mama też nie wiedziała, potem zginęła, więc Oni musieli być źli. Przecież ją zabili. Zostało mi po niej tylko imię, jedyna rzecz, jaką mi kiedykolwiek dała. Weira. Tożsamość.
Woda pod prysznicem była zbyt ciepła. Z irytacją manipulowałam kurkami, by ją dopasować. Słyszałam, że Izela chodzi po pokoju. Pewnie zbierała się na obiad albo szykowała dla mnie ubranie. Jest starsza ode mnie o cztery lata, matkuje mi. Jako czwartoroczna z trzeciego cyklu nie powinna tego robić, ale ona mnie chyba lubi. Tak sądzę. Chociaż to tylko domysł, bo nigdy mi tego nie powiedziała. Przecież coś staje się faktem, gdy jasno się o tym powie, prawda?
Gdy już zmyłam z siebie brud wraz z nieprzyjemnymi zapachami i wydzielinami ciała, Izela czekała na mnie trzymając spodnie i bluzkę poskładane w kostkę w rękach.
Spojrzałam na nią, po czym podeszłam do szuflady i szybko wyjęłam bieliznę. Wzięłam od współlokatorki ubrania.
– Nie musiałaś. – Spojrzałam na nią badawczo. – Jak zawsze zresztą.
– Ale chciałam. – Uśmiechnęła się do mnie smutno. – Zawsze chcę ci pomóc, Weiro.
Przez chwilę sądziłam, że mnie obejmie, więc instynktownie napięłam mięśnie, by zrobić unik. Nie zrobiła tego. Poczułam rozczarowanie.
Gdy drzwi za nią się zamknęły, zaczęłam się ubierać, gdy z poskładanych spodni wypadł cukierek. Podniosłam go, obejrzałam dokładnie.
Izela dała mi cukierka.
Cukierka.
Lekko drgnęły mi mięśnie policzków. Przyjrzałam mu się uważnie. Nie znałam go, wydawał się smaczny, zapakowany w złoto-czerwone opakowanie. Napisy na nim obwieszczały, że to smak toffi nadziewanego malinami. Nigdy takiego nie jadłam.
Właśnie. Nigdy. Izela była na zewnątrz!

*

Po szaleńczym pośpiechu przy ubieraniu się i dotarciu na obiad w pędzie, którego nie powstydziłby się nawet Samel, siadłam przy stole, gdzie Izela rozmawiała ożywiona ze swoim chłopakiem.
Tylko stołówka była koedukacyjna, zajęcia w Akademii organizowane były jednopłciowo, z wyjątkiem zajęć z walki na ostatnich dwóch latach trzeciego cyklu. To tam Izela, jasnowłosa, z iskrzącymi, szarymi oczami i tymi swoimi pięcioma piegami na nosie, poznała Brena, szatyna z lokami będącymi zawsze w nieładzie. Twierdzili, że się kochają, przy czym często dotykali swoich ciał, a nawet się całowali. Tyle widziałam.
– Wiem. – Spojrzałam na nią z szeroko otwartymi oczami. – Jak?
– Pokażę ci kiedyś, obiecuję. Dziś by się pewnie nie udało, bo już raz wyszliśmy. – Zerknęła z rozmarzeniem na Brena. – To było takie ekscytujące!
Bren, tak jak Izela, jest na czwartym roku trzeciego cyklu.
– Nie zabraliście mnie. – Pod stołem zacisnęłam dłoń w pięść. Niczego bardziej nie pragnęłam, jak wyjść za ten cholerny, polakierowany na niebiesko płot. Tam poszła mama, tam umarła, stamtąd były różne rzeczy i nowi, nazywani Napływowymi, których szkolenie trwało dłużej, bo zaczynało się później. Opowiadali o świecie, o ulicznych grajkach, lodach na patyku, szkołach bez ćwiczeń. Chciałam to zobaczyć!
– Przedłużyłaś swój trening o trzy godziny. Jak mieliśmy cię zabrać? – Izela odsunęła się od Brena.
Milczałam. To była moja wina, że nie poszłam.
– Prawda – wstałam od stołu i poszłam po obiad dla siebie. Ryż, kurczak, sos i budyń.
Gdy wróciłam do stolika, Izela uśmiechała się tajemniczo, a Bren nakazał mi ręką, żebym usiadła.
Zrobiłam to, jasny przekaz.
Pochylił się w moją stronę i półgłosem powiedział:
– Dziś w nocy. Podczas imprezy. Mamy prawie pięć godzin na wyjście, zrobienie czegoś na zewnątrz i powrót. Już wiemy, gdzie można iść.
– Ale jesteś nam potrzebna – Izela zacisnęła usta w wąską kreskę – Bo tylko ty umiesz całkiem bezgłośnie się poruszać.
Fakt. Dlatego przeskoczyłam rok.
– Co mam zrobić?
– Musisz nam przynieść trochę rzeczy z gabinetu Profesora De.

*

Chodziło im o małe, papierowe karteczki, całe zadrukowane na zielono i inne kolory również. Podobno, gdy Tam wchodzi się do stołówki, to trzeba podać je, a kobieta tam pracująca da nam takie jedzenie, jakie chcemy. Potem dorzuci jeszcze kilka metalowych kółek, które można dać komuś, kto tworzy muzykę na ulicy albo dostać za to jakiś przedmiot w innym miejscu. Ale bez tych papierków nic się nie dostanie.
Profesor De miał ich sporo, bo to on odpowiadał za dostawy rzeczy z zewnątrz. Trzymał je w szufladzie biurka, Izela widziała je, gdy była u niego tuż przed kolacją, by poinformować, że już się ubrałam. Profesor De zawsze pytał o mnie Izelę. Chyba sądził, że robię sobie krzywdę na treningach i nikomu nie mówię o tym. Tak mówiła Reala. Nie miała racji, bo robiłam sobie tylko siniaki. To nic strasznego. Czasem krwawiłam, wtedy też nic nie mówiłam, dało się zatamować krew, nie bolało za bardzo. Skoro mi to nie przeszkadzało, to nikomu nie powinno.
Moje zadanie polegało na wejściu tam i wzięciu kilku takich papierków.
Bren chciał, żebym wzięła ich minimum dziesięć, ale Izela uznała, że to by było za bardzo rzucające się w oczy. Kazała mi wziąć dla każdego po jednym, czyli trzy.
Źle się czułam, gdy niemal bezszelestnie przekradałam się po Domu Mentorów. Mijałam wiele drzwi, za niektórymi słyszałam głosy, między innymi Reali, gdy najprawdopodobniej rozmawiała z jakimś mężczyzną, co wywnioskowałam po przytłumionym brzmieniu głosów, z Kirelem, również mentorem, nie pamiętam czyim. Mówili coś o tym, że Kolce wychodzą z Akademii i panoszą się po Raweni. Chcieli zażegnać ten problem.
– Trzeba wysłać kilkoro naszych – Kierel mówił powoli i spokojnie.
Przystanęłam, wpatrując się w drzwi, jakby to miało wyostrzyć mój zmysł słuchu.
– Kogo? Profesor De jest teraz zbyt zajęty Samelem. Wiesz, że to najbardziej obiecujący z uczniów. Może być bardzo cenny – Reala usiadła na krześle, co wywnioskowałam po stukocie.
– A twoi?
Moja mentorka nie była tylko moją mentorką. Samel miał Profesora De na własność, zresztą ten akurat opiekun rzadko brał ucznia. Ostatnim była podobno mama Izeli, która teraz już sama miała adeptów. Nie pozwolono jej szkolić własnej córki, bo w grę wchodziłoby zbyt wiele uczuć, a przecież nie wolno nikomu pobłażać.
– Kto? Zefir? Jest na trzecim roku, ale nie wydaje się odpowiedni. Wciąż nie radzi sobie z Mrokiem – Reala mówiła nadal o niedociągnięciach swego podopiecznego.
Mrok. Zaklęcie przypisane każdemu z nas. Uniosłam dłoń. W poświacie księżyca była dobrze widoczna, nie ukrywałam się przecież w ciemnościach. Nikt by mnie i tak nie zauważył, bo było późno, a powodów do opuszczenia pokojów nie było żadnych, zatem sensu w chowaniu się również. Wypuściłam wiązkę mroku ze śródręcza. Umiałam to. Ręka zniknęła na ciemnym tle podłogi.
Mrok działał na trzy sposoby. Pierwszym z nich było ukrywanie się. Działało to tylko w nocy, bo w ciągu dnia nie sposób przeoczyć cienia. Drugi to ciemność spływająca na wroga. Wróg ślepł na kilka minut, kompletnie nic nie widział. To mogło się przydawać w dzień. I trzeci, wymagający najwięcej energii, cios ostateczny, jak mówił Bren, najlepszy w dziedzinie Mroku ze wszystkich uczniów, polegający na skoncentrowaniu niemal całej swej energii na dłoni i wysłaniu mroku w umysł wroga. Wróg w takim momencie doznawał amnezji, w zależności od jego odporności zapomniał niekiedy dwa, a czasem nawet dziesięćostatnich lat swojego życia. Wyjątkowo silni tracili kilka miesięcy, ale to było wystarczające do tego, by uciec lub zaatakować podczas chwilowego szoku i pokonać przeciwnika.
Trzeciego sposobu nie pozwalano używać nikomu bez pozwolenia. Groził śmiercią, gdy wykorzystało się zbyt dużo energii i tylko najbardziej zaawansowane dwa lata trzeciego cyklu mogły się uczyć opanowania go. Bren mógł.
– Też nie uważam Zefira za dobry wybór – Kierel brzmiał zimno.
– To kto? Menea? – to było imię piątorocznej z trzeciego cyklu. Drugi raz odbywała szkolenie z piątego roku. Nie była odpowiednia i każdy z rozmówców, nawet ja podsłuchująca pod drzwiami, o tym wiedział.
Z uczniów Reali nadawałam się tylko ja. Może to przez mój dystans do innych, może przez precyzyjność lub systematyczność... Byłam trochę inna, wyobcowana. Sądzono, że nie mam nic do powiedzenia, ale miałam. Tylko nie uważałam za niezbędne powiedzenie tego. Najczęściej po chwili zastanowienia uznawałam, że szkoda tracić energię na zbędne rzeczy, te, które niczego nie wniosą. Ładna pogoda? Każdy widzi. Czy jedzenie smaczne? Jak dla mnie jest w porządku, ktoś inny ma swoją opinię...
Za dużo myślę.
– Rea – Kierel wydawał się zniechęcony – Wiesz, że chodzi o Weirę.
– Nie.
Dlaczego nie?
Krew zaczęła szybciej krążyć w moim organizmie. Zrobiło mi się cieplej, a ciało jakby wibrowało. Teraz mogę dowiedzieć się czegoś ważnego.
– Dlaczego nie? – mentor był widać równie zaciekawiony co ja. Wyobraziłam sobie, jak przechyla głowę. Często to robił.
Westchnienie.
– Weira... Ona nie może wyjść. To dziecko... – zaczęła Reala.
– Dziecko? Ma siedemnaście lat. To już ostatni cykl!
– A powinien być drugim cyklem.
– Przeskoczyła rok, jest odpowiednia.
– Ona nie czuje! Jest zimna, zdeterminowana, jest jak maszyna, nie reaguje na ból – Reala wykrzyczała to tak, że na korytarzu, pomimo drzwi, rozległo się echo – Ona nie ma uczuć, stracimy ją w tak młodym wieku, a chcemy dać jej duszę. To skorupa, nie człowiek. Jest jak martwa, nie dba o siebie i życie, a taki żołnierz... Nie jest nikomu potrzebny, polegnie od razu. Jak jej matka.
Kierel milczał dłuższą chwilę.
– Masz rację. To nie opanowanie, to wewnętrzna martwota. Jak Glena.
Glena to moja mama.
– Wydawała się doskonała – Reala mówiła teraz cicho, niemal jej nie słyszałam – To przez śmierć... Nigdy się nie otrząsnęła... – słyszałam teraz tylko strzępki – Weira też nie potrzebuje. To źle.
Nie chciałam słuchać. Zrobiło mi się jakoś tak ciężko. Jakby ktoś ścisnął mi żołądek i serce naraz, a powietrze stało się gęste. W gardle powstała gula. Najciszej jak umiałam, ruszyłam do gabinetu Profesora De.

*

Postanowiłam wyjść z Domu Mentorów przez okno. Nie chciałam przechodzić ponownie obok pokoju z Kierelem i Realą. Nie chciałam słyszeć, bo w mojej duszy – zaraz, ja nie mam duszy, więc w tym czymś, co dotąd za duszę uważałam – pojawił się cień. Jak Mrok.
Opuszczenie budynku przez okno nie należało do szczególnie trudnych. Pokój, który pozbawiłam trzech papierków, mieścił się na parterze, okna zazwyczaj były uchylone, by do środka wpadało świeże powietrze. Nikt niczego nie pilnował. Nigdy. Przecież każdy z nas i tak dostawał wszystko, czego potrzebował do życia.
Wyłoniłam się z krzaków w pobliżu umówionego miejsca pod płotem. Izela i Bren już czekali. Całowali się i przytulali. Czy ja też tak powinnam?
Nie. Nie lubię, gdy ktoś jest zbyt blisko lub mnie dotyka.
Zauważyli mnie po krótkiej chwili.
– Udało się? – Izela wyglądała na rozanieloną, jej oczy iskrzyły jeszcze bardziej niż zwykle.
– Tak, mam – wyciągnęłam zza kołnierza zwinięte w rulonik papierki. W każdej koszuli miałam schowek. Nosiłam tam nóż na treningach, ten zapasowy, a na sprawdzianach z teorii chowałam tam ściągi. Nigdy z nich nie korzystałam, lecz każdy je miał, to ja również.
Czy byłam geniuszem? Nie. Dostawałam oceny, które mnie zadowalały. Uczyłam się tylko rzeczy, które mnie interesowały, a resztę czytywałam pobieżnie, by tylko zaliczyć test.
– Świetnie. W tym miejscu płot nie działa. Mam go naprawiać w przyszłym tygodniu – Bren wskazał na luźne pręty – Prawdopodobnie to usterka wynikająca sama z siebie.
Płot faktycznie był uszkodzony. Dotknęłam go. Był zimny, nieruchomy. W innych miejscach odpychał od siebie, powodując drętwienie kończyn połączone z nieprzyjemnym zapachem przypalonych włosów. Ogrodzenie ciągnęło się kilometrami, wytyczając naszą akademię. Mieliśmy za nim cały świat, jeziora, doliny, fragment morza – podobno zatokę. W ciągu trzech dni nie dało się dojść od jednego do drugiego końca. Akademia była niedaleko płotu. Za nią miasto, gdzie mieszkały rodziny z dziećmi i absolwenci, którzy nie mieli zadania na obecną chwilę. Dalej nigdy nie byłam, wiem co nieco tylko z lekcji geografii.
– Chodźmy – Izela podeszła do płotu i z lekkością przesunęła pręt, po czym płynnym ruchem znalazła się na zewnątrz. Poszłam w jej ślady, a za nami Bren.
Poza płotem nic się nie zmieniło. Kompletnie. Chciałam to powiedzieć, tylko przecież oni też to widzieli. Bez sensu.
– Spokojnie, dalej jest drugi płot, to jakiś kilometr. Za nim jest samochód. Nim dojedziemy na miejsce – wyjaśniła Izela.

Poszliśmy.

5 komentarzy:

  1. Witaj.
    Nie powiem, interesująco się zapowiada. Jak na razie przeczytałam, jedynie prolog i pierwszy rozdział. Zaciekawiłaś mnie.. :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Jest strasznie tajemniczo, mimo Twoich opisów nadal nie do końca wiem o co chodzi. Jednakże myślę, że za niedługo się to zmieni i zacznie do mnie docierać coraz więcej faktów. Jak na razie jestem zaciekawiona tą historią.
    Weira jest interesująca - wyrwana z całkiem innego świata (wydaje mi się, że w jakikolwiek świat by nie trafiła, to i tak czułaby się wyobcowana). Zamknięta w Akademii, nie ma pojęcia co się dzieje poza nią. To dość smutne. "Zielone papierki" trochę mnie rozśmieszyły... Jednakże to pokazuje, jak mało Weira wie o normalnym życiu.
    W przeciągu kilku najbliższych dni nadrobię pozostałe rozdziały, które mam nadzieję, pokażą nieco więcej, bo jak na razie to wszystko jest dla mnie jedną wielką niewiadomą. Mimo to dodaję Twojego bloga do spisu tych, które czytam, bo nieźle mnie zaciekawiłaś :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wszystko pięknie opisane. Każdy fragment obrazuje istotę rzeczy. Aż chce się czytać dalej, żeby zobaczyć co stanie się za drugim płotem i jak rozwinie się akcja. Widać że autorka ma doskonale opanowane trzymanie czytelnika w napięciu. Zdecydowanie rozdziały powinny być dłuższe.

    OdpowiedzUsuń
  4. Haha, przy tym fragmencie o niebieskim płocie myślałam, że chodzi o to, że chce poślubić ślub. xD
    Odniosłam pozytywne wrażenie, tak jak przy prologu, szczególnie, że akademia przypomina mi trochę szkołę z mojego opowiadania "Stara latarnia morska". Od razu poczułam sympatię do całej treści.
    I uwaga, uwaga, polubiłam Weirę, mimo że bardzo rzadko zdarza mi się lubić głównych bohaterów na opowiadaniach na blogach. W książkach przychodzi mi to łatwiej. Nie wiem czemu, zwykle są albo szablonowi albo po prostu nie budzą mojej sympatii. A tu już widzimy charakter Weiry, absolutnie ją rozumiem i podoba mi się to, że nie mówi wszystkiego, co myśli. Lubię ludzi, który zwykle zachowują ciszę i robią to właśnie z takiego powodu - bo to nie jest niezbędne.
    Więc możesz być z niej dumna :)
    Bardzo silne te moce mroku. Nie sądzisz, że należałoby sprawdzać poczytalność uczniów, nim nauczy się ich takich sposobów używania tej siły? Dzięki Zwiadowcom (książka) zwróciłam ostatnio uwagę na to, że może lepiej zamiast ślepo dawać uczniakom niewyobrażalnie wielką moc, należy przetestować ich psychikę i prawdziwe intencje. Chyba że mentorzy ich pilnie obserwują, bo taka moc w niepowołanych rękach mogłaby wprowadzić niezły zamęt do akademii. Może wyjaśni się ta kwestia w dalszych rozdziałach.
    Błędy:
    "Jakby co miało wszystko zmienić, ocieplić relacje i co najmniej zlikwidować połowę problemów świata." - tu chyba chodziło o to, nie co.
    "Podobno, gdy Tam wchodzi się do stołówki, to trzeba podać je, a kobieta tam pracująca da nam takie jedzenie, jakie chcemy, potem dorzuci jeszcze kilka metalowych kółek, które można dać komuś, kto tworzy muzykę na ulicy albo dostać za to jakiś przedmiot w innym miejscu." - to zdanie jest zdecydowanie za długie. Proponuję je jakoś rozdrobnić.
    "Profesor De zawsze pytał o mnie Izelę. Chyba sądził, że robię sobie krzywdę na treningach nikomu nie mówię o tym." - tu zabrakło przecinka, poza tym zmieniłabym na ",nikomu o tym nie mówię".
    "Gdy go dotknęłam był zimny, nieruchomy." - to tak niefajnie brzmi. Dodałabym tu jakieś poczułam, że jest, albo rozdrobniła na "Dotknęłam go. Był zimny, nieruchomy".
    Na razie dopiero poznaję Twój styl, więc na jego temat się nie wypowiem. Jeszcze tu wrócę, pozdrawiam i życzę weny :)

    Gwiazdogrod.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwielbiam konstruktywną krytykę! Bardzo się cieszę, gdy ktoś zauważa jakiś błąd i mi o nim powie! Wiadomo, jak się pisze, błędy się zdarzają, a przyznam szczerze - niezbyt mam czas na korektę, gdyż ostatnio uczelnia zajmuje mi zatrważającą ilość czasu :( Poprawki uwzględniłam i dziękuję za sugestie! Były trafne :D

      Usuń

Szablon wykonała prudence.